sobota, 20 grudnia 2014

S1 - Rozdział 1

Londyn, 8 grudnia 2011 roku


        Uniosłam powoli jedną powiekę. Przez chwilę myślałam, że to w moim śnie coś gra. Jednak po chwili zorientowałam się, że cały pokój wypełnia dźwięk telefonu. Jęknęłam, przekręcając się na bok. Na oślep wymacałam drące się urządzenie. Unosząc się lekko, spojrzałam na wyświetlacz. Przejechałam palcem po ekranie.
 Halo  wydusiłam, opadając na poduszki.
 Wiem, że jest siódma rano  usłyszałam zdenerwowany głos przyjaciółki.  Ale potrzebuję cię.
 Co się stało?
 Katastrofa. Rodzice pojechali na swój, jakże romantyczny tydzień, a mi zostawili pod opieką hotel.
 A gdzie ta katastrofa?
 Połowa personelu jest chora i nie przyszła. Nie wiem, co robić. Mamy gości, a ja jestem w czarnej dupie.
 Zaraz tam będę  powiedziałam ze spokojem.  Damy radę. Kto, jak nie my.
 Malia Morell, kocham cię  odparła z ulgą.
 Wiem, wiem. Do zobaczenia na miejscu  rzuciłam i rozłączyłam się. 
        Odrzuciłam telefon na poduszkę i spojrzałam w sufit. Byłam prawie nieprzytomna, ale wiedziałam, że muszę zwlec swoje zwłoki z łóżka. Trzy dwunastogodzinne dyżury na praktykach w szpitalu dawały mi się we znaki i dzisiaj najchętniej przespałabym cały dzień. Na całe szczęście, na uczelni był w miarę luz  nasi wykładowcy żyli zbliżającymi się świętami i mieliśmy nico mniej roboty, niż zazwyczaj, dlatego dało się to wszystko, jakoś ogarnąć.
         Niechętnie wyczołgałam się z łóżka. Oczy miałam suche, jakby ktoś nasypał mi do nich kilogramy piasku. Poczłapałam do łazienki niemalże na oślep. Zapaliłam światło i podeszłam do umywalki. Złapałam za szczoteczkę do zębów i zerknęłam w lustro. Spoglądała na mnie blada dwudziestolatka, z burzą brązowych, poskręcanych włosów, które prosiły się o uczesanie. Ciemne, brązowe oczy były teraz lekko przekrwione.
 Wyglądam, jak zombie  powiedziałam sama do siebie, łapiąc za pastę do zębów.  Gratulacje.
         Szybka poranna toaleta tchnęła we mnie nieco życia, choć i tak najlepszym lekarstwem byłby zwyczajny sen. Musiałam użyć kropli do oczu i podreperować swój wygląd bardziej zaawansowanym makijażem, aby na ulicy nie straszyć ludzi. W końcu, kiedy doprowadziłam się do porządku, mogłam bezpiecznie opuścić mieszkanie.

         Wychodząc z budynku, marzyłam tylko o gorącej kawie. Naciągając na głowę kaptur, spojrzałam na sypiące się płatki śniegu. Padało od kilku dni, więc cały Londyn przykryty był białym puchem. Ludzie szybko przemieszczali się po ulicach, chcąc jak najszybciej znaleźć się w cieplejszym miejscu. Od początku miesiąca w mieście pojawiły się świąteczne ozdoby, więc okolica miała swój urok rodem z filmów dla dzieci.
         Starając się nie poślizgnąć, ruszyłam przed siebie, dobrze znaną mi drogą. Rodzice Sharon prowadzili sieć hoteli. Największy z nich znajdował się w sercu Londynu i był ich wizytówką. Wydaje mi się, że lubili go najbardziej. Przeważnie zawsze był komplet gości, ponieważ hotel Coyle’ów wyróżniał się tym, że panował tam spokój, miła, niemalże rodzinna atmosfera i wysokie standardy, które zadowoliłby najbardziej wymagających. Dodatkowo ceny były całkiem przystępne, więc nic dziwnego, że w okresie najbardziej turystycznym pękał w szwach. Sama Sharon często pracowała właśnie w tym hotelu, aby przyzwyczaić się do zarządzania siecią, by potem przejąć rodzinną filię. I choć przyjaciółka często narzekała na pracę, to jednak wiedziałam, że to lubi.
         Plusem mieszkania w centrum Londynu było to, że prawie wszędzie było blisko. Więc kiedy minęłam kolejne skrzyżowanie, z daleka zamajaczył mi znany budynek z czerwonych cegieł, dużymi, dębowymi drzwiami i wąskimi, licznymi oknami. Ogromny szyld nad wejściem był prawie zasypany. Hotel Coyle’ów również udekorowany był świątecznymi świecidełkami i lampionami. Przy wejściu powitał mnie duży, roześmiany Mikołaj. Uniosłam brwi i uśmiechnęłam się pod nosem  ów Mikołaj był ulubioną dekoracją taty Sharon i stawał go przy wejściu, co roku.
         Kiedy weszłam do środka, usłyszałam cichą, spokojną muzykę, lecącą z głośników. Od razu zrobiło się cieplej, ponieważ wiatr przestał chłostać mnie po twarzy. Rozpinając kurtkę i wchodząc do lobby, rozglądałam się za kimś z personelu. Ale o dziwo nikogo tu nie było. Już chciałam wyciągnąć telefon, gdy usłyszałam przyjaciółkę.
 Jesteś!  Odwróciłam się i spojrzałam na niemalże biegnącą w moją stronę blondynkę. Dzięki! Dzięki! Dzięki!
 Dlaczego tu nikogo nie ma?  zapytałam, wskazując na kontuar.
 Peg jest chora – jęknęła Sharon.  Staram się być, gdzieś blisko, aby usłyszeć dzwonek. Totalna masakra. Czemu musieli wyjechać akurat teraz?
 Bo mają rocznice ślubu?  odparłam ze śmiechem.
– Cieszę się, że cię to bawi  mruknęła, nie odrywając ode mnie zielonych oczu.
 Wyluzuj, Sharon  powiedziałam, klepiąc ją po ramieniu.  Bo jak zaczniesz panikować, będzie tylko gorzej. Zresztą zawsze dobrze sobie radzisz, więc taki mały kryzys nie może zwalić się z nóg.
 Tak myślisz?
 Daj spokój, ja to wiem. Znamy się od dziecka i to zawsze ty byłaś tą najlepiej zorganizowaną. Uczyłam się od ciebie.
 Nie przesadzaj – powiedziała cicho.
 Nie przesadzam. Wiem, co mówię. Zarządzaj, jak zawsze, a będzie dobrze. A w razie, gdybyś w to wątpiła, to przyjdź do mnie, a urządzę ci pogadankę na ten temat.  Przyjaciółka uniosła głowę i uśmiechnęła się szeroko. – Lepiej?
– Tak.
 To teraz idę się przebrać.

         W hotelu wszyscy pracownicy mieli podobne uniformy, na które składały się czarne spodnie i czarne koszulki polo z logiem i nazwą hotelu. Dzisiaj do moich obowiązków należało sprzątanie i ogarnianie pokojów oraz obsłucha gości w hotelowej restauracji. Tak… Zostałam pokojówką i kelnerką. Nie powiem, ale roboty było sporo  Sharon nie żartowała, bo część ekipy naprawdę nie pojawiła się w pracy. Tak więc od rana słałam, sprzątałam, poprawiałam, wynosiłam, czyściłam i ścierałam wszystko, co napotkałam.
        Po dwunastej byłam w kuchni i razem z chłopakiem Sharon sprzątaliśmy po śniadaniu. W hotelu zrobiło się nieco luźniej, bo niemalże wszyscy goście zwiedzali Londyn, szaleli na zakupach, czy robili mnóstwo innych rzeczy.
        Podałam kolejne brudne talerze Oscarowi, który spojrzał na mnie z politowaniem. Uniosłam brwi, a on wlepił we mnie brązowe oczy.
 Co?
 Nieprzespana noc?  zapytał z uśmiechem.
 Tak.
 Jesteś po dyżurze w szpitalu, nie?
 Dokładnie po trzech, ale Sharon się nie odmawia.
 Wiem coś na ten temat  odparł i oboje zaczęliśmy się śmiać. 
             On i Sharon byli parą od prawie roku. I choć dzieliło ich trzy lata różnicy  Sharon była starsza  to jednak nie mogłam się nadziwić, jak idealnie do siebie pasują.
 Dziś miałeś wolne?
 Wolne i w szkole i w pracy  odparł, zabierając z lady brudne talerze i sztućce.  Więc byłem pod ręką.
 Jak zawsze  powiedziałam z uśmiechem.
        Kiedy się odwróciłam, by zebrać kolejne naczynia, do środka wpadła Sharon z drabiną. W niewielkiej, drewnianej skrzynce miała kilka narzędzi. Wymieniłam spojrzenia z Oscarem.
 Skarbie, co robisz?  zapytał powoli chłopak.
 Muszę powymieniać te przepalone żarówki  odparła, rozstawiając szybko drabinę.
 Może ja to zrobię?  zaproponował.
 A może zajmij się kuchnią  rzuciła w jego stronę. Oscar przejechał dłonią po swoich brązowych włosach, wzruszył ramionami, złapał za skrzynkę z brudnymi naczyniami i poszedł do kuchni.
 Uuu… Szefowo  odparłam, starając się powstrzymać śmiech. Przyjaciółka zmrużyła oczy.  Widzisz, jak nie panikujesz to ogarniasz  dodałam z satysfakcją. Wzięłam ostatnie brudne talerze i ruszyłam za Oscarem.
        Popychając wahadłowe drzwi, weszłam do śnieżnobiałej kuchni. W środku był, tylko Oscar pakujący do zmywarki brudne naczynia. Postawiłam obok niego to, co zebrałam z ostatnich stołów i spojrzałam w jego ciemne oczy.
 Nie komentuj  powiedział z lekkim uśmiechem.
 Powiem tyle, że cel osiągnęłam  odparłam z zadowoleniem.  Sharon potrzebowała dzisiaj zapewnienia, że da sobie radę.
 Szkoda, że pod tym względem słucha tylko ciebie.
 Wiesz, do czegoś muszę się przydać.  Puknęłam go w ramię.  Nie możesz mnie zastąpić w stu procentach.
 Jakbym śmiał  odparł, przykładając rękę do piersi i robiąc przestraszoną minę.
– Jesteś walnięty  skwitowałam. W pewnym momencie usłyszałam cudze głosy.  Chyba nie wszyscy jeszcze zjedli śniadanie.
 Uwielbiam spóźniających się gości. Szczególnie że chciałem skończyć z kuchnią i zająć się barem.
 Pech.
       Odwróciłam się do tablicy korkowej. Tam, w niewielkich kieszonkach, znajdowały się notesy dla kelnerek i kelnerów. Już miałam wziąć jeden z nich, kiedy wydarzyły się dwie rzeczy. Najpierw rozległ się huk, czyjś krzyk, a następnie jakby coś ciężkiego spadło na ziemię. Wymieniłam z Oscarem szybkie spojrzenie. Już zamierzaliśmy ruszyć do wyjścia, kiedy doszedł do mnie głos przyjaciółki.
– O mój Boże! Malia! Malia!
       Prawie się zabiliśmy, wybiegając przez drzwi, w których normalnie zmieści się jedna osoba. Nie miałam pojęcia, co się stało, ale nie brzmiało to dobrze. Czułam, jak moje serce przyspieszyło. Równo zatrzymaliśmy się przy ladzie i szybko wyszliśmy za nią.
       Roztrzęsiona Sharon pochylała się nad kimś, a tuż obok niej stało jakieś małżeństwo. Drabina była przewrócona, a skrzynka z jej narzędziami leżała jeszcze dalej. Każdy coś mówił, więc ciężko było wyłapać jakiekolwiek sensowne zdanie.
 Co…  zaczął Oscar. W tym momencie Sharon podniosła głowę i ze łzami w oczach spojrzała na mnie.
 Malia, musisz mu pomóc!  krzyknęła przyjaciółka.
       Szybko do niej doskoczyłam. Wtedy zobaczyłam leżącego na podłodze chłopaka, który zapewniał swoich rodziców, że nic mu nie jest. Jego blond włosy pokryte były krwią. Był szczupły i wysoki, a kiedy uklęknęłam obok, jego błękitne oczy spojrzały się wprost na mnie.
 Co tu się stało?  zapytałam, rozglądając się dookoła.
 Wpadł na drabinę, a ja stałam na górze. Zdążyłam zeskoczyć, ale skrzynka… Ona zleciała prosto na niego. Kazałam się mu nie ruszać i… i… od razu cię zawołałam.
 Nic mi nie jest – odezwał się.
 Pewnie – rzuciłam w jego stronę.
 Malia?  Przyjaciółka spojrzała na mnie, a w jej oczach nadal szkliły się łzy. Widziałam jej trzęsące się ręce.
 Nic mu nie będzie.
 Zna się pani na tym?  zapytał jego ojciec, który wydawał się być o wiele spokojniejszy, niż matka chłopaka i Sharon.
 Znam  odparłam z pewnością w głosie.
 Jak ci pomóc?  zapytała Sharon, szarpiąc za moje ramię.
 Pomożecie, jak się odsuniecie.  I nagle wszyscy się cofnęli. – Żeby to tak działało za każdym razem  pomyślałam.
 Mój Boże  jęczała Sharon.
 Pozwól, że pożyczę. 
             Złapałam za jej apaszkę. Pociągnęłam i po chwili miałam ją w ręku. Zwinęłam materiał w kulkę i przyłożyłam do rozciętej rany na głowie chłopaka. 
 Przytrzymaj tu  wzięłam jego rękę i nakierowałam go na prowizoryczny opatrunek.
 Mój Boże tyle krwi  zajęczała Sharon, tuż za moimi plecami.
 Oscar, weź Sharon na bok. Zrób jej coś do picia, najlepiej melisę i uspokój ją trochę, a państwu zaserwuj śniadanie  zarządziłam. Następnie spojrzałam na rodziców chłopaka.  Zabiorę go do naszego pokoju i opatrzę. Gdyby coś się działo, od razu po państwa przyjdę. Choć wydaje mi się, że zrobiło się zbyt wielkie zamieszanie o nic.
 Wyglądało to strasznie  odparła kobieta.
 Zazwyczaj tak wygląda, a potem okazuje się, że nic takiego się nie stało  powiedziałam, mając nadzieje, że się nie mylę.
 Mówiłem  odpowiedział leżący.
– Wstajemy  oznajmiłam, pomagając mu się podnieść.  Nie ruszaj.  Przytrzymałam jego rękę na głowie.  Nie puszczaj, to ma tak zostać.
 Zawsze tak rozkazujesz?  zapytał, unosząc brwi.
 Luke! – skarciła go matka.
 No, co? Już zapytać się nie można?  odparł z miną niewiniątka. Był młody, mógł być w wieku Oscara. Jego błękitne oczy ponownie skupiły się na mnie.
 Idziemy – powiedziałam i pociągnęłam go w stronę wyjścia.
       Wyszliśmy na korytarz, a następnie skręciliśmy w prawo. Doszliśmy do jasnych drzwi. Wyciągnęłam z kieszeni klucz i tworzyłam je. Weszliśmy do pokoju pokrytego boazerią.
 Siadaj  wskazałam na krzesło. 
             Podeszłam do szafki i wyciągnęłam z niej szeroką, czerwoną apteczkę. Następnie wróciłam do Luke'a. Rozłożyłam ją i sprawdziłam, co się w niej znajduje.
 Muszę to przemyć  powiedziałam, ubierając jednorazowe rękawiczki i biorąc do ręki brązową buteleczkę.  Nie będzie to przyjemne.
 Nie ma sprawy  odparł, wzruszając ramionami. 
             Nasączyłam gazę, zabrałam chustę Sharon i zaczęłam przemywać mu głowę. Usłyszałam cichy syk.
 Przepraszam. Zaraz skończę.
 Da się wytrzymać.  – Rana na szczęście nie była głęboka, więc zwykły opatrunek wystarczył. Odwinęłam nową gazę. 
 Masz inny akcent, nie jesteś stąd.
 Przylecieliśmy z Australii.
 No, proszę  odparłam z uśmiechem. Luke tylko wzruszył ramionami. Przyłożyłam gazę do jego głowy i zaczęłam owijać ją bandażem.
 To konieczne?- zapytał, wskazując na opatrunek.
 Tak. Inaczej się nie da.  Zawiązałam końcówkę i spojrzałam na swoje małe dzieło.  Gotowe.
 Dzięki.  Już chciał wstać, ale ja kiwnęłam placem, dając mu znak, że ma jeszcze usiąść.
– Teraz posłuchaj, smutny chłopcze…
 Smutny?  Zignorowałam to.
 Nie ruszaj, nie przesuwaj, najlepiej tego nie dotykaj. Wieczorem możesz to ściągnąć. Jak zacznie się babrać, kup w aptece maść wspomagającą gojenie. Chociaż nie jest to duża rana, więc powinno szybko się zasklepić. Gdybyś zaczął się źle czuć czy mieć  nie wiem – mdłości, zgłoś się do lekarza, bo to może oznaczać wstrząs mózgu. To wszystko.
 Jeszcze raz dzięki.
 Nie ma sprawy  odparłam. Luke wstał i podszedł do drzwi. Złapał za klamkę i otworzył je. Odwrócił się i znów spojrzał na mnie.
 Nie jestem smutasem  powiedział i uśmiechnął się. 
             Jego twarz wyglądała zupełnie inaczej, kiedy się rozchmurzył. Taki niewielki element, a dodał mu uroku. Odpowiedziałam tym samym.

        Zarzuciłam na siebie kurtkę i spojrzałam na siedzącą przy stole przyjaciółkę. Na zewnątrz od dawna panowała ciemność. Dochodziła godzina dziesiąta wieczorem i można było już iść do domu. Marzyłam o łóżku i długim śnie, ale obiecałam Sharon, że wpadnę też jutro.
 Wina spadła na ich syna  powiedziała Sharon, a ja usłyszałam w jej głosie nutę ulgi.  Na całe szczęście, nic się nie stało.
 Powiedzieli ci tak? – zapytałam z niedowierzaniem. Przeważnie wszyscy obwiniają personel, a tu proszę, coś nowego.
 Przeprosili za to. Jego matka twierdzi, że od jakiegoś czasu jej syn jest rozkojarzony. W sumie sama nie wiem, jakim cudem nie zauważył tej drabiny.
 Ty kiedyś nie zauważyłaś słupa  przypomniałam jej ze śmiechem.
 Faktycznie  odparła z uśmiechem. – Czyli to możliwe.
– Jak najbardziej. Lecę. Widzimy się jutro.
 Jeszcze raz wielkie dzięki za pomoc.  Uściskała mnie.
 Wiesz, że zawsze…
 Wiem  dokończyła.

       Weszłam do głównego lobby, które było puste. Zapięłam zamek w kurtce i zabrałam się za naciąganie na ręce rękawiczek. W tym momencie usłyszałam czyjeś kroki. Z restauracji wyłonił się Luke. Na jego głowie nie było już bandażu, choć wśród jego blond włosów można było wyłapać niewielkie zaczerwienienie, w miejscu, w którym trafiła go skrzynka.
 Cześć.
 Cześć, jak głowa?
 W porządku.
 Mogę spojrzeć?  Przytaknął i odwrócił się. Dotknęłam lekko jego włosów, odgarniając je nieco.  Wygląda dobrze.
 I już prawie nie boli.
 Czyli możesz kontynuować zwiedzanie Londynu.
 Tak… Może powiesz, co warto zobaczyć?  zapytał i lekko się uśmiechnął.
 A co już widziałeś?
 Jeszcze nic. Przylecieliśmy dzisiaj.
 W takim razie… Hmm… Pałac Buckingham, Muzeum Narodowe też jest ciekawe. Na pewno warto iść do Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud i do Muzeum Nauki. Fajnie się spaceruje po dzielnicy Camden Town, a jeśli lubisz Harry’ego Pottera, to możesz zahaczyć o studio The Making of Harry Potter. Jeśli nie boisz się wysokości, to obowiązkowo powinieneś przejechać się London Eye.
 Spróbuję to wszystko zapamiętać.  Uśmiechnęłam się.  W razie co, zrobisz powtórkę?
 Jasne. Jak będzie trzeba, mogę zrobić za przewodnika.  Luke zaśmiał się.  Wiesz, gdzie mnie szukać.
       Minęłam go i ruszyłam w stronę wyjścia. Otuliłam się szczelniej szalikiem i otworzyłam drzwi. Gdy tylko wyszłam na zewnątrz, poczułam chłodne, zimowe powietrze na twarzy. Wzdrygnęłam się i ruszyłam znaną mi drogą do domu. 



2 komentarze:

  1. W końcu udało mi się do ciebie zajrzeć i nareszcie wróciłaś do pisania ff- przynajmniej można w taki sposób poczytać twoje opowiadania :) zapowiada się ciekawie, już polubiłam dziewczyny, wydają się być bardzo sympatyczne. A Luke jak narazie to dla mnie wielka niewiadoma. Nie mogę się doczekać kolejnej części, więc pisz szybko kobieto :)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajny.
    Też kiedyś walłam w słup /prawie.

    OdpowiedzUsuń