czwartek, 25 grudnia 2014

S1 - Rozdział 2

Londyn, 10 grudnia 2011 roku


        Po ostatnim triatlonie na praktykach dostałam cztery dni wolnego. Zamiast jednak szykować projekt na zajęcia czy najnormalniej w świecie się obijać, ja pomagałam Sharon w hotelu. Dziś też zerwałam się wcześnie i o ósmej wstawiłam się w moim tymczasowym miejscu pracy. Tym razem to przyjaciółka wzięła na siebie rolę kelnerki, a ja korzystając z okazji, że goście powoli opuszczają pokoje, postanowiłam zabawić się w pokojówkę.
        Popychając przed sobą duży wózek z koszem i mnóstwem czystych rzeczy, przemieszałam się powoli od pokoju do pokoju. Na uszach miałam słuchawki, umilając sobie czas ulubioną muzyką. Na korytarzu, a także w pokojach nie napotkałam nikogo. Panowała totalna pustka. Kiedyś dziwiłam się z jaką prędkością ludzie potrafią wchodzić i wychodzić z pomieszczeń. Przemieszczają się nieraz jak duchy  całkowicie niezauważeni.
        Zatrzymałam się przy drzwiach z mosiężną siódemką. Wygrzebałam z kieszeni uniwersalną kartę, która otwierała wszystkie zamki w pokojach. Wsadziłam ją do czytnika. Gdybym nie miała słuchawek, usłyszałabym pewnie charakterystyczny klik. Nacisnęłam klamkę i weszłam do środka. Wciągnęłam za sobą wózek.
         Odwróciłam się i uniosłam brwi. W pomieszczeniu panował totalny bałagan. Ubrania walały się po podłodze, na stoliku leżało kilka pustych opakowań po słodyczach, pościel była rozwalona, jakby ktoś w pośpiechu wyskoczył z łóżka, a w rogu, zaraz niedaleko telewizora, stał futerał z gitarą. Był to na razie najbardziej chaotyczny pokój, na jaki trafiłam.
         Niemalże zgrzytając zębami, podeszłam do stolika i szybko zgarnęłam puste opakowania. Znalazłam też dwie opróżnione puszki po słodkim napoju. Następnie zajęłam się łóżkiem. Gdy zaścieliłam je według wyznaczonych standardów  najpierw poduszki, potem kołdra, a na to ozdobna kapa i poduszki w kolorze beżu  zerknęłam na nocną szafkę. Leżała na niej książka jednego z moich ulubionych autorów. Podniosłam powieść Stephena Kinga i przyjrzałam się nieco wygniecionej okładce.
 Dobry gust  pomyślałam, odkładając ją na miejsce.
         Odwróciłam się i ruszyłam do łazienki. Tam wcale nie było lepiej. Widać było, że ktoś bardzo obficie bierze prysznic, bo na podłodze widać było ślady po rozlanej wodzie. Gdzieniegdzie było jeszcze mokro. Wróciłam do wózka i złapałam za mopa. Rozłożyłam go i szybko wytarłam podłogę. Następnie przetarłam wszystko na sucho. Wyciągnęłam wilgotną, jednorazową szmatkę do luster i zaczęłam pozbywać się z jego tafli odcisków palców. Modliłam się, by pozostałe pokoje były bardziej ogarnięte, niż ten. W południe bowiem czekało mnie odkurzane i ścieranie kurzy, a wolałam nie wiedzieć, na co można się natknąć.
          Ostatnią rzeczą, jaką miałam zrobić, to zebrać brudne ręczniki i wymienić je na czyste. Złapałam zużyte, jeszcze wilgotne ręczniki i odwróciłam się. Już miałam wejść do pokoju, aby wrzucić je do kosza, który znajdował się na wózku, kiedy stanęłam twarzą w twarz z Lukiem. Podskoczyłam, zahaczając kablem od słuchawek o klamkę. To prawie cofnęło mnie z powrotem do łazienki. Ręczniki upadły na podłogę i buty chłopaka.
– Pogięło cię?  wydusiłam, ściągając słuchawki i starając się uwolnić od trzymającej mnie klamki.
 Nie chciałem cię wystraszyć – powiedział, siląc się na powagę, choć widać było, że najchętniej parsknąłby śmiechem.
 Nie można zakradać się do cudzego pokoju  rzuciłam, zwijając kabel i wciskając go do kieszeni.
 To mój pokój  odparł. Zrobiłam wielkie oczy.
 O… To w takim razie, nie można zakradać się do kogoś, kto ma słuchawki na uszach. To grozi zawałem!
 Przepraszam.
 Przyjmuję – odpowiedziałam, poprawiając niesforne kosmyki włosów, które uwolniły się spod spinki. Rozejrzałam się po pokoju.
 Nie zawsze mam taki bałagan.
 Mnie tam nic do tego.  Nachyliłam się i zaczęłam zbierać ręczniki. Luke ukucnął obok, pomagając uprzątnąć resztę. Wrzuciliśmy je do kosza na brudy.
 Ostatnio byłaś kelnerką.
 Mam różne fachy w ręku.
 Jak pierwsza pomoc?
 Dokładnie.  Uśmiechnął się.  Widzę, że grasz na gitarze.  Cicho przytaknął.  Coś konkretnego?
 To dłuższa historia.
 Nie ma sprawy, smutny chłopcze, zatrzymaj tajemnicę dla siebie  odpowiedziałam z lekkim uśmiechem. Luke skrzywił się.
 Mówiłem, że nie jestem smutasem.  Kiwnęłam głową i wypchałam wózek na zewnątrz.  Ale ty jesteś smutasem.
 Niby czemu ja?
 Widać to po oczach  skwitował, wskazując je palcem.
 Czy jeśli powiem, że oboje jesteśmy smutasami, to pozwolisz mi dokończyć moją pracę?  Luke zaśmiał się i pokiwał głową.  W takim razie oboje jesteśmy smutasy do kwadratu.
 Mamy, chociaż swoje powody?  Uniosłam brwi.
 Mamy  odpowiedziałam.  Ale to dłuższa historia.
– To jesteśmy kwita – odparł, wychodząc za mną na korytarz.  I jeszcze raz przepraszam za to, że cię wystraszyłem.
 Naprawdę nie ma sprawy. Bywa.
        Kiedy to powiedziałam, usłyszałam czyjeś przyspieszone kroki. Oboje odwróciliśmy się w stronę schodów. Najpierw zauważyłam czubek blond czupryny, a po chwili pojawiła się Sharon w całej swojej okazałości. Jej policzki były lekko zaczerwienione. Z każdym krokiem słyszałam jej przyspieszony oddech, jakby biegła w jakimś maratonie.
 Malia! Dobrze, że jesteś!
 Co się stało?  zapytałam, kiedy zatrzymała się obok. Luke utkwił w niej swoje błękitne oczy, czekając z ciekawością na to, co dziewczyna ma do powiedzenia.
– Pralka…  wysapała Sharon.
 Co z nią?
 Zwariowała! Prawie cała pralnia pływa! Co ja mam zrobić?!
 Wyłączyłaś ją?
 Nie da się!
 Przecież… Jezu, to…
 Żeby nie doszło do jakiegoś spięcia  rzucił Luke.
 Co ja mam zrobić?  wyszeptała Sharon.  Dzisiaj wracają moi rodzice, jak zobaczą tę katastrofę, to mnie powieszą!
 Nikt nikogo nie będzie wieszał  odparłam.  Chodź, zaraz coś się z tym zrobi.
         Zostawiłam wózek na korytarzu i puściłam się z Sharon biegiem w stronę schodów. Dopiero po chwili zorientowałam się, że towarzyszy nam Luke. Nie miałam czasu, aby zajmować się wyganianiem chłopaka, więc pozwoliłam, aby poszedł z nami. 
        Zbiegliśmy na sam dół do piwnicy. Minęliśmy wejście do graciarni i zatrzymaliśmy się przy ostatnich drzwiach po prawej stronie. Sharon otworzyła je, a ja zrobiłam oczy, jak spodki. Pralka niemalże wysunęła się na sam środek pomieszczenia, mocno grzechocąc o podłogę. Piana sięgała niemalże po pas, a urządzenie nie przestawało jej wypluwać.
 Mój Boże  wydusiłam z siebie.  Trzeba to koniecznie odłączyć od prądu!
         Jak na rozkaz cała nasza trójka rzuciła się w stronę zwariowanego urządzenia. Pralka warczała tak głośno, jakby chciałaby nas pożreć. Przedzierając się przez tony piany, dotarliśmy do urządzenia.
 Gdzie to ma kabel?!  krzyknęłam, starając się przekrzyczeć hałas.
 Nie mam pojęcia!
 To się rusza dalej!  odparł Luke, starając się utrzymać pralkę w jednym miejscu. 
           Niestety, rodzice Sharon zainwestowali w prawdziwe potwory, o wiele większe, niż normalne domowe pralki, więc w jego wykonaniu była to niemalże walka z wiatrakami. Trzymają się koszuli Luke'a  na podłodze było ślisko  obeszłam ją. Odgarniając pianę, starałam się znaleźć kabel.
 To może tak…  odparła Sharon.
 Nie!  krzyknęłam, ale było już za późno. 
            Sharon nacisnęła jakiś guzik, a następnie otworzyła klapę od pralki. Na mnie i na chłopaka trysnęła ciepła woda z mydlinami, połączona z dodatkową warstwą piany.
 Przepraszam!  powiedziała szybko, kiedy odgarnęłam pianę z twarzy.  Nieraz tak robili. Naciskali tu i otwierali, a ona przestawała chodzić!
– Sharon, czy to na pewno była pralka?!  zapytałam z niedowierzaniem. Przyjaciółka zagryzła wargę.
 Dziewczyny, nie chcę wam przeszkadzać, w jakże miłej konwersacji, ale problem nadal jest!
– Cholera, nie znam się na tym!  mruknęłam, czując się kompletnie bezradna. Takie urządzenia były dla mnie czarną magią.
 Przesuń się  powiedział Luke, nachylając się w moją stronę, tak bym mogła go lepiej słyszeć.
              Zrobiłam to, o co mnie poprosił. Następnie zaczął, czegoś szukać na tyle urządzenia. Po chwili wszystko ustało. Luke z triumfem na twarzy zarzucił kabel na wyższą półkę, aby nie dotykał piany. W pomieszczeniu zrobiło się cicho, ale mimo to nadal brzęczało mi w uszach.
 Po kłopocie – oznajmił.
 Dzięki  powiedziała Sharon, spoglądając na swojego wybawcę od pralek.
 Prawie zwaliłem cię z drabiny, więc cieszę się, że mogłem jakoś to naprawić.
 Daj spokój  powiedziała ciszej.
 Głowa do góry, Sharon  rzuciłam, klepiąc ją po ramieniu. Na czubku głowy nadal miałam pełno piany.
 Moi rodzice jak to zobaczą, to mnie zabiją.
 Nic ci nie zrobią…
          W tym momencie do pralni wpadł Oscar. Spojrzał to na mnie, to na Luke'a, a następnie zerknął na Sharon. Zacisnął usta. Wiedziałam, że cała nasza trójka musiała wyglądać komicznie, ale chłopak dzielnie powstrzymał się od wybuchu śmiechu.
 Co tu się dzieje?  zapytał.
 Małe problemy techniczne  odpowiedziałam, strącając pianę z głowy.
– Gdzie ty byłeś?!  warknęła Sharon.
– Przyjmowałem zamówienie produktów na obiad  odparł, marszcząc czoło. Blondynka prychnęła pod nosem.  Sama mnie o to prosiłaś.
 Nie ważne – powiedziała, machając na niego ręką.
 Ważne jest, aby tu posprzątać  odparłam.  Zajmę się tym. Sharon, powinnaś wezwać kogoś do naprawy.
 W biurze rodziców są wszystkie papiery. Muszę poszukać marki i nazwy, a także karty gwarancyjnej…
 No, to ruszaj!  Popchnęłam ją w stronę drzwi. Ślizgając się, doszła do nich. Wspięła się po trzech schodach, a następnie stanęła obok Oscara.
 Poradzisz sobie? Nie chcę zostawiać cię z tym samej  jęknęła.
 Dam radę  zapewniłam ją, choć wiedziałam, że w pojedynkę sprzątanie zajmie mi wieki.
 Pomogę ci  odezwał się Luke.
 Nie, nie, nie… Nie mogę angażować w takie rzeczy gości  stwierdziła Sharon, kręcąc głową. Z jej włosów pojedynczo ściekały małe krople wody.
 Przecież nie ma nic lepszego od piana party, co nie?  odparł, unosząc jedną brew. Cała nasza czwórka wymieniła spojrzenia, a następnie ryknęliśmy śmiechem.
– Niech ci będzie  powiedziała Sharon, kiedy się uspokoiła.  Ale nic nie mów moim rodzicom, bo…
– Tak, zbiją cię, wiemy  weszłam jej w zdanie, z szerokim uśmiechem na ustach. Pokiwała na mnie palcem, tak jak to robią matki do swoich dzieci.  Idź już sobie!
 Malia ma rację. Musimy się pospieszyć  odparł Oscar, ciągnąc ją za rękę. Po chwili zniknęli nam z oczu.
 Piana party, co?  odezwałam się, zerkając na Luke’a.
 Trzeba było jakoś rozluźnić atmosferę. Twoja kumpela jest naprawdę bardzo spięta.
        Musiałam przyznać mu rację. Sharon dostawała korby, kiedy miała pod opieką hotel. Nigdy jednak nie zdarzały się takie wypadki. Zazwyczaj wszystko grało, więc i ona była bardziej wyluzowana. Rozejrzałam się po pomieszczeniu pełnej piany. Nie wiedziałam, od czego powinniśmy zacząć i jak powinniśmy zacząć.
 Może… Nie wiem… Zgarniemy to do tego dużego zlewu i będziemy spłukiwać to wodą. Piana powinna zniknąć – zaproponował Luke.
 Dobry pomysł. W rogu stoją wiadra. Jeśli się sprężymy, to powinno pójść szybko.
         Zrobiłam krok do przodu, a moje nogi rozjechały się we wszystkie strony. Już widziałam siebie upadającą na mokrą podłogę wśród bielusieńkiej piany, kiedy poczułam dłonie chłopaka na swojej tali i ramieniu.
 Dzięki  odparłam z ulgą.
 Postarajmy się siebie nie uszkodzić.
 Kolejny dobry pomysł  stwierdziłam, a on szeroko uśmiechnął się.

          Cali mokrzy, pokryci lepką warstwą mydlin, doprowadziliśmy pralnię do porządku. Nie miałam pojęcia, ile to trwało, ale z dodatkową parą rąk, robota szła o wiele szybciej. Dodatkowo poznałam nieco Luke'a i okazało się, że jest naprawdę sympatyczną osobą. Zdobyłam też kilka przydatnych informacji, takich jak to, że mieszka w Australii, a dokładniej w Sydney, ma siedemnaście lat, kocha muzykę, a na wycieczkę do Londynu zaciągnęli go jego rodzice, co z początku wcale mu nie odpowiadało.
 Więc jesteś ratownikiem medycznym?
 Jeszcze nie  odpowiedziałam. – Na razie robię praktyki i kończę studia.
 Oprócz tego reklama, marketing i public relations?
 Dokładnie  powiedziałam, wycierając ostatnią mokrą plamę na podłodze.
 Niezłe zestawienie  skwitował, a następnie rozejrzał się dookoła.  Chyba wszystko.
 Dzięki za pomoc.
– Nie ma sprawy. Było fajnie.
 Pewnie nie na takie atrakcje liczyłeś, przyjeżdżając do Londynu?
 Szczerze?  Kiwnęłam głową.  Myślałem, że będzie nudno.  Uśmiechnęłam się szeroko, a on odpowiedział tym samym.
– Firma Morell zapewnia najlepsze atrakcje  powiedziałam, unosząc kciuk.  Polecam, Malia Morell.
 Luke Hemmings wypróbował i również poleca dodatkowe atrakcje  odparł, kopiując mój gest. Spojrzeliśmy na siebie i oboje wybuchliśmy śmiechem.
         Odwróciłam się i wrzuciłam mokrą ścierkę do wiadra, w którym składowaliśmy przemoczone szmaty. Pacnęła na kupkę z głośnym mlaśnięciem. Wyprostowałam się i zauważyłam, że chłopak mi się przygląda.
 Co?
 Chyba powinniśmy się przebrać.
 Koniecznie. Na dziś koniec. Dziękuję za wykonaną pracę i zapraszam ponownie, panie Luke  wyrecytowałam poważnym tonem, a blondyn zaśmiał się.
 Wiesz, co  zaczął, a ja uniosłam brwi.
 Co? – dopytałam, kiedy przez dłuższy czas milczał.
 Dasz się zaprosić na kawę? Na przykład jutro?  Utkwiłam w nim swoje brązowe oczy. Między nami pojawiła się cisza. Przeanalizowałam wszystkie za i przeciw i westchnęłam. Następnie na mojej twarzy na nowo zagościł uśmiech.
 Jasne, z chęcią.
 Co powiesz na drugą?
 Pasuje. Spotkajmy się pod hotelem.
 Okej.
 W takim razie, jesteśmy umówieni  rzuciłam i ruszyłam w stronę drzwi.  Idziesz czy tak ci się tu spodobało, że zostajesz?
 Idę, idę.




2 komentarze:

  1. Piana party wymiata. Naprawdę lubię twoich bohaterów. Malia i Sharon to naprawdę dobre przyjaciółki, a i Luke punktuje. Jestem ciekawa, jak rozwinie się ich znajomość. Oprócz tego - gify wymiatają :D Pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy. Pozdrawiam Milena :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że ci się podoba :) No, na pewno jakoś się rozwinie, bo nie zostawię ich tak "na obco" :D Ale jak się rozwinie- tego nie zdradzę. Super, że zaglądasz :)

      Usuń