poniedziałek, 26 stycznia 2015

S1- Rozdział 5

Londyn, 17 grudnia 2011 roku

Siedziałam w ulubionej kawiarni, pochylona nad notatkami i laptopem. Musiałam dokończyć projekt na zajęcia z reklamy, a w domu jak zwykle mam masę innych, ważniejszych rzeczy do roboty. Ostatnio też z Oscarem na nowo zaczęliśmy grać w Left 4 Dead 2. Apokalipsa zombie nas wciągnęła i w wolnych chwilach ślęczeliśmy przed ekranami i wspólnie staraliśmy się przeżyć kampanie. Dlatego robienie projektu poza domem było sposobem na faktyczne jego dokończenie.
Powoli dochodziła godzina dziesiąta, więc w środku było mniej ludzi, niż zazwyczaj. Większość z nich również coś robiła, czy to na tabletach czy tak jak ja na komputerach. Istna kawiarnia intensywnej pracy.
Spojrzałam na notatki, a następnie na ekran. Pokręciłam nosem i zaczęłam wprowadzać poprawki do kampanii reklamowej, którą musiałam przyszykować na zaliczenie ćwiczeń. Cały projekt już dość dobrze wyglądał, więc liczyłam na to, że niedługo go skończę.
Nagle poczułam, że ktoś na mnie zerka. Powoli odwróciłam się w stronę szyby. Na zewnątrz zobaczyłam moją koleżankę Victorię. Energicznie machnęła do mnie i poszła w stronę drzwi. Zapisałam szybko plik. 
Kiedy weszła do kawiarni, od razu ruszyła w moim kierunku. Ściągnęła czapkę, a kilka brązowych kosmyków opadło jej na twarz. Odgarnęła włosy, wrzuciła na usta swój znany uśmiech i usiadła naprzeciwko mnie.
— Cześć.
— Cześć, ciągle w biegu, co? — zapytałam, przekładając notatki.
— Co prawda spieszę się do pracy, ale musiałam zagadać.
— Wykończysz się — stwierdziłam, a Victoria wlepiła we mnie niebieskie oczy. Wyszczerzyłam się, jak to robią na filmach.
— I kto to mówi? Zresztą byłam wczoraj w studiu.
— I?
— Będzie nowa bajka i widziałam tam też twoje nazwisko — powiedziała, opierając głowę na ręce.
— Dostałam od nich maila, ale jeszcze się nie zgodziłam. Muszę mieć pewność, że nagrywanie nie będzie mi kolidować z zajęciami i praktykami.
— Musisz dać radę – zajęczała. — Robimy najlepszy śpiewany dubbing w tej całej pieprzonej firmie. — Zaczęłam się śmiać. — Zresztą nasze postacie miałyby duet.
— Złowrogi duet.
— Zazdroszczę ci, że to ty będziesz mieć czarny charakter.
— W końcu. Mam dość wypięknionych księżniczek czy puchatych zwierzaczków — powiedziałam z przekąsem. — Czarny charakter to jest to.
— Też je lubię.
— Wiem — powiedziałam z uśmiechem. — Jak tylko ustalą termin, a będzie mi pasować, to w to wchodzę.
— Trzymam za słowo.
Nagle w kawiarni rozległ się dźwięk dzwonka. Victoria szybko zaczęła poszukiwania telefonu. Sprawdziła kieszenie, a następnie zatopiła ręce w wielkiej torebce, z którą się nie rozstawała. W końcu z triumfem na twarzy wyciągnęła go i szybko odebrała.
— Co znowu? — warknęła, a ja zrobiłam wielkie oczy. 
Victoria zawsze była nadpobudliwa, nieco wredna, ale w gruncie rzeczy była dobrą kumpelą i miała wielkie serce dla innych. Poznałyśmy się w studiu, gdzie obie podkładaliśmy wokale do animowanej kreskówki.
— A co mnie to obchodzi? Sam to sobie załatw. Czy ja wyglądam na twoją przełożoną? Więc rusz dupę i udaj się do konkretnej osoby, jak nie umiesz tego zrobić sam — powiedziała przez zaciśnięte zęby. Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem. — Mam inne sprawy na głowie niż wieczne niańczenie twojego wygórowanego ego. Radź sobie sam. — Rozłączyła się i spojrzała na mnie z poważną miną.
— Uuu... Jesteś niemiła. Uważaj, bo nie dostaniesz nic od Mikołaja — rzuciłam z uśmiechem, starając się jednocześnie nie wybuchnąć rechotem, który spłoszyłby innych klientów kawiarni. Mina Victorii była bezcenna, więc żałowałam, że nie mogę zrobić jej szybko zdjęcia.
— Niech się pierdoli — skwitowała. — Nienawidzę tego gogusia. Wiecznie jęczący, obijający się maminsynek. Nie wiem, jakim cudem dostał tę robotę. On nic nie potrafi zrobić sam.
— Początek dnia, a ty już jedziesz na parze.
— Dopiero się zacznie, jak tam dotrę. — Zerwała się na równe nogi i spojrzała na mnie z uśmiechem. — Muszę wracać do pracy. Miałam tylko odebrać papiery z poczty. — Pokiwałam głową. — Odzywaj się częściej.
— Przecież się odzywam.
— Wiem, ale to tak, żebyś nie zapomniała. — Zaśmiałam się. — Do zobaczenia.
— Miłego dnia w pracy.
— Nie dobijaj mnie — rzuciła na odchodnym i pognała w stronę drzwi. 
Victoria potrafiła przemieszczać się w trybie natychmiastowym. Jest, a po chwili już jej nie ma. Tak było i tym razem. Zdążyłam zobaczyć zamykające się za nią drzwi, kiedy wyleciała z kawiarni, jak oparzona. Upiłam łyk kawy i wróciłam do mojej, jakże pasjonującej kampanii reklamowej, która dotyczyła najnowszych słuchawek.


Praca szła dość dobrym tempem. Poprawiłam, co miałam poprawić, dodałam, co miałam dodać. Zatrzymałam się na budżecie. Cyferki krążyły po ekranie, były też na papierze, a ja nie mogłam dojść, w którym miejscu zrobiłam błąd. Ogólny wynik mi się nie zgadzał, więc musiałam przebrnąć przez cały kosztorys po raz kolejny i znaleźć źle wpisaną kwotę. Fascynujące.
Powoli, ze ślimaczą prędkością, sprawdzałam tabelkę po tabelce, wynajdując cyfry, które chyba wpisałam z sufitu. Nie wiem, skąd się tam wzięły, ale nie miałam ani ochoty, ani czasu, by się głębiej nad tym zastanawiać.
Przerzuciłam stronę i utkwiłam wzrok w ekranie laptopa. Nagle usłyszałam czyjeś kroki, które zmierzały w moją stronę. Mimowolnie podniosłam głowę i się uśmiechnęłam. Do kawiarni wszedł Luke w towarzystwie rodziców.
— Zobaczyłem cię przez szybę — oznajmił mi z uśmiechem. — I nie mogłem się powstrzymać, żeby nie wpaść do środka.
— Stęskniłeś się? — zapytałam ze śmiechem, odkładając notatki z liczbami na bok.
— Pewnie.
Zaraz obok pojawili się rodzice chłopaka. Na głowach mieli identyczne, granatowe czapki oraz takie same szaliki. Oboje się uśmiechnęli. Wstałam z miejsca.
— Pamiętacie Malię? — zapytał Luke, zerkając na nich.
— Oczywiście — odparł jego ojciec.
— Luke nam o tobie opowiadał — odezwała się kobieta. Uniosłam brwi.
— Nie mówiłem nic złego — powiedział szybko Luke i się uśmiechnął.
— Chcemy jeszcze raz podziękować za tamtą krytyczną sytuację — pociągnęła jego matka.
— Raczej idiotyczną — poprawił ją Luke, a ja się zaśmiałam. — Bo była idiotyczna. Zresztą nieważne.
— Zostawimy was na chwilę — powiedział mężczyzna i razem z żoną ruszyli w stronę lady, za którą stała rudowłosa młoda kobieta.
— Gdzie idziecie? — zapytałam z ciekawością.
— Tata się uparł, by zobaczyć muzeum Sherloka Holemsa. Bardzo go lubi. Więc bierzemy kawy na wynos i ruszamy w drogę.
— To miłego zwiedzania od razu życzę. — Widząc jego skrzywioną minę, szybko dodałam. — Nie będzie, aż tak nudno, jak ci się wydaje. Może coś cię zaciekawi.
— Zaciekawi mnie to, jakim sposobem wyciągniemy stamtąd tatę — skwitował, a ja znów się zaśmiałam.
— Fanatyk?
— Maniak. Dobrze, że to tylko postać literacka, bo inaczej pewnie zmieniłby się w psychofana.
— Aż tak? — Luke pokiwał głową. — Nieźle.
— Co jest takie niezłe? — zapytał jego ojciec, podchodząc razem z żoną z powrotem do nas. W rękach ściskali trzy tekturowe kubki.
— Malia mówiła, że muzeum Holmesa jest niezłe — odparł Luke, kiwając do tego teatralnie głową. Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem. Mężczyzna uśmiechnął się szeroko.
— Dobrze wiedzieć — powiedział po chwili.
— Tak się w ogóle zastanawialiśmy — zaczęła jego matka, poprawiając wolną ręką, blond włosy, które opadały jej na ramiona. Luke spojrzał na nią badawczo. — Wybieramy się dzisiaj na uroczystą kolację. To taka tradycja, że raz na jakiś czas, wychodzimy gdzieś coś dobrze zjeść w nieco bardziej elegancki sposób. — Gdy skończyła mówić, zaśmiała się lekko. — Nie jesteśmy snoby.
— Nawet tak nie pomyślałam — odpowiedziałam szybko.
— To rodzice praktykują tę tradycję. Ja czasami jestem do niej zmuszany — odezwał się Luke.
— Och, wcale nie — mruknęła kobieta, machając wolną ręką w stronę syna.
— Chodzi o to, że postanowiliśmy sobie zrobić taką uroczystą kolację w Londynie — odparł mężczyzna.
— Dlatego ja i Andrew — zerknęła czuło na męża — pomyśleliśmy, że dobrze by było lepiej poznać koleżankę Luke'a. Chcielibyśmy cię zaprosić na dzisiejszą kolację.
— O. 
Tylko tyle zdołałam z siebie wydusić. Przez chwilę nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Zaczęłam szybko w myślach szukać jakiegoś sensownego kłamstwa, które uwolniłoby mnie od kolacji. Nie chodziło o to, że nie chciałabym poznać rodziców chłopaka, ale bardziej o to, że takie uroczyste wyjścia to zupełnie nie moja bajka. Szczególnie że nie ma się czasu na przygotowanie. I dowiaduje się o nich w dniu wyjścia.
Luke zerknął z niedowierzaniem na ojca i matkę, a następnie spojrzał na mnie. Zobaczyłam jego błagalny wyraz twarzy. Po chwili jego usta poruszyły się, a ja zdołałam wyczytać z nich tylko słowo: proszę. Zdębiałam i szybko skupiłam się na jego rodzicach.
— To jak, Malia? — zapytał mężczyzna. — Mam nadzieję, że nie psujemy ci planów?
— Nie, pewnie, że nie. Z chęcią pójdę.
— Świetnie — oznajmiła Liz z uśmiechem. — Andrew zarezerwował stolik na siódmą. Obowiązują bardziej wyjściowe stroje.
— W takim razie spotkamy się na miejscu — powiedziałam z pewnością w głosie.
— Dobrze. Zbiórka pod Golden Palace Restaurant. Do zobaczenia.
— Do zobaczenia — wydusiłam z siebie. Rodzice chłopaka odwrócili się i ruszyli w stronę wyjścia.
— Dzięki — wyszeptał Luke z uśmiechem. Odpowiedziałam tym samym. Odwrócił się i poszedł za nimi.
Gdy zniknęli mi z oczu, opadłam ciężko na krzesło. Golden Palace Restaurant to poważna sprawa. Miejsce to jest naprawdę z górnej półki. Wiedziałam, że będę potrzebować pomocy. I to szybko. Pospiesznie zaczęłam się pakować, zbierając notatki i wrzucając je niedbale do torby. Wolną ręką wyciągnęłam telefon i wyszukałam numer do przyjaciółki. Po chwili usłyszałam wolny sygnał, a następnie jej głos.
— Co tam?
— Musisz mi pomóc.
— Co się stało?
— Kolacja, to się stało — powiedziałam i streściłam jej spotkanie z Lukiem i jego rodzicami.


Musiałam poczekać, aż Sharon skończy zajęcia, a następnie uda się do domu po potrzebne jej rzeczy. Nie miałam pojęcia, o co może chodzić, ale niecierpliwie czekałam na nią w domu. W końcu usłyszałam domofon i rzuciłam się w jego stronę, by wpuścić przyjaciółkę. Otworzyłam też drzwi wejściowe i wróciłam do pokoju. Po chwili weszła do mieszkania.
— Jestem! Nie chciało mi się szukać kluczy i... — Spojrzała na mnie i uniosła brwi. — Masz minę, jakby zabierali cię na ścięcie, a nie na kolację.
— To Golden Palace — jęknęłam. — Pro elo full elegancja Francja. Nie moje klimaty!
— Nie spinaj się — rzuciła, ściągając kurtkę, czapkę i buty. Z szafki wyciągnęła swoje kapcie, które zawsze u mnie ma, a następnie machnęła ręką. — Idziemy do sypialni.
— Wpakowałam się w totalny kosmos — pociągnęłam, krzywiąc się.
Weszłyśmy do pokoju, który służył mi za sypialnię. Usiadłam na łóżku i wlepiłam oczy w przyjaciółkę. Sharon postawiła przy biurku dużą siatkę, a następnie spojrzała na niewielki stos gier komputerowych.
— Co?
— Jak u Oscara — skwitowała, a po chwili machnęła ręką. — Zresztą nie ważne. Golden Palace nie oznacza katastrofy.
— Zastanawiam się, jakim cudem zdołali złapać tam rezerwację? Pewnie zrobili to dziesięć lat wcześniej!
— Bez przesady.
— Nie moje klimaty.
— Będziesz musiała włożyć sukienkę.
— Nie lubię — mruknęłam, ponownie się krzywiąc.
— Wiem, ale to konieczne. Restauracja jest na bogato, więc trzeba się prezentować. Chodzą tam sławy, zaglądają politycy zarówno nasi, jak i przyjezdni, ba, nawet jada tam rodzina królewska!
— Sharon, błagam, nie załamuj mnie!
— Głowa do góry — powiedziała z uśmiechem. — Zrobimy cię na bóstwo, aż im kopary opadną. Musisz zabłysnąć.
— Zabłysnąć?
— Przed państwem Hemmings i ich latoroślą. I proszę cię, zmień minę i nastawienie. — Prychnęłam pod nosem. Zignorowała to. — W takich wypadkach najlepiej sprawdzają się znane sposoby — pociągnęła jakby sama do siebie.
Przekrzywiłam głowę i wtedy Sharon otworzyła szafę. Zaczęła w niej szybko grzebać, mrucząc jednocześnie pod nosem.
— Dresy, dżinsy, koszulki... O, ta jest niezła — rzuciła, odwracając się. W ręku miała białą bluzkę na ramiączkach z licznymi cekinami.
— Mam w tym iść?
— Coś ty. Po prostu mówię, że jest świetna. Wiesz... jakaś impreza czy coś. Jakoś cię w niej nigdy nie widziałam.
— Bo jej nie nosiłam.
— W razie co, pożyczysz? — zapytała, machając nią.
— Weź ją sobie.
— Serio?
— Jest twoja.
— Super! 
Zwinęła ją w rulonik i położyła na biurku. Następnie wróciła do grzebania w szafie. Uniosłam brwi. Nie miałam pojęcia, czego tam szukała, ale postanowiłam na razie jej nie przeszkadzać. W porównaniu do mnie Sharon była obcykana w tych wszystkich eleganckich strojach.
— Mam! Ale żeś to wcisnęła — powiedziała, wyciągając z szafy coś czarnego.
— Co to jest?
— No wiesz? — odparła z oburzeniem. 
Rozłożyła ubranie i dopiero przypomniałam sobie o tej sukience. Była na grubszych ramiączkach, z wyciętym dekoltem, przed kolano, z lekkim wydłużającym tiulem oraz marszczoną górą.
— Mała czarna dobra jest w każdej sytuacji — dodała, machając nią. — Do tego dołożymy to. — Podeszła do swojej siatki i zaczęła wyciągać z niej różne rzeczy. — Nie wiedziałam, czy jeszcze ją masz, więc przyszykowałam się na wszystko. — Odrzuciła na bok dwie swoje sukienki. — Więc dodamy do tego ten szary, prosty żakiet oraz szare szpilki i szarą torebkę. Dołożymy do tego ten twój delikatny, srebrny łańcuszek i bransoletki z twojej kolekcji. Upniemy wyższą fryzurę z lokami, dodamy dłuższe kolczyki i zrobimy megaśny makijaż, to znaczy taki wyjściowy, ale nie wulgarny. Przyniosłam ci nawet nowe rajstopy, bo nie wiedziałam, czy jakieś masz.
Kiedy spojrzała na mnie z uśmiechem, klapnęłam plecami na łóżko.


Zaparkowałam samochód na parkingu znajdującym się przy restauracji. Nie wyobrażałam sobie przemierzania zaśnieżonego Londynu w szpilkach od Sharon. Groziłoby to utratą przednich zębów, nogą w gipsie i pewnie licznymi siniakami. Ten krótki dystans z domu do samochodu i z samochodu do restauracji uda mi się w nich pokonać, o ile zrobię to powoli, ostrożnie i bez pośpiechu.
Wyszłam z auta, a następnie zamknęłam go. Zarzuciłam torebkę na ramię i ruszyłam w stronę wejścia. Całe szczęście, że nie byłam spóźniona.
Kiedy znalazłam się w środku, od razu zlokalizowałam ojca blondyna. Stał niedaleko szatni i wyraźnie na kogoś czekał. Ustawiłam na twarzy swój uniwersalny uśmiech i podeszłam do niego.
— Dobry wieczór — powiedziałam, rozpinając kurtkę.
— Malia, już jesteś — odpowiedział, odwzajemniając uśmiech. — Luke poszedł do łazienki, więc zostałem wydelegowany, aby na ciebie poczekać. Moja żona pilnuje nam stolika.
— Dziękuję. 
Pomógł mi ściągnąć kurtkę, a potem oddał ją do szatni. Następnie wrócił, poprawiając czarną marynarkę.
— Zapraszam do stołu — powiedział z uśmiechem, wskazując olbrzymie przejście do głównej sali.
Kiwnęłam głową i ruszyłam jako pierwsza. Pan Hemmings był tuż za mną, od czasu do czasu podpowiadając, w którą stronę mam iść. W środku było pełno wystrojonych ludzi, na stołach porcelana i srebra. Wielkie żyrandole z kryształkami rozświetlały pomieszczenie, a na oknach wisiały ciężkie, bordowe zasłony. Niemalże na środku ustawiono dużą, bogato zdobioną choinkę. W końcu dotarliśmy do stolika.
— Malia, miło cię znowu zobaczyć — powitała mnie matka Luke'a. 
Miała na sobie brązową sukienkę i nieco jaśniejszy żakiet, a jej blond włosy upięte były w ciasny kok.
— Panią również — odpowiedziałam i usiadłam na wskazanym przez mężczyznę krześle.
— Proszę, mów mi Liz. Jakoś nie lubię tych oficjalnych panów i pań — oznajmiła z uśmiechem.
— Poczekamy jeszcze na Luke'a i zamówimy w końcu coś do jedzenia — powiedział Andrew. — Jestem naprawdę głodny.
— Cud, że udało nam się tu dostać — pociągnęła kobieta. — To chyba najbardziej ekskluzywna restauracja, w jakiej byliśmy.
— Jedna z bardziej popularnych w Londynie — dodałam, obserwując wymuskanych kelnerów dolewających wino przy innych stolikach.
— Zazwyczaj nie mierzymy tak wysoko — odparła Liz. — Ale jak to mówią, raz się żyje.
— Najwyżej sprzedamy naszego syna, aby odpracował to, co tu przejemy. — Widząc, jak Liz robi duże oczy, szybko dodał. — Kochanie, przecież żartowałem!
— Ty i twoje poczucie humoru — skwitowała, ale lekko się uśmiechnęła.
— Bo prawda jest taka — pociągnął mężczyzna, nachylając się bardziej w moją stronę. — Że za Luke'a musielibyśmy jeszcze dopłacić, gdyby zobaczyli jego umiejętności kulinarne.
— Andrew! — Oboje zaczęliśmy się śmiać, a po chwili dołączyła do nas także Liz.
Nagle przy stoliku pojawił się blondyn. Od razu na jego twarzy wymalował się uśmiech. Usiadł między mną a jego ojcem i spojrzał w moją stronę.
— Wyglądasz bombowo — powiedział ciszej.
— Tobie też niczego nie brakuje — odparłam, mierząc go wzrokiem i oceniając, jak chłopak prezentuje się w garniturze.
— To co, dzieciaki? Jemy? — zaproponował Andrew. 
Pokiwaliśmy głowami i każde z nas złapało za kartę dań. Myślałam, że ceny będą kosmiczne, ale mieściły się w normie drogich restauracji. O ile istniała jakaś norma.
— Uuu... Chcę na deser lody — usłyszałam głos ojca Luke'a i wynurzyłam głowę znad karty. — No, nie patrzcie tak na mnie. Chcę lody i już. 
Uśmiechnęłam się. Przynajmniej nie zapowiada się na stypę. Pan Hemmings, jak na razie prezentuje się na luzaka pełną gębą.
— Mogę przyjąć państwa zamówienie? — Kelner pojawił się znikąd. Po kolei podyktowaliśmy mu to, co zamawiamy.
— Więc, Malia... — zaczęła Liz, kiedy kelner odszedł. — Chcesz być ratownikiem medycznym?
— Mamo, obiecałaś nie robić przesłuchań — wtrącił Luke.
— Czy to jest przesłuchanie? — zapytała, spoglądając badawczo na syna.
— Zapowiada się, jak przesłuchanie — pociągnął blondyn. 
Liz zmrużyła na niego oczy. Zauważyłam, że Andrew zaczął chichotać, a że było to zaraźliwe po chwili i ja zaciskałam usta, by się nie roześmiać. Wydawali się być klasyczną rodziną. Do tego zauważyłam, podobieństwo między Lukiem, a jego rodzicami. Uśmiech i układ ust miał po mamie, oczy zaś odziedziczył po ojcu. Wzrostem przewyższał ich oboje, więc pewnie ktoś w ich rodzinie jest równie wysoki, jak on.
— Kochanie, zmieniłam zdanie — odparła Liz, po serii zdań wymienionych z synem. — Możemy go sprzedać.
— Co? — Luke zrobił wielkie oczy. — Zapłakałabyś się za mną.
— To się nie wtrącaj, jak pytam o coś Malię — odparła Liz.
— Jakby co — zwrócił się do mnie Andrew. — Jesteśmy normalną rodziną, która nie ma problemów psychicznych.
— W to nie wątpię — odpowiedziałam, ubawiona.
— Żono, synu — zaczął Andrew. — Gdybyście byli tak uprzejmi i przestali się rzucać o jakieś dziwne rzeczy, byłbym wdzięczny. — Obydwoje spojrzeli na niego. — Chciałbym wznieść toast.
— Toast to dobry pomysł — powiedziała kobieta, biorąc do ręki kieliszek z winem.
— Za miłe spotkanie — zaproponował Andrew.
— Za miłe spotkanie — powtórzyliśmy, a Liz uśmiechnęła się do chłopaka, który po chwili odpowiedział tym samym.


Wieczór z Lukiem i jego rodzicami był naprawdę udany. Rozmawialiśmy o wszystkim, śmieliśmy się i opowiadaliśmy sobie różne historie. Andrew i Liz okazali się naprawdę w porządku. Potem wpakowaliśmy się wszyscy do mojego samochodu i ku przerażeniu Luke'a, że pewnie nas zabiję — ruszyliśmy w stronę ich hotelu.
Zaparkowałam na pierwszym z brzegu wolnym miejscu i pożegnałam się z rodzicami blondyna. Wysiedli z auta, pomachali i podreptali w stronę drzwi. Po chwili zniknęli mi z oczu. Luke jeszcze chwilę siedział w samochodzie. Odwróciłam się w jego stronę.
— Wiem, że nie miałaś ochoty iść — powiedział, wpatrując się we mnie.
— Nie to, że nie chciałam. Nieco mnie to przeraziło — odparłam zgodnie z prawdą.
— Są, aż tak straszni?
— Po prostu takie wyjścia to nie moje klimaty.
— Moje też nie.
— Ale było fajnie — oznajmiłam z uśmiechem. — Masz spoko rodziców. Polubiłam ich. — Luke również się uśmiechnął.
— Zobaczymy się jutro? — zapytał, a ja szybko przeanalizowałam, czy będę mieć czas. Po chwili odpowiedziałam.
— Jasne.
— Chcę cię wykorzystać — rzucił ze śmiechem.
— W jaki sposób?
— Obiecałem chłopakom pamiątki z Londynu. No i mógłbym dokupić coś na prezenty świąteczne.
— Zakupy brzmią spoko.
— Wcale nie są spoko — odparł, kręcąc głową. — Łażenie po sklepach to żadna rozrywka.
— Uuu... Coś czuję, że jutro będziesz mieć ciężki dzień.
— Też tak myślę — rzucił, a ja dałam mu kuksańca w bok. — Jeszcze raz dzięki, że zgodziłaś się przyjść. Zadzwonię rano i ustalimy godzinę.
— W porządku.
— Do zobaczenia.
Uśmiechnęliśmy się do siebie po raz ostatni i Luke wysiadł z samochodu. Pomachał mi, a następnie ruszył w kierunku drzwi. Po chwili zniknął za nimi.


2 komentarze:

  1. Uwielbiam opowiadania o sosach, może dlatego, że jestem ich psychiczną fanką haha
    Bardzo fajnie piszesz, już zakochałam się w tym opowiadaniu. Luke coś chyba nie przepada za zakupami :)
    Gif na końcu - cudo.

    http://scar-never-fade.blogspot.com/ zapraszam też do siebie, też piszę o 5sos

    OdpowiedzUsuń
  2. No, w końcu. Już myślałam, że w tym miesiącu się nie doczekam kolejnego rozdziału. Uwielbiam Luka :D Jest no taki... aż ciężko mi to określić. No i nie ukrywam, ale Malia do niego pasuje. Polubiłam też jego rodziców, szczególnie ojczulka :D Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy.
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń