niedziela, 15 lutego 2015

S1- Rozdział 6

Londyn 18 grudnia 2011 roku


        Nadeszła upragniona niedziela. W ten dzień nie miałam praktyk, zero zajęć na uczelniach. Postanowiłam też wziąć wolne od wszelkich prac, które trzeba było przygotować i zrobić. Chciałam nawet zrobić sobie wolne od życia  przesiedzieć cały dzień w piżamie, pożerając płatki z mlekiem i gapiąc się bezczynnie w telewizor lub tracić czas przy grach komputerowych. Jednak jeden telefon przypomniał mi o umówionym wcześniej spotkaniu. Rozmowa z Lukiem sprowadziła mnie na ziemię, a szare komórki pobudziły się do działania. Byliśmy umówieni na zakupy. Co gorsza, dla mnie  na świąteczne zakupy, których nie cierpiałam. Na szczęście mieliśmy się spotkać dopiero o piątej, więc opcja z piżamą jeszcze była aktualna.

        Nie słyszałam szczęknięcia zamka. Nie słyszałam otwierających się drzwi. Nie słyszałam odgłosu kroków, które zmierzały do pokoju, który robił za sypialnię. Nie słyszałam nic poza muzyką, którą wygrywał jeden z moich ulubionych zespołów. Nic więc dziwnego, że nie słyszałam słów przyjaciółki, która była przekonana, że ignoruję ją dla żartów. Dopiero kiedy wyrwała mi z rąk książkę, podskoczyłam i wróciłam do świata realnego.
 Sharon, na litość Boską!  krzyknęłam, prawie wciskając się w poduszki. Raptownie ściągnęłam słuchawki, przerywając wokaliście Lordi wpół zdania.  Prawie miałam zawał!
 A ja myślałam, że mam nierówno pod sufitem  odparła, machając książką, którą kilka sekund temu miałam w dłoniach.  Gadam, gadam, a tu cisza!
 Oddawaj  poprosiłam, wygrzebując się z pościeli.
 Znowu to czytasz?  zapytała, spoglądając na okładkę. 
           Ściskała w ręku jedną z moich ulubionych książek, która była o świętach. Tak TYCH świętach, których nie lubiłam. Tych świętach, które pragnęłam, by szybko minęły i odeszły w zapomnienie. Powieść Podarunek Cecelii Ahern była chyba jedyną świąteczną rzeczą, którą uwielbiałam w tym nieznośnym dla mnie okresie.
 Co ty masz do tej książki? – odparłam, poprawiając piżamę.
 A to, że jest… Smutna? Piękna historia, ale smutna.
 Smutna dla ciebie. Dla mnie nie.
 Nie mów, że nie rozklejasz się na końcówce  powiedziała, uważnie mi się przyglądając.  Ja płakałam jak bóbr.
– Wiem, wyciskacz łez, ale nie wiem… Daje mi chyba nadzieję  stwierdziłam poważnym tonem, wzruszając ramionami.
         Sharon raz jeszcze spojrzała na biało-czerwoną okładkę. Potem powoli zamknęła książkę i bez słowa odłożyła ją na biurko. Miałam wrażenie, że wszystko to dzieje się w zwolnionym tempie. Blondynka odwróciła się i uśmiechnęła dobrodusznie.
 Przyniosłam żarcie  oznajmiła.
– Proszę, powiedz, że twoja mama zrobiła lasagne  jęknęłam z nadzieją.
 Zrobiła.
 Bomba!
         Zarzuciłam na siebie szlafrok i razem z przyjaciółką przeszłyśmy do białej kuchni. Kiedy tylko minęłam próg, poczułam przyjemny zapach. Jej mama robiła najlepszą lasagne na świecie. Uwielbiałam ją i jak tylko to danie gościło na stole blondynki, ta przynosiła mi kawałek.
          Z szafki wyciągnęłam dwa talerze, widelce i szklanki. Chwyciłam za butelkę z napojem i odkręciłam zakrętkę. Rozlałam picie do szklanek, a następnie usiadłam obok przyjaciółki, która już rozwijała sreberko. Zobaczyłam zapieczony ser, a zapach sosu i przypraw jeszcze intensywniej wydobył się z potrawy. Przełknęłam ślinę.
 Masz zamiar przehasać w piżamie cały dzień?  zapytała, po nałożeniu na talerze naszego wspólnego obiadu.
 Taki miałam, ale zapomniałam, że umówiłam się z Lukiem  odparłam, pakując do ust spory kęs.
         Podniosłam głowę znad talerza. Sharon spoglądała na mnie dużymi, zielonymi oczami, w których widać było wesołe iskierki. Kiedy tęczówki dziewczyny tak lśniły, wiadomo było, że jest czymś podekscytowana. Przekręciłam oczami i jęknęłam cicho pod nosem.
 Mój Boże  wydusiłam z siebie.  Nie chcę o tym słuchać.
 Jeszcze nic nie powiedziałam.
 Ale ja czytam ci w myślach  rzuciłam, nabierając na widelec duży kawałek makaronu.  Nie, nie i jeszcze raz nie.
 Skoro tak uważasz  odparła, wzruszając ramionami.
         Osoba, która by jej nie znała, pomyślałaby, że przyjaciółka najnormalniej w świecie mi odpuściła. Ja jednak wiedziałam, że blondynka tak szybko mi nie popuści i ten niewinny gest jest tylko maską. Sharon i tak dopadnie mnie w swoje szpony pytań i domysłów, że w końcu dla świętego spokoju opowiem jej wszystko. Chociaż opowiadać nie było co. Dziewczyna wymyśliła sobie, że przyjaźń damsko-męska nie istnieje, więc z góry uważa, że za zwykłymi spotkaniami z Lukiem kryje się coś jeszcze. Jakieś iście pikantne szczegóły, które chciałaby poznać. Niestety, ta historia ma zupełnie inny bieg.
 A co ze świętami?  zapytała powoli, wiedząc, że to dość drażliwy temat.
 Nic. Nie chce świąt  odparłam zacięcie. Ten temat pojawił się już jakiś czas temu.  Posiedzę w domu, a może nadrobię kilka dyżurów na pogotowiu… Jeszcze nie wiem.
 Matko  jęknęła.  Mam ochotę zdzielić cię tym żarciem w głowę.
 Wiem.
 Zastanów się nad moją propozycją, dobra?  powiedziała poważnym tonem.  Bo inaczej zmusisz mnie do czegoś, czego nie chcę robić.
 To groźba czy obietnica?  zapytałam z uśmiechem. Zobaczyłam, jak kąciki ust przyjaciółki lekko wędrują do góry.
 I to, i to  odpowiedziała.  Zrobię wszystko, rozumiesz?  Spojrzałam na nią, a widelec z jedzeniem zatrzymał się parę milimetrów od moich ust.  Nie pozwolę, by moja najlepsza psiapsiółka spędzała te dni w tak durny sposób.

       Umówiłam się z Lukiem przy jednym z większych centrów handlowych w Londynie. Skoro mieliśmy iść na zakupy, wolałam to zrobić w jednym miejscu, wiedząc, jakie on ma do nich podejście. A miał typowo męskie nastawienie. Mianowicie, że to uciążliwa strata czasu i najlepiej jak się wchodzi, bierze co potrzeba i wychodzi. Niestety, kupowanie podarunków rządzi się swoimi prawami i trzeba wydreptać swoje.
       Czekałam na niego w środku, tuż przy głównym wejściu, skąd miałam doskonały widok nie tylko na ulicę, ale także na olbrzymią choinkę, która ciągnęła się przez trzy piętra w górę. Ubrana w złoto-czerwone bombki i łańcuchy, była centralnym punktem budynku. Na górze lśniła świecąca, duża gwiazda, a na dole przesiadywał sztuczny Mikołaj z reniferami. Co rusz dzieciaki pokazywały go sobie palcami, a uszczęśliwieni rodzice pstrykali zdjęcia swoim rozradowanym pociechom. W tle rozbrzmiewały świąteczne piosenki, które dodawały klimatu. Witryny sklepowe tradycyjnie kusiły bogactwem dekoracji i licznymi żółtymi napisami Sale.
 Tu jesteś!  Usłyszałam znajomy głos za plecami. Oderwałam wzrok od choinki i spojrzałam na blondyna, który ściągnął z głowy czapkę i zabrał się za rozpinanie kurtki.
 Jestem, jestem  odparłam z uśmiechem.  Gotowy na podbój sklepów?
 Zróbmy to, jak najszybciej  powiedział, rozglądając się. Następnie znów zerknął na mnie i ponownie się uśmiechnął.
 Co konkretnie chcesz kupić?  zapytałam, kiedy ruszyliśmy razem z tłumem ludzi w kierunku ruchomych schodów.
 Prezent dla mamy, a dodatkowo jakieś pamiątki dla chłopaków z Londynu  powiedział, przepuszczając mnie pierwszą.
 Da się załatwić. Zaczniemy od góry. Na pewno znajdziemy coś dla Liz. Na dole za to jest duży sklep z różnymi rzeczami w iście londyńskim stylu. Idealne na pamiątki.

         Niezdecydowanie. To był główny czynnik, który powodował, że błąkaliśmy się po centrum, nie wiedząc, co wybrać. Rzeczy było mnóstwo, opcji było mnóstwo  wszystkiego było za dużo. W końcu, kiedy Luke przeszedł w stan wycofania, a ja wchodziłam w rozdrażnienie, postanowiłam przerwać tę nierówną walkę w poszukiwaniu prezentu dla jego mamy.
        Zostawiłam Luke'a na ławce, która znajdowała się naprzeciwko księgarni. Sama wjechałam na samą górę i weszłam do kawiarni. Zamówiłam dwa gofry z czekoladą i bitą śmietaną. Potrzebowaliśmy nieco więcej mocy i chęci, a nic tak dobrze nie robi na polepszenie tego wszystkiego, jak cukier. Dużo cukru. Mężczyzna za ladą spojrzał na mnie z uśmiechem, kiedy poprosiłam o dodatkową porcję czekolady. Po jakimś czasie wolnym krokiem wróciłam do Luke'a. Podstawiłam mu gofra pod nos, a następnie usiadłam obok, gryząc swój kawałek.
 Pychota  powiedział, oblizując się.  Zauważyłem, że gdy jesteśmy razem, to żerujemy na słodkościach.
 Trzeba sobie jakoś radzić  odparłam, oblizując czekoladę, która niemalże wyciekała z gofra.  Masz coś do sposobu naszego żywienia?
 Jak najbardziej nie  rzucił ze śmiechem.
 To mów  ponagliłam go.  Miałeś powiedzieć, co twoja mama lubi. Skoro nie możemy trafić w jej gust z ubiorem, może znajdziemy alternatywę.
 Lubi matematykę  skwitował, a ja się skrzywiłam.  Jest nauczycielką.
 Jak można lubić matematykę?  zapytałam, unosząc brwi.
 Zapytaj się Liz  powiedział ze śmiechem.  Sam tego nie rozumiem.
 Co poza matmą?
 Gotuje, ogląda różne komedie, czyta książki… Naprawdę nie mam pojęcia.
 Co czyta?
 Różne rzeczy…
 Bardzo pomagasz  mruknęłam z przekąsem.
         Chłopak odwrócił się. Poczułam jego wzrok na sobie. Powoli i ja spojrzałam na niego. Z bliska jego błękitne oczy wydawały się jeszcze jaśniejsze. Do tego te wszystkie światła odbijały się w jego tęczówkach, przez co wyglądały na nierzeczywiste, jakby wyrwanego z jakiegoś filmu fantasty.
 Co twoim zdaniem powinienem zrobić?  zapytał, unosząc brwi. 
           Pokręciłam nosem, starając się na szybko wymyślić coś, co pomoże nam w zakupach. Zerknęłam na księgarnię i pomyślałam o mojej ulubionej świątecznej książce.
 Wiem  odparłam z triumfem, pukając go w ramię.  Zadzwoń do niej.
 Genialny pomysł  rzucił z rezygnacją.
 Daj spokój, smutasie  powiedziałam i na przekór jemu, wyszczerzyłam się w szerokim uśmiechu.  To nie koniec mojego idealnego planu.
 Nie jestem smutasem.
 Wiem, wiem.  Machnęłam na niego ręką i zatopiłam zęby w gofrze.  Zadzwonisz  dodałam, kiedy przełknęłam to, co miałam w buzi  i zapytasz, czy czytała kiedyś coś Cecelii Ahern. Powiedz, że rozmawialiśmy akurat o książkach i wspomniałeś, że ona je lubi. Chciałam się dowiedzieć, jak pisze ta autorka, więc postanowiłeś do niej zadzwonić.
          Luke kilka razy zamrugał. Zrobił minę, jakby zobaczył mnie po raz pierwszy w życiu. Zacisnął usta i spojrzał na księgarnię. Następnie znów przeniósł swoje błękitne oczy na mnie.
 No i?
 Niezłe  odparł, gryząc gofra. 
           Wyciągnął z kieszeni telefon i zaczął szybko przesuwać palcem po ekranie. Po chwili przyłożył go do ucha. Czekaliśmy.
 Mamo, mam szybkie pytanie  powiedział, starając się mówić i jednocześnie oblizywać spływającą po gofrze czekoladę. 
            Uniosłam brwi. Chwyciłam za serwetkę i bez słowa przyłożyłam ją do jednego rogu, z którego prawie kapało. Dzięki temu uratowałam jego ciemne spodnie przed plamą z czekolady. W podziękowaniu kiwnął mi głową.
 Rozmawialiśmy właśnie z Malią… Tak, pozdrowię…  Spojrzał na mnie.  Masz pozdrowienia od mojej mamy.
 Pozdrów ją też  odpowiedziałam, przeżuwając jedzenie.
– Też cię pozdrawia, tak tatę też… Ale wracając do tematu, rozmawialiśmy o książkach. Malia zastanawiała się nad jedną autorką, bo zupełnie nie zna jej książek. Więc pomyślałem, że ty może coś wiesz… Jak się nazywa?... Poczekaj.  Odciągnął telefon od ucha.  Jak ona się nazywała?
 Cecelia Ahern.
 Cecelia Ahern… Tylko jedną?... Mamo, ja nie oglądam takich rzeczy… Dobra… Tak, powiem… Wy też bawcie się dobrze… Do zobaczenia później. Pa.
          Rozłączył się i schował komórkę z powrotem do kieszeni. Wziął ode mnie serwetkę i wytarł palce umazane czekoladą. Następnie wbił zęby w gofra. Pochłonął go w dwie minuty. Wytarł usta i spojrzał na mnie z uśmiechem.
 Wszystko wiem.
 To co? Podzielisz się tą wiadomością czy zostawisz ją dla siebie?  zapytałam, powoli dokańczając swojego gofra.
 Czytała tylko jedną - P.S. Kocham cię. Ponoć zrobili też film. Podobała jej się, ciekawie pisze, ale nie zna innych jej powieści.
 Genialnie  odparłam zadowolona.  Właśnie wymyśliłam prezent dla twojej mamy. Będzie idealny!

         Wyszliśmy z księgarni. Pod pachą chłopaka znajdowała się siatka, w której to spoczywała bezpiecznie zapakowana książka Cecelii Ahern Podarunek. Kiedy błądziliśmy wśród regałów w poszukiwaniu tego właśnie egzemplarza, szybko wyjaśniłam mu, o co w niej w ogóle chodzi. Po krótkim streszczeniu historii sam uznał, że to powieść idealna dla jego mamy. Na szczęście dorwaliśmy jedną z ostatnich książek, jaka się zachowała. Powieści na święta mają wzięcie właśnie... w święta.
         Kolejnym punktem naszej wędrówki był sklep z drobiazgami. Choć nie tylko drobiazgi można tam było dostać. Od niewielkich breloczków, po koszulki, kubki wszystko w londyńskie motywy z różnych kategorii  od sportu, po rodzinę królewską. Było tam wszystko. To właśnie w nim spędziliśmy najwięcej czasu. Luke postawił na prostą rzecz, a mianowicie na koszulki. Wybieranie ich sprawiło nam niesamowitą frajdę i wpędziło w dość luźny nastrój z domieszką głupawki.
 Więc Ashton gra na perkusji?  zapytałam, jednocześnie sprawdzając swoją wiedzę.
 Tak  odparł, odkładając czerwony kubek na miejsce.  Michael, Calum i ja na gitarach.
 Calum na gitarze basowej  rzuciłam, pokazując mu kolejną koszulkę. Pokręcił głową.
– Zgadza się.
 Ma się tę pamięć  skwitowałam, wyciągając następną.
 Ta będzie świetna.
 Nie chcesz każdemu kupić co innego?
 Później byłaby kłótnia, który z nich dostał najlepszy prezent. Wolę sobie darować. Dostaną koszulki i niech się szarpią  powiedział, przesuwając wieszaki. Zerknęłam na niego i zaczęłam się śmiać. Widać jego kumple mieli coś z Sharon i Victorii.
         Odwróciłam się i podeszłam do wysokiego stojaka z brelokami. Na tym akurat znajdowały się zwierzęta. Dokładnie puchate zwierzęta. Mięciutkie, niewielkie pluszaki z obróżkami w barwach Londynu. Zaczęłam je dokładniej oglądać.
 Co tam masz?  zapytał Luke.
 O! Słodziak  powiedziałam, machając mu przed oczami brelokiem z psem.  Kocham psy.
 Ej, jest i pingwin  rzucił zadowolony i ściągnął miśka z haczyka.  Kocham pingwiny.
 Pingwiny?  zapytałam, unosząc brwi i starając się nie roześmiać.  Pierwszy raz słyszę, by ktoś kochał pingwiny.
 Za to ja po raz kolejny słyszę, że ktoś kocha psy  odbił piłeczkę, a ja przekręciłam oczami.
 Czyli pospolicie?  zapytałam odnośnie do swojej osoby.
 Czyli walnięty?  odpowiedział, wskazując na siebie palcem. Popatrzeliśmy na siebie i zaczęliśmy się śmiać.
 Chodź, trzeba dobrać jeszcze jedną koszulkę. Pingwiny i psy muszą poczekać.
 A ty prezenty masz już kupione?  zapytał, kiedy wróciliśmy do działu z odzieżą.
 Nie planuje nigdzie iść na święta, ale kupiłam prezenty dla bliskich  żeby nie było.
 Jak to nigdzie nie idziesz? – pociągnął temat, a ja najchętniej już bym go skończyła.
 Sharon wyciąga mnie znów do siebie na święta…
 To chyba dobrze?
 Ale ja chyba nie chcę iść  odparłam, znów przekładając wieszaki.
 Bo?
 Przecież wiesz.  Spojrzałam na niego.  Nie lubię tych świąt.
 Bo przypominają ci o rodzicach  dodał za mnie, a ja tylko kiwnęłam głową.  Mówiłaś, że co roku jest lepiej.
 Lepiej, ale nie znaczy, że łatwiej. Nie jest to dla mnie tak szczęśliwy okres, jak dla innych. Najchętniej przespałabym te dni i ominęła ten cały cyrk.
 Grinch  rzucił Luke, a ja raptownie się odwróciłam.
– Co powiedziałeś?
 Grinch  powtórzył z lekkim uśmiechem. Zmrużyłam oczy.  Oj, przestań.
 Co ma do tego Grinch?
 On też nie lubił świąt.
 Ale on chciał też je zniszczyć  odparłam, nie wiedząc, o co mu chodzi.
 To też.
 No, wyduś to z siebie  jęknęłam, kiedy Hemmings znów odwrócił się w stronę wieszaków.
 Ci, co znają twoją historię wiedzą, co przeżyłaś…
 Jaki to ma związek z Grinchem?
 Bo mimo wszystkiego, co się wokół nas dzieje, żyjemy też dla innych  bo nas potrzebują. Sama kiedyś mówiłaś, że trzeba się w sobie spiąć, przebrnąć przez wszystko i wierzyć, że będzie lepiej. Więc czym się ta zasada wyróżnia w święta, że jej nie stosujesz?
 Jak nie stosuje?  zapytałam, raptownie się zatrzymując. Luke znów utkwił we mnie błękitne oczy.
 Bo mam wrażenie, że w grudniu ty się zatrzymujesz  powiedział powoli.  I jesteś wtedy jak Grinch.
 Niszczę święta innym?  wydusiłam zupełnie zaskoczona.
 Nie, aż tak dosłownie. I całkowicie nieświadomie. To cię wyróżnia od Grincha. Chodzi o to, że nie idąc na święta do przyjaciółki, sprawiasz jej przykrość. Nie wierzę, że by nie pękłoby ci serducho, gdyby to Sharon wolała siedzieć sama w domu, niż być z tobą w ten dzień. Bo nie lubi świąt, bo źle jej się kojarzą. Ale ty – nastąpiła pauza, a ja przełknęłam ślinę  wiedziałabyś, że siedzi sama, jak palec, opycha się niezdrowym żarciem i ciągle rozpamiętuje to, co się wydarzyło, co ją rozsypało. Żadna z was nie byłaby szczęśliwa.
 Więc według ciebie powinnam iść?
 Oczywiście  powiedział z pewnością w głosie.  Niech przynajmniej jedna z was będzie zadowolona. Ty się przemęczysz, ba, może nawet będziesz się dobrze bawić. Ale czasem trzeba pomyśleć też o innych. Szczególnie w święta.
 Masz mocne argumenty  odparłam po chwili ciszy, jaka między nami nastała.
 Zastanowisz się na tym?
 Pod warunkiem, że już więcej nie porównasz mnie do tego zielonego stwora  powiedziałam z lekkim uśmiechem.
– Ty jesteś dużo ładniejsza  stwierdził i ruszył w stronę kolejnych wieszaków z koszulkami.
 Z tobą gadać  mruknęłam pod nosem i poszłam za nim.

        Ku wielkiej uldze Luke'a, zakupy dobiegły końca. Wyszliśmy z centrum handlowego z siatkami. Kupiliśmy wszystko to, co kupić mieliśmy. Przeszliśmy na drugą stronę ulicy i dołączyliśmy do innych pieszych. Przecznicę dalej ruch na chodnikach nieco zmalał. Postanowiliśmy przejść przez park, by nieco skrócić sobie drogę. W czasie marszu rozdzwonił się mój telefon. Zatrzymaliśmy się, a ja wygrzebałam komórkę z torebki.
 Tak?  powiedziałam, przyciskając ją do ucha.
 I jak zakupy?  zapytała Sharon, a ja oczami wyobraźni widziałam, jak się uśmiecha.
 Poszły w miarę gładko.
 Przypominam o jutrzejszym spotkaniu.
 Wiem, pamiętam.
 I o tym, że masz mi pomóc w gotowaniu.
 Też pamiętam.
– Jest z tobą Luke?  zapytała nagle, a ja odruchowo spojrzałam na chłopaka. Blondyn właśnie oglądał niewielki, oświetlony pomnik, jeden z wielu, które znajdowały się w parku.
 Jest.  Gdy to powiedziałam, Luke odwrócił się i posłał mi lekki uśmiech.
 Ekstra. Przekaż, że też go zapraszam.
 Co?
 Nie chcesz?  zapytała z przekąsem.
 Serio, Sharon?
 Jestem niewinna, dopóki nie udowodni mi się winy  powiedziała jednym tchem. Nienawidziłam tego zdania.  Zrobisz to w moim imieniu? Znasz go lepiej.
 Też mi argument  mruknęłam, poprawiając czapkę.
 Zapraszam!
 Dobra, zapytam.
 Ekstra! Widzimy się jutro!  I rozłączyła się. 
         Odciągnęłam powoli komórkę od ucha i spojrzałam na nią, jakby ta miała zaraz wybuchnąć. Następnie powoli podniosłam głowę i zerknęłam na Luke'a, który wpatrywał się we mnie z nieukrywaną ciekawością.
 Wiesz, jaką masz minę?
 Domyślam się  odpowiedziałam, chowając telefon z powrotem do torebki.
 Coś się stało?
 W sumie nie  powiedziałam zgodnie z prawdą. 
           Bo tak naprawdę nic się nie stało, oprócz tego, że Sharon ubzdurała sobie, nie wiadomo co. Z drugiej jednak strony, nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby Luke zgodził się wpaść na nasze spotkanie. Uśmiechnęłam się.
 Więc?
 Co roku, kilka dni przed świętami, Sharon męczy nas o spotkanie. Opuściłam z nich tylko jedno wiadomo kiedy. Jest to spotkanie, jak to określa moja przyjaciółka przyjacielsko-świąteczne. Sharon zmusza nas zawsze do śpiewania kolęd, gramy w jakieś gry, rozmawiamy i tak dalej.
 Pewnie ty nie chcesz iść  rzucił, jakby to było oczywiste.
– Idę  oznajmiłam z pewnością w głosie.  To nie święta. Nie liczą się.  Luke pokręcił głową ze śmiechem.  Dołączysz do nas? Oczywiście, jeśli nie masz innych planów na jutrzejszy wieczór.
 Mówiłaś, że to przyjacielskie spotkanie.
 Będą sami znajomi.
 Twoi.
 Ty też ich znasz  pociągnęłam dalej.  W sumie będzie tylko Sharon i Oscar. No i ja. Victoria i jej chłopak nie dadzą rady się zjawić w tym roku. Sharon przyjęła to z wielką ulgą, bo nie przepada za panem perfekcyjnym i do tej pory nie wierzy, jak to możliwe, że Victoria z nim jest.
 Nieźle.
 To jak? Masz ochotę wpaść?
 Z chęcią.
 Super.
         Ruszyliśmy dalej. Luke zaczął wypytywać o spotkanie, które go czekało, więc w skrócie streściłam mu, jak to mniej więcej wygląda. Skręciliśmy w wąską alejkę na prawo. Tu w ogóle nie było ludzi. Droga też była bardziej zaśnieżona. Nic dziwnego, każdy woli się trzymać głównej ścieżki w parku. Luke przepuścił mnie pierwszą, abym mogła iść wydeptanymi śladami. On był tuż za mną.
 Nie zdziw się nawet, jak wciśnie ci na głowę uszy renifera  powiedziałam, odwracając się nieco do tyłu.
 Czy Sharon nie ma obsesji na punkcie świąt?
 Sharon ma obsesję na punkcie wszystkiego. Ale uwielbia święta, to fakt.
 Więc to kolejny powód, by zgodzić się na jej propozycję.
 Myślałam, że już mi odpuściłeś.
 Odpuściłem w sensie, że nie będę cię nazywał  wiesz jak.
– Pocieszające  mruknęłam.
         I w tym momencie moje nogi rozjechały się w dwie różne strony. Nie utrzymałam równowagi. Poleciałam do tyłu. Stało się to tak szybko, że nie tylko ja byłam zaskoczona. Również i Luke musiał mieć zdziwioną minę, kiedy w niego uderzyłam. Chłopak sam nie zdołał ustać w pionie i oboje runęliśmy na ziemię.  
– Ał  jęknęłam, siadając.
 Podwójne ał  skwitował, podnosząc się do tej samej pozycji, co ja.  Dostałem łokciem po żebrach.
 Przepraszam  jęknęłam i po chwili zobaczyłam jego nogi tuż obok moich.  Ale jesteś długi.
 Mam cię nazywać tak, jak tego nie lubisz?  odparł, wychylając się. Takim oto sposobem jego twarz znalazła się tuż obok mojej. Odsunęłam się nieco, aby móc na niego spojrzeć. Uśmiechnął się.
 Dobra, nie jesteś długi  powiedziałam dla świętego spokoju.  Tylko mega wysoki.
 Co wy macie z tym wzrostem?
 Nie uważasz, że to pociągające dla płci przeciwnej?  odparłam ze śmiechem.  Większość chce mieć wysokiego faceta, z którym czułaby się bezpieczniej.
 Żadnej miłości, zlituj się, kobieto  odparł, kręcąc głową.  Chcesz jeszcze tak siedzieć?
 Nie, tyłek mi zamarza.
– To witam w klubie.
Podniósł się jako pierwszy, a potem pomógł mi wstać. Następnie trzymając się za ręce, powoli zaczęliśmy brnąć w stronę końca alejki, która okazała się bardzo zdradliwa.












W końcu na moim blogu pojawił się zwiastun do opowiadania. Moja koleżanka zlitowała się nade mną i stworzyła coś niesamowitego. Zwiastun bardzo mi się podoba, mimo, że jest długi (bo i opowiadanie nie będzie należeć do krótkich). Monia jeszcze raz wielkie, wielkie dzięki za niego :)

A oto on


#twżpns

4 komentarze:

  1. W końcu pojawił się nowy rozdział :) uwielbiam Luka i jego sposób bycia, no i Malia do niego pasuje, więc mam nadzieję, że ty ich w końcu ze sobą połączysz :) zakupy się udały, choć skończyły się wywrotką. Oby wypaliło im spotkanie u Sharon. A tak w ogóle to boski zwiastun. Bardzo mi się podoba, zawiera dużo ciekawych urywków. Czekam na kolejny rozdział, który mam nadzieje że pojawi się wcześniej:) pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeju, dlaczego ja dopiero teraz weszłam na Twoje opowiadanie? :o Nie mam pojęcia, czy to przez jakieś niedopatrzenie, czy pomyłkę, nie zrobiłam tego wcześniej...
    Cóż, zacznę od najprzyjemniejszego, czyli od zwiastuna. Kawał dobrej roboty, muszę przyznać :) Kojarzę skądś melodię, tylko nie potrafię skojarzyć skąd..
    Ogólnie cała historia przypadła mi do gustu. Bardzo ciekawy pomysł, nigdy wcześniej nie spotkałam się chyba z czymś podobnym.
    Bardzo lubię postać Malii, jest taka pozytywna. Oczywiście szkoda mi jej, z powodu jej rodziców, w dodatku umykają jej teraz wszystkie święta. Na szczęście jest Sharon :) Świetna postać, odrobinę zwariowana. Oh, Luke. Jaki ty jesteś długi :D ten tekst mnie rozwalił.
    Czekam na następny rozdział z wielką niecierpliwością. Dodam go do listy czytelniczej, żeby od dzisiaj być na bieżąco! Pozdrawiam i życzę dużo weny! :*

    www.new-roommate.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Słodcy są.
    Też nie lubię świąt.

    OdpowiedzUsuń
  4. Do you drink Coca-Cola or Pepsi?
    ANSWER THE POLL and you could receive a prepaid VISA gift card!

    OdpowiedzUsuń