środa, 25 lutego 2015

S1 - Rozdział 7 cz. 1

Londyn, 19 grudnia 2011 roku

Otworzyłam powoli oczy. Przez chwilę leżałam nieruchomo, zastanawiając się, czy to, co usłyszałam, działo się w śnie, czy też faktycznie ktoś buszuje po moim mieszkaniu. Nagle doszedł do mnie brzdęk, jakby ktoś położył łyżkę na kuchennym blacie. Wytężyłam słuch jeszcze bardziej. Usłyszałam ciche szuranie i dźwięk gotującej się wody. Po chwili ktoś przemieścił się do kolejnego pomieszczenia i czymś zaszeleścił.
Powoli wstałam z łóżka. Na dworze panowała ciemność, więc i w pokoju nic prawie nie było widać. Nacisnęłam guzik z boku telefonu. Ekran zaświecił się i nieco mnie oślepił. Zegar pokazał siedem po szóstej.
— Co do cholery? — wystękałam, przemieszczając się w stronę drzwi.
Złapałam za puchaty szlafrok, który wisiał na krześle. Cicho otworzyłam drzwi. W drugim pokoju paliło się światło. Zmrużyłam oczy. Spojrzałam na siatki, z których wystawały kable i kolorowe łańcuchy. Zacmokałam pod nosem i ruszyłam w kierunku kuchni, z której dochodził dźwięk krzątaniny.
Oparłam się o framugę, wlepiając oczy w Sharon, która nucąc pod nosem jakąś kolędę, przygotowywała kawę i kanapki. Wiedziałam, co planuje. Robiła to za każdym razem po śmierci moich rodziców. Próbowała za wszelką cenę tchnąć we mnie, choć odrobinę świątecznego ducha. Takie najście zwiastowało jedno — przyjaciółka będzie dekorować mi pokój. Pamiętam wszystkie jej próby, tak dobrze, jakby wydarzyły się wczoraj.
W pierwsze Święta nie chciałam nawet na to patrzeć. Gdy tylko Sharon niepewnie wyciągnęła ozdoby, pogrążyłam się w takiej histerii, że przyjaciółka odpuściła i przez kilka godzin próbowała mnie uspokoić. W kolejny rok pozwoliłam jej postawić choinkę, ale odwróciłam się od niej i od drzewka z miną rozkapryszonego dziecka. Bałam się spojrzeć. W następny rok z nieco smutną miną patrzyłam na jej poczynania, ale zdobyłam się na to, żeby z Sharon rozmawiać, podczas gdy ona wieszała bombki, lampki i kolorowe łańcuchy. Teraz wspominając wczorajsze słowa Luke'a, postanowiłam wykonać kolejny krok.
Wpatrywałam się w nią, czekając, kiedy się zorientuje, że nie jest w kuchni sama. Po chwili przyjaciółka odwróciła się, zrobiła wielkie oczy i podskoczyła, uderzając pośladkami w blat.
— Dobry Boże — wydusiła. — Zwariowałaś!
— Wiesz, to nie ja zakradam się o szóstej rano do cudzego mieszkania — powiedziałam ze śmiechem.
— Ja tylko... — Zaczęła i spojrzała na mnie.
— Ty, co? — zapytałam, nie mogąc powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu. Sharon miała minę wystraszonego i spłoszonego dziecka.
— Wiesz dobrze, co — powiedziała cicho.
— Choinka — odparłam, a ona pokiwała głową. — Nie ma sprawy.
Podeszłam bliżej i złapałam za swój ulubiony kubek, w którym Sharon zrobiła kawę. Wypiłam szybko niewielki łyk i znów spojrzałam w jej zielone oczy. Gorący napój przyjemnie grzał w dłonie, a jego aromat roznosił się po kuchni. Byłam pewna, że jak dokładniej się przyjrzę, to zobaczę niewielki obłoczek nad naczyniem, który tak często pojawia się w reklamach. Przyjaciółka w milczeniu upiła łyk ze swojego kubka i ponownie spojrzała na mnie.
— Podwieziesz mnie na zajęcia? — zapytała, pukając palcem w czerwone naczynie.
— Głupie pytanie. Pewnie, że tak. Z tego, co pamiętam, ty też masz na dziesiątą? — Pokiwała głową. — To bierzmy się do roboty — zarządziłam, porywając z talerza kanapkę z serem i pomidorem.
Dziewczyna zrobiła zaskoczoną minę. Machnęłam na nią ręką, w której trzymałam kanapkę i przeszłam do pokoju, który służył mi za salon. Tam na podłodze leżała choinka i stojak. Wokół niej znajdowały się następne siatki z ozdobami, które Sharon, co roku przynosiła. Tak — jeszcze nie zainwestowałam we własne ozdoby.
Pod czujnym okiem przyjaciółki, odstawiłam kubek z kawą na stolik. Wyprostowałam się, wcisnęłam ostatni kawałek kanapki do buzi i szybko zaczęłam ją przeżuwać. Następnie rozejrzałam się po pokoju.
— Mam pomysł — powiedziałam, odwracając się do niej z uśmiechem. — O ile się uda.
— Co kombinujesz? — zapytała, w dalszym ciągu bacznie mnie obserwując. Zauważyłam, że zatrzęsła jej się ręka.
— Wystarczy lampek, by przyozdobić okno? Zawsze mi się to podobało.
— Myślę, że tak — odpowiedziała, a ja usłyszałam lekkie drżenie jej głosu.
— Super. Weźmy się do roboty, bo nie mamy za wiele czasu. — Nachyliłam się, by wyciągnąć z siatki poplątane łańcuchy. — Nie mogę spóźnić się na zajęcia do McDoffa, bo będę mieć przekichane do końca semestru tak jak Carmen...
Urwałam, słysząc ciche łkanie. Nieco przestraszona, odwróciłam się w stronę przyjaciółki. Sharon stała naprzeciwko mnie, mocno zaciskając palce na kubku z kawą. Z jej zielonych oczu, wypływały cienkie stróżki łez, rozmazując tusz do rzęs.
— Co się dzieje? — wydusiłam zaskoczona. — Coś z rodzicami? Oscarem?
— Z tobą — odparła wilgotnym głosem.
— Ja mam się dobrze — stwierdziłam, nie wiedząc w dalszym ciągu, o co jej chodzi. Podeszłam bliżej i położyłam dłoń na jej ramieniu. — Mów, co jest grane.
— Ty wracasz, Malia — powiedziała, spoglądając na mnie. Jej twarz lśniła od łez. — W końcu wracasz. — Musiałam zrobić dziwną minę, bo dziewczyna uśmiechnęła się szeroko. — Już nie pamiętam, kiedy ubierałyśmy razem choinkę — dodała, pociągając nosem.
— I dlatego płaczesz?
— Wzruszyłam się, wariatko! — odparła i uściskała mnie, uważając, by nie wylać kawy.
— Postanowiłam, że nie będę Grinchem — oznajmiłam, kiedy wyswobodziłam się z ramion przyjaciółki. Wzięłam jej kubek i ustawiam obok mojego.
— Ktoś nazwał cię Grinchem? — zapytała, unosząc brwi. Następnie wyciągnęła z kieszeni chusteczki. Wzięła jedną z nich i głośno wydmuchała nos.
— Tak i wcale mi się to nie spodobało.
— Niech zgadnę kto — powiedziała, szczerząc się szeroko. Popukała się teatralnie po policzku. — Pewien przystojniak z Australii, o zniewalających błękitnych oczach? — Pokiwałam głową. — To nie przypadek, wam było pisane spotkanie się.
— Błagam cię, Sharon, tylko bez teorii spiskowych — jęknęłam. Blondynka wzruszyła ramionami. — Bierzmy się za choinkę.


Podczas przyozdabiania pokoju, ustaliłyśmy plan działania na dzisiaj. Czekało nas przecież spotkanie przyjacielsko-świąteczne u Sharon, a mieliśmy sporo rzeczy do zrobienia. Ona miała dzisiaj tylko jeden wykład, więc od razu pojedzie do domu i zacznie przygotowywania. Ja dołączę, gdy skończę swoje dwa. Zaoferowałam również, że w drodze do niej zahaczę o sklep i dokupię potrzebne rzeczy. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to bez problemów wyrobimy się na siódmą.
Sharon zaangażowała Oscara, który bez problemów zgodził się zajść po Luke'a i przyprowadzić go do punktu docelowego, czyli domu swojej dziewczyny. Dzięki temu ja nie będę musiała odrywać się od pracy w kuchni, a Hemmings nie zabłądzi w Londynie.


Zaparkowałam samochód na wolnym miejscu tuż przy garażu, w którym to prawdopodobnie znajdowało się auto mamy Sharon. Wiedziałam, że pani Coyle nie będzie go używać, gdyż pojechała na coroczny zjazd stowarzyszenia angielskich hotelowców, który tym razem odbywał się w Bristolu. Taty Sharon również nie było, ponieważ zgodził się spędzić tę noc w pracy, aby jego córka mogła posiedzieć z przyjaciółmi w spokoju i bez nadzoru. Miał wrócić dopiero po nocnej zmianie, czyli gdzieś około ósmej rano.
Wzięłam zakupy i szybko ruszyłam w stronę drzwi. Ścieżka była odśnieżona, więc śmiało mogłam bezpiecznie przedostać się do wejścia. Wparowałam do środka.
— Jestem! — krzyknęłam, stawiając siatki i pospiesznie się rozbierając.
— W kuchni!
Wzięłam zakupy i ruszyłam do szaro-białego królestwa mamy Sharon. Przyjaciółka właśnie wystawiała przeróżne składniki na duży, kwadratowy blat. Postawiłam obok niej siatki i usiadłam na wysokim krześle. Blondynka bez słowa odwróciła się i po chwili tuż pod moim nosem pojawił się kubek z kawą.
— Jesteś wielka — powiedziałam, rzucając się na gorący napój.
— Upieczemy piernik? — zapytała, rozpakowując siatki.
— Ale taki w kawałku, co? Nie mamy czasu, by bawić się z ciasteczkami.
— W kawałku. Na ciastka przyjdzie pora.
— Wiem, wiem. Jesteśmy umówione przed Świętami. Pamiętam — oznajmiłam w razie, gdyby Sharon wątpiła w moją w miarę dobrą pamięć.
— Chłopaki będą pewnie parę minut po siódmej — pociągnęła, obracając w szczupłych palcach przyprawę korzenną. — Jeśli nie będzie żadnych akcji, to wszystko rozpocznie się zgodnie z planem.
— Dzwoniłam do Luke'a. Miał skontaktować się z Oscarem.
— Skontaktował się. Będą obaj — dodała, uśmiechając się.
Uniosłam brwi. Dziewczyna kręciła się po kuchni, ustawiając zakupy w jakieś hierarchii, którą tylko ona rozumiała. Co jakiś czas zerkała w moją stronę i szeroko się uśmiechała, co zwiastowało nadejście kolejnej fali pytań na temat czegoś, co ją najbardziej ciekawiło. W tym konkretnym przypadku padło na Luke'a.
— Sharon, weź sobie daruj — mruknęłam, popijając kawę. — Wiem, co myślisz i wcale mi się to nie podoba.
— Jestem niewinna — pociągnęła swoją starą śpiewkę.
— Tak, jasne. Tyle że nie odróżniasz zwykłej znajomości, od jakiegoś gorącego romansu, który sobie ubzdurałaś.
— Ale przyznaj... Hemmings to ciasteczko.
— Młode ciasteczko — dodałam, zaznaczając różnicę wieku między nami.
— Jest w wieku Oscara — jęknęła, kręcąc głową. Następnie machnęła na mnie ręką. — Nie mów, że nie myślałaś o nim jako o... no wiesz.
— Właśnie nie wiem.
— Wiesz, wiesz.
— Wyduś to, to ci odpowiem na pytanie.
— Przespałaś się z nim? 
Kiedy to powiedziała, prawie udusiłabym się kawą. Zakaszlałam i spojrzałam na przyjaciółkę jak na kosmitkę. Otarłam usta dłonią.
— Czy ciebie pogięło? — rzuciłam, akcentując wyraźnie każde słowo.
— Nie mów, że byś nie chciała — odparła ze śmiechem.
— Nie. Zresztą... rany... co cię naszło?
— Bo chemia między wami jest.
— To tylko kolega — powiedziałam przez zaciśnięte zęby. 
Sharon spojrzała na mnie wzrokiem mówiącym: ta, jasne. Miałam ochotę ją trzepnąć. Czymkolwiek. Nawet kubkiem z kawą. Opanowałam się jednak, biorąc głęboki wdech.
— Dobra już dobra — rzuciła, otwierając lodówkę. — Obiecuję zakończyć temat.
— Wielkie dzięki.


~***~
Wyszedł z hotelu, naciągając na głowę czapkę. Z nieba delikatnie sypały się białe płatki śniegu. Londyn znów zamieniał się w miasto rodem z filmów o Świętach. Z daleka zamajaczyła mu sylwetka szczupłego chłopaka w żółtej kurtce. Zszedł ze schodów i poczekał na niego. Oscar po chwili zrównał się z nim. Podali sobie ręce, witając się. Następnie ruszyli przed siebie.
— Musimy dotrzeć na przystanek — powiedział Oscar, wciskając dłonie do kieszeni. — To tuż za rogiem. Mam nadzieję, że dziewczyny przyszykują coś dobrego do jedzenia. Jestem po robocie i umieram z głodu.
— Też jestem głodny — odparł blondyn, poprawiając siatkę, którą miał w ręku. — W razie co zawsze możemy zamówić pizze.
— Malia jest u Sharon, więc pewnie będzie coś na ciepło. Bo niestety, ale moja kochana dziewczyna jest koszmarną kucharką. — Luke spojrzał na niego. — Mówię serio.
— Byłem przekonany, że one mają to w genach — stwierdził blondyn ze śmiechem.
— Jak widać nie każda — dodał i też zaczął się śmiać. — W tym związku to ja jestem od garów.
Doszli na przystanek. Oscar podszedł do tablicy, by spojrzeć na rozkład jazdy. Następnie wrócił do Luke'a. Zerknął na zegarek.
— Powinien być za pięć minut.
— Jak długo jesteście razem?
— Pod koniec stycznia będzie rok. Ale mam wrażenie, że minęło znacznie więcej czasu. Związek z Sharon jest całkiem inny niż ten, w którym byłem wcześniej. Może dlatego, że jest starsza, dojrzalsza, ma nieco inne perspektywy. Ludzie nieraz dziwnie na nas patrzą, kiedy dowiadują się, że umawiam się z dwudziestolatką.
— Też nie mają co robić, tylko wtrącać się w coś, co ich nie dotyczy — skwitował Luke, spoglądając na ulicę.
— Myślę, że robią to z nudów. Ci, co się nudzą, aż nadto interesują się życiem innych. Jednak z czasem ta nasza różnica wieku będzie coraz mniej widoczna. Wtedy mogą nam nagwizdać. A co z Malią?
— Co ma być z Malią? — zapytał, spoglądając na niego z zaciekawieniem.
— Szybko ci zaufała, więc chłopie musisz mieć coś w sobie — skwitował Oscar, jakby to było oczywiste. — Nie mówię, że Malia jest nietowarzyska czy coś. Obie z Sharon mają zdrowe podejście do ludzi. Nie skazują od razu osoby na przegraną. Ale... wygląda na to, że naprawdę bardzo cię polubiła.
— Tak? — Oscar pokiwał głową z uśmiechem. — Też ją lubię.
— To dobra dziewczyna, więc nie zepsuj tego. — Luke uniósł brwi. — Co?
— Właśnie, co?
— Nie zepsuj tej relacji. 
Luke wpatrywał się w niego ze zdziwieniem. Jak widać, nie tylko Sharon próbowała ich ze sobą połączyć, ale nagadała też coś Oscarowi, przez co chłopak myślał, że Luke i Malia mają się ku sobie. Pamiętając wcześniejsze rozmowy z dziewczyną, postanowił nie wdawać się w dyskusję i po prostu zakończyć ten temat. Nie potrzebują swatki. Zresztą on nie chciał żadnego związku, żadnych poważniejszych relacji. Malia była kimś w rodzaju przyjaciółki. Bardzo ją lubił i nie chciał nic zmieniać. Całkowicie mu odpowiadało to, jak było do tej pory.
— Ale wiesz, co — odezwał się ponownie Oscar, wyrywając jednocześnie Luke'a z rozmyśleń. — Dziewczyny to nieraz potrafią przewrócić świat faceta do góry nogami.
— Nawet nie będę próbował zaprzeczać — odpowiedział ze śmiechem. — Są jak tornado.
— Piękne tornado — dodał Oscar. — Ale z niszczycielską siłą.
— Sama prawda, ale bez kobiet świat byłby tak cholernie nudny — odezwał się obcy głos.
Odwrócili się w stronę starszego mężczyzny, który siedział na ławce pod wiatą. Nieznajomy mógł mieć około sześćdziesiątki. Obok znajdowała się kobieta w podobnym wieku. Dopiero po chwili, kiedy poklepał ją czule po dłoni, domyślili się, że musi to być jego żona. Uśmiechnęła się do nich. Odwzajemnili uśmiech i wsiedli do autobusu, który zatrzymał się na przystanku.




Rozdział ten musiałam podzielić na dwie części, bo wyszedł nieco długi. Pojawił się też fragment z perspektywy chłopaków, czyli mała odskocznia od narracji Malii. 


Pozdrawiam i do następnego :)


#twżpns

4 komentarze:

  1. Super, że Malia w końcu nieco się na święta otworzyła, a Sharon to naprawdę świetna przyjaciółka. Chłopaki i ich przemyślenia na temat dziewczyn - czytałam to z uśmiechem. Jestem ciekawa, jak wypadnie spotkanie i nie ukrywam, że moja ciekawość jest jeszcze większa po przeczytaniu tych zapowiedzi do następnej części :D
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam Sharon! Dzięki niej Malia zaczyna traktować święta odrobinę inaczej. podoba mi się perspektywa chłopaków, przynajmniej mogłyśmy poznać ich zdanie o dziewczynach :D Nie mogę się doczekać ich spotkania, wyczuwam jeszcze więcej pozytywnych zwrotów akcji. :)
    Pozdrawiam i życzę weny! ;*

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej ;)
    Bardzo fajny rozdział
    Twój styl pisania jest świetny
    Czekam na następny rozdział
    Ps. Informuj mnie
    Przy okazji zapraszam tu--> http://przeklecifanfic.blogspot.com/ ( liczę, że wpadniesz)

    OdpowiedzUsuń
  4. Kiedy następny rozdział? Świetne ff! Życzę weny! :***

    OdpowiedzUsuń