czwartek, 1 stycznia 2015

S1 - Rozdział 3

Londyn, 11 grudnia 2011 roku

— Umówiłaś się z Lukiem?! — krzyknęła do słuchawki Sharon, a ja o mało co, a spadłabym z łóżka. Moja przyjaciółka naprawdę mnie kiedyś zabije tymi krzykami przez telefon.
— To tylko kawa — powiedziałam, przekładając komórkę do drugiego ucha. Tamto musiało odpocząć.
— Tylko?!
— Matko, Sharon, błagam, bo ogłuchnę.
— Czemu nie powiedziałaś mi wcześniej?
— Nie było okazji, a potem wyleciało mi z głowy — odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
— Rany, Malia... — wydusiła, obrażonym tonem.
— Mówię serio.
— O której się spotykacie?
— O drugiej pod twoim hotelem.
— Wiesz, że masz godzinę? — zapytała, a ja oczami wyobraźni widziałam, jak unosi brwi i kręci głową z niedowierzaniem.
— Wiem, ale nie zamierzam się pindrzyć. To nie w moim stylu. Zresztą to tylko kawa. — Przyjaciółka prychnęła cicho. — Co ci tam po głowie chodzi?
— Nic mi nie chodzi — odpowiedziała szybko, zdecydowanie za szybko, jak na nią. — Powinnaś się szykować.
— Właśnie próbuję.
— Co ci w tym przeszkadza?
— No nie wiem... może trzymanie telefonu? — mruknęłam ze śmiechem.
— Racja. Opowiesz, jak było?
— Sharon — jęknęłam.
— Proszę! Ze szczegółami oczywiście.
— A mam wybór?
— Oczywiście, że nie, ale pomarzyć możesz — odpowiedziała i wybuchła śmiechem. Na szczęście zdążyłam odsunąć telefon od ucha, przez co uratowałam się przed utratą słuchu.
— Zadzwonię wieczorem.
— Baw się dobrze.
— Dzięki.
Rozłączyłam się. Odłożyłam komórkę na szafkę, a następnie wstałam z łóżka. Przeciągając się, ruszyłam do szafy. Otworzyłam ją i spojrzałam na moje ubrania. Musiałam znaleźć coś w luźnym stylu, ale nie sportowym i musiało być ciepłe, bo dzisiaj cały Londyn znów straszył nas niskimi temperaturami. Pokręciłam nosem i zaczęłam przewracać rzeczy.
— To jakaś totalna masakra — mruknęłam sama do siebie, próbując dokopać się do czegoś, co by odpowiadało moim wymaganiom.
W końcu wyciągnęłam niebieską bluzkę z nadrukiem z długim rękawem i ciemne dżinsy. Spojrzałam na ten komplet. Wzruszyłam ramionami i zabrałam się za ubieranie. Musiałam przyspieszyć, bo czekało mnie jeszcze poprawienie włosów i makijażu. Nienawidziłam się spóźniać, więc wrzuciłam drugi bieg i biegałam po mieszkaniu, starając się wyrobić na czas.


Brnęłam przez zaśnieżony chodnik. Z nieba znów sypały się drobne płatki śniegu. Zima nie popuszczała i miasto znów nieco zamarło, ponieważ odśnieżarki nie nadążały usuwać śniegu. Zasłoniłam twarz szalikiem, aby osłonić się od wiatru.
Minęłam skrzyżowanie. Z daleka zamajaczył mi hotel. Wytężyłam wzrok i dostrzegłam czekającego na mnie Luke'a. Na głowie miał czarną czapkę, owinięty był szarym szalikiem. Ręce włożył do kieszeni czarnej kurtki. Przystępował z nogi na nogę. Przeszłam na drugą stronę ulicy.
— Cześć! Mam nadzieję, że długo tu nie stoisz — powiedziałam, zdzierając nieco głowę do góry. Luke był ode mnie wyższy.
— Nie. Dopiero, co wyszedłem, ale i tak zdążyło mnie przymrozić.
— W takim razie idziemy — odparłam, ruszając przed siebie. Chłopak zrównał się ze mną. – Niedaleko jest dobra kawiarnia.


Kiedy weszliśmy do lokalu, buchnęło w nas ciepło. Szybko rozpięłam kurtkę i ściągnęłam szalik. Kiwnęłam na Luke'a, wskazując mu wolny stolik, prawie na samym końcu sali. Odpowiedział tym samym i ruszył za mną. Przecisnęliśmy się przez innych siedzących gości, aż w końcu dotarliśmy do celu. Powiesiłam kurtkę na oparciu krzesła i usiadłam. Luke rozebrał się i zajął miejsce naprzeciwko mnie. Bez słowa przysunęłam w jego stronę menu. Przez chwilę w milczeniu każde z nas studiowało kartę.
— Wiesz, co chcesz? — zapytał, a ja oderwałam wzrok od kolorowych liter. Spojrzałam w jego błękitne oczy.
— Gorąca czekolada z bitą śmietaną i wiórkami czekolady.
— W takim razie dwa razy gorąca czekolada — powiedział, wstając z miejsca.
Odłożyłam kartę na bok. Spojrzałam, jak podchodzi do lady, przy której stała wysoka, rudowłosa dziewczyna. Oparłam głowę o rękę, nie spuszczając z niego wzorku. W pewnym momencie Luke odwrócił się, a ja szybko udałam, że dalej czytam menu. Z perspektywy osoby trzeciej musiało to wyglądać naprawdę głupio i dziecinnie, ale był to odruch niekontrolowany. Nie ma nic gorszego niż natarczywe gapienie się na drugą osobę. Nie chciałam też wyjść na jakąś psychopatkę. Fakt faktem, Luke był przystojnym, młodym facetem, ale bezczelne gapienie się na niego zupełnie odpadało. Po kilku minutach wrócił do stolika.
— Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, ale dodałem nam coś do zamówienia.
— Czy to, co dodałeś jest legalne? — zapytałam, a blondyn się zaśmiał.
— W stu procentach.
— Więc? Co to jest?
— Ciasteczkowe ciasto czekoladowe — powiedział z zadowoleniem. — Z ciasteczkami.
— Ciasteczkowe ciasto czekoladowe z ciasteczkami? — powtórzyłam, unosząc brwi. Pokiwał głową.
— Wyglądało całkiem smacznie.
— Jak dla mnie bomba — skwitowałam. Czekolady i ciastek nigdy za wiele. — Więc?
— Więc?
— Jak ci się tu podoba?
— Jest całkiem przyjemnie — odpowiedział, rozglądając się dookoła.
— Mam na myśli Anglię — rzuciłam ze śmiechem.
— Też jest całkiem przyjemnie, choć zimno. Widziałem już kilka rzeczy.
— Na przykład?
— Pałac Bugkingam, London Eye i Muzeum Nauki. To, co polecałaś.
— Jeszcze trochę przed tobą — powiedziałam z uśmiechem.
Tuż obok nas pojawiła się kelnerka, stawiając przed nami talerzyki z ciastem oraz wysokie szklanki z czekoladą. Ciasto prezentowało się naprawdę świetnie. Dwu warstwowe, z masą czekoladową i drobnymi rozkruszonymi ciasteczkami. Na górze ciemna polewa i większe ciastka, oblane oczywiście czekoladą. Gorące napoje z bitą śmietaną powtykane miały kremowe rurki, zrobione z chrupkiego ciasta. Zabraliśmy się za jedzenie.
— Jeśli nas po tym nie zemdli, to będzie cud — powiedziałam, biorąc do buzi kolejną porcję ciasta.
— Raz się żyje. Ja tam raczej nie mam limitu.
— Zobaczymy — odparłam, z uśmiechem.
— Z mojego zespołu to ja najwięcej pałaszuję, więc wiem, jak działa mój żołądek...
— Masz zespół? — przerwałam mu z zaciekawieniem. Luke wyprostował się i spojrzał na mnie. — To tłumaczy gitarę w twoim pokoju.
— Masz mnie — powiedział i ponownie uśmiechnął się szeroko. Dopiero teraz zauważyłam, że gdy to robi, w jego policzkach pojawiają się niewielkie dołeczki.
— No to opowiadaj — zachęciłam go machnięciem ręki.
— Naprawdę chcesz tego słuchać?
— Wstydzisz się?
— Nie, pewnie, że nie... tylko...
— Tylko, co? — Luke ściągnął usta i utkwił wzrok w szklance z gorącą czekoladą. — Historia na inny raz?
— Coś w tym stylu — odparł, znów spoglądając na mnie.
— Nie ma sprawy. Mów o zespole. Jak się nazywacie?
— 5 Seconds of Summer.
— Co gracie?
— Mieszaninę popową.
— Czyli to, co dziewczyny lubią najbardziej — odparłam z uśmiechem.
— Twoja muza?
— Nie bardzo. Ale też posłucham. Ilu was jest?
— Czterech. Gramy od jakiś dwóch lat. Poznaliśmy się w szkole i postanowiliśmy założyć zespół.
— Robicie covery czy gracie też swoje kawałki?
— I to, i to.
— Tym bardziej ekstra — odpowiedziałam zgodnie z prawdą. — Kto wie, może za rok owładniecie cały świat i to będzie kolejna muzyczna mania. — Luke się uśmiechnął. — Tego ci życzę — dodałam, odwzajemniając uśmiech.


Po wypiciu i zjedzeniu ciasta postanowiliśmy się przejść. Przestało padać, wiatr ustał, więc śmiało mogliśmy trochę połazić. Znaleźliśmy się w Green Park, teraz przysypanym śniegiem. Gdzieniegdzie przechadzały się zakochane pary i małżeństwa z dziećmi. Rozmawialiśmy niemalże o wszystkim, a tematów było naprawdę wiele.
— Ten park jest ogromny — powiedział Luke, rozglądając się dookoła.
— Jeden z większych — odpowiedziałam, ze złośliwym uśmiechem na twarzy.
Starałam się, by ton mojego głosu był normalny. Nie chciałam wzbudzić żadnych podejrzeń. Chłopak dalej spoglądał w drugą stronę, więc skorzystałam z okazji i się nachyliłam. Zgarnęłam śniegu i szybko zaczęłam lepić odpowiedniej wielkości kulkę. Następnie odsunęłam się nieco i rzuciłam nią w jego kierunku. Moja śnieżna torpeda rozbryzgała się, trafiając go w kark.
— Co do... — Raptownie odwrócił się, nie do końca wiedząc, co się stało. Wybuchłam śmiechem na widok jego zdezorientowanej miny. — Bardzo śmieszne.
— Bardzo — skwitowałam niewinnie.
— Mam się popłakać? — zapytał, jednocześnie nachylając się, by ulepić własną kulkę. — Popłaczę się i to będzie twoja wina. Narobię ci obciachu. — Zachichotałam pod nosem, jednocześnie powoli się cofając. — Więc, jak będzie? — odparł, podrzucając śnieżkę.
— Tak, wiem. Sama zaczęłam — powiedziałam, unosząc ręce w geście poddania.
Luke zaśmiał się i podrzucił kulkę raz jeszcze. Następnie się zamachnął. Myślałam, że zaraz śnieg rozbryźnie mi się na twarzy. Jednak blondyn upuścił śnieżkę i rzucił się w moją stronę. Zadziałał tak szybko, że nawet nie zorientowałam się, kiedy znalazłam się na ziemi. Zwinnym ruchem powalił mnie na biały puch. Chichocząc, obsypał mnie garścią śniegu.
— Co do... — wydusiłam z siebie.
Luke dalej śmiał się w najlepsze. Już miał się podnieść do pozycji stojącej, kiedy wykorzystałam moment i pociągnęłam go z całej siły za kurtkę. Skutkiem tego było to, że klapnął na swoje cztery litery tuż obok mnie.
— Dobra, myślę, że jesteśmy kwita — powiedział, poprawiając czapkę, która zsunęła mu się na oczy.
— Myślę, że tak — odpowiedziałam, siedząc obok.
Chłopak podciągnął nogi i oparł o kolana łokcie. Przejechał palcem po brodzie. Jego oczy wpatrywały się gdzieś w dal. Przyjrzałam się mu uważnie, mając nadzieję, że nie kombinuje żadnego kolejnego ataku na moją osobę. Po chwili odwrócił się, a ja mogłam z bliska zobaczyć te jego błękitne tęczówki, które nie ukrywam, ale mi się podobały.
— Ulepmy bałwana — zaproponował.
— Co?
— Ulepmy bałwana. — Zrobiłam wielkie oczy. — No, chodź! Nie robiłem tego od dziecka.
— Ale...
— Co? Nie powiesz mi chyba zaraz, że jesteś za stara na takie zabawy. — Zrobiłam jeszcze bardziej zaskoczoną minę. — Pomyśl sobie, że jesteś dzieckiem.
— Dobra, zróbmy to.


Po dwóch godzinach w Green Parku stanął kolejny bałwan. Byliśmy zgrzani, lekko zdyszani, ale zadowoleni ze swojego dzieła. Zarówno na moich, jak i jego policzkach pojawiły się czerwone wypieki.
Odsunęliśmy się od naszego bałwana, który nie był idealny, ale był całkowicie nasz. Składał się z trzech, nieco krzywych kul, zamiast rąk miał patyki, które Luke znalazł przy ławce znajdującej się kawałek dalej. Oczy i guziki zrobiliśmy z kolorowych cukierków, które miałam w kieszeni. Dostał też ulepiony ze śniegu niewielki krawat. Na głowie zamiast czapki, miał kupkę niewielkich, patykowatych włosów. No i oczywiście otrzymał imię. Był to Bałwan Bob London Trzeci. Trzeci, ponieważ w jego pobliżu znajdowały się dwa inne, wcześniej ulepione przez kogoś bałwany.
— Dzieło sztuki — podsumowałam, wyciągając z kieszeni telefon. — Musi być słodka fotka. — Odpowiednio wymierzyłam i zrobiłam zdjęcie. — Stań obok niego.
Otrzepując się ze śniegu, podszedł do Boba i objął go ramieniem. Zaśmiałam się pod nosem i zrobiłam kolejne zdjęcie.
— Teraz ty. — Zamieniliśmy się miejscami. Kiedy Luke zrobił zdjęcie swoim telefonem, podeszłam do niego i zerknęłam na ekran.
— Wygląda całkiem, całkiem.
— Jeszcze nie wyjeżdżam, więc może jeszcze kiedyś uda nam się ulepić kolejnego bałwana – powiedział Luke, zerkając na mnie.
— Może.
— Wymienimy się numerami?
— Jasne, o ile Bob nie będzie miał nic przeciwko — rzuciłam i oboje zaczęliśmy się śmiać.
— Myślę, że Bob nie będzie miał nic przeciwko — odparł po chwili Luke.
— W takim razie zapisuj. — I podałam mu swój numer telefonu.



3 komentarze:

  1. Sharon jest pozytywnie zakręcona, lubię ją. No i przyszła pora na kawe z Lukiem. Oboje są nieco tajemniczy. Hehe bałwan Bob, to mnie rozłożyło :) czekam na ciąg dalszy.
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że podobają ci się bohaterowie. Nie chciałam żeby byli nijacy. Tak bałwan Bob wymiata :D

      Usuń
  2. Ooo :3
    Ulepili bałwana i wymienili się numerami i zaliczyli glebę :3

    OdpowiedzUsuń