poniedziałek, 9 marca 2015

S1 - Rozdział 7 cz. 2

Usłyszałam dzwonek. Postawiłam ostatni talerz na stole i ruszyłam w stronę korytarza. Sharon dobiegła do drzwi jako pierwsza. Otworzyła je, a ja poczułam zimne, grudniowe powietrze, które wdarło się do środka. Zobaczyłam wchodzących i się uśmiechnęłam.
— Czuć jedzenie — powiedział Oscar, całując Sharon w usta. — Pachnie przepysznie.
— Cześć i dzięki za zaproszenie — odezwał się Luke. — To dla ciebie.
— Nie trzeba było — odparła, przejmując od niego podłużną siatkę. — Kto ci w Londynie sprzedał wino? I skąd wiedziałeś, że to moje ulubione?
— Ma się swoje sposoby — powiedział z uśmiechem.
— Cześć, chłopaki — rzuciłam, podchodząc do nich.
Oscar przywitał mnie mocnym uściskiem, a ja zmierzwiłam mu włosy. Następnie podeszłam do Luke'a. Spojrzałam w jego błękitne oczy.
— Miło cię znowu zobaczyć — powiedziałam i jego również uściskałam. 
— Ciebie również. Nie mogłem się doczekać — odpowiedział ciszej, tak bym tylko ja mogła to usłyszeć.
Odsunęłam się od blondyna. Chłopaki zaczęli się rozbierać, a ja spojrzałam na Sharon. Wpatrywała się we mnie czujny wzorkiem, a na jej twarzy pojawił się ten znany uśmiech z serii: a nie mówiłam. Przekręciłam oczami, dając sobie spokój. Żadnych dyskusji na temat relacji z Lukiem. Koniec kropka.
— Wyglądacie, jak bliźniaki — oznajmiła Sharon, a ja znów zerknęłam na chłopaków.
Stali naprzeciwko siebie i chichotali pod nosami. Obaj mieli na sobie ciemne dżinsy i jednakowe koszule w czerwono-czarno-niebieską kratę. Wyglądało to dosyć zabawnie.
— Z oryginalności pozostały nici — skwitował Luke.
— Nie umawialiśmy się w kwestii ubioru, jakby co — powiedział Oscar.
— Ale widać, że zaopatrujecie się w tych samych sklepach — rzuciłam, a następnie machnęłam na nich. — Chodźcie do stołu.
— Weź to — Sharon wcisnęła mi w ręce butelkę z winem — a ja przyniosę kieliszki.
Kiedy przyjaciółka wróciła do kuchni, ja poprowadziłam chłopaków do salonu. Luke i Oscar usiedli naprzeciwko siebie, zostawiając obok wolne miejsca. Przez chwilę studiowali dania, które znajdowały się na stole. Była sałatka, drobne przekąski, makaron z warzywami i kurczakiem na ciepło, mini tortille, a także zapiekanka z serem, mięsem i dużą ilością sosu. Kątem oka zobaczyłam, jak Oscar przełyka ślinę.
— Uwielbiam twoją kuchnię — powiedział, pożerając wzrokiem przyszykowane potrawy.
— Będzie nam miło, jak nie pochłoniesz wszystkiego — odparłam, siadając obok blondyna.
— Podzielę się tylko z Lukiem, bo wiem, że też jest głodny — skwitował ze śmiechem.
— No widzę, że zacieśniliście więzy — powiedziałam, podając mu korkociąg. — Będę wdzięczna, jeśli otworzysz wino.
W momencie, kiedy Oscar zaczął mocować się z korkiem, do salonu wróciła Sharon. Postawiła przed każdym wysokie kieliszki, a następnie rozejrzała się po zgromadzonych. Na jej ustach ponownie pojawił się uśmiech.
— Mogłem to sam zrobić — powiedział, kiedy wyrwała mu z rąk butelkę.
— Pozwól, że zrobi to ktoś, kto w tym kraju legalnie może pić alkohol — rzuciła ze śmiechem.
— No wiesz... — Ja i Luke zaczęliśmy się śmiać.
— To było też do ciebie młody — odparła, patrząc na Hemmingsa.
— Uuu... Jesteś na cenzurowanym — powiedziałam z uśmiechem.
— To jest ten moment, w którym one bezczelnie wykorzystują to, że są starsze.
— Zaczynam się bać — odpowiedział Luke. — Chyba zadzwonię po mamę.
Wymieniliśmy spojrzenia i ryknęliśmy śmiechem. Sharon machnęła ręką, dokończyła polewanie wina i usiadła obok Oscara, który nie odrywał wzorku od zapiekanki.
— Proponuję toast — powiedziała blondynka, a my złapaliśmy za kieliszki.
— Nie wiem tylko, czy możemy się napić — odezwał się ponownie Oscar. — A ty, jak myślisz? — zwrócił się do kumpla.
— Będziemy musieli mieć zgodę na piśmie? — zapytał Hemmings, spoglądając to na mnie, to na Sharon.
— Bo zaraz zabiorę żarcie ze stołu — zagroziła przyjaciółka.
— Nie! — krzyknęli jednocześnie i oboje znów ryknęli śmiechem.
— No to bomba — powiedziała Sharon. — Chyba jesteśmy jednak na przegranej pozycji.
— Na to wygląda — odpowiedziałam, obserwując chłopaków. — Przyjęłyśmy złą strategię. Trzeba było ich odseparować.
— Dobra, dobra — oznajmił Oscar. — Już jest spokój. Kochanie...
— Teraz to kochanie — mruknęła, udając nadąsaną. Tym razem to ja parsknęłam śmiechem.
— Chyba nie zaczniemy — stwierdził Luke.
— Dobra, spokój — powiedziała dziewczyna. — Toast!
— Za miłe spotkanie i za gospodynię! — zaproponowałam, a reszta mi zawtórowała. Wypiliśmy odrobinę wina i każde z nas odstawiło kieliszki na bok.
— Czy to znaczy, że możemy już jeść? — zapytał Oscar. 
Pokiwałam głową, a chłopak rzucił się na gotowe potrawy, jakby nie jadł od tygodnia. Wymieniłam spojrzenie z Sharon i obie zdusiłyśmy śmiech.


Kiedy wszyscy się najedli, w ruch poszła kolejna butelka wina. Zmieniliśmy miejsce i przesiedliśmy się na sofę i jej okolice, by przy małym stoliku rozpocząć coroczną partyjkę w świątecznego pokera. Za walutę posłużyły nam czekoladowe cukierki, opakowane w kolorowe papierki.
Nie wiedziałam, ile upłynęło czasu od rozpoczęcia gry, ale na polu bitwy zostałam tylko ja i Oscar. Sharon odpadła jako pierwsza, od samego początku przyjmując złą strategię. Potem z cukierków wypstrykał się Luke. Dobrą passę zaliczał Oscar, który kosił nas równo. I szczęście go nie opuszczało.
Kiedy ja toczyłam zaciętą walkę z przyjacielem, Sharon i Luke pogrążyli się w rozmowie o muzyce, a potem zniknęli na górze. Przy ostatecznym starciu, dziewczyna wróciła do salonu. Pod jej nosem malował się szeroki uśmiech. Usiadła obok mnie i upiła dwa małe łyczki wina.
— Oszukujesz! — krzyknęłam, wskazując Oscara palcem.
— Wcale nie.
— Ależ tak, bo to jest kurna niemożliwe! — Odwróciłam się do Sharon. — On oszukuje!
— Wcale nie, prawda, skarbie?
— Kocham was oboje, ale w tej sprawie jestem neutralna — odpowiedziała. — To by było samobójstwo, gdybym stanęła, po któreś ze stron.
— Co nie zmienia faktu — powiedziałam, ze złośliwym uśmieszkiem. — Że oszukujesz.
— Wcale nie, cwaniaro — odparł, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
— Dobra, spokój — zarządziła blondynka, zabierając nam karty. — Czas na śpiewanie!
— Gdzie Luke? — zapytałam, rozglądając się po pokoju, jakby chłopak miałby zaraz wyskoczyć zza rogu.
— Na górze. Namówiłam go na grę na gitarze! — odparła z ekscytacją i klasnęła w dłonie. — Tyle że gitara mojego ojca jest od dawna nieużywana i Luke musi ją nastroić. Ale... będzie muzyka na żywo!
— Wow — powiedziałam z udawanym zadowoleniem, a Sharon zgromiła mnie wzrokiem. 
Oscar parsknął śmiechem. Zrobiłam minę niewiniątka i złapałam za kieliszek z winem. Upiłam niewielki łyk. Dziewczyna trzepnęła mnie poduszką, którą miała pod pachą.
— Ej! — rzuciłam i zaczęłam się śmiać.
Do pokoju wrócił Luke, trzymając w prawej ręce czarną gitarę. Przysunął sobie krzesło i usiadł na nim. Spojrzał na nas z lekkim uśmiechem. Siedział na tle dużej choinki i przez chwilę podziwiałam ten obrazek. Musiałam to przyznać — z gitarą było mu do twarzy.
— Co chcecie zaśpiewać? — zapytał.
— Proponuję, by najpierw zaczęła gospodyni — rzuciłam i uśmiechnęłam się triumfalnie do przyjaciółki.
— Sama śpiewać nie chcę — jęknęła i zerknęła na Oscara, który najchętniej czmychnąłby stąd, jak najdalej.
— Zaśpiewajcie razem — zaproponował blondyn, patrząc na nasze gołąbki.
— Tyle że ja mało, co znam. Nie mam głowy do tekstów — odparł Oscar.
— Daj spokój — rzuciłam, machając na niego ręką. — Sharon ci pomoże. Weźcie na początek coś prostego.
Santa Claus is coming to Town jest proste — pociągnął Luke.
— Dobra, to akurat znam — powiedział, rozsiadając się wygodnie na podłodze.
— To zaczynamy — zarządził Hemmings i po chwili poleciała melodia.
Ani Sharon, ani Oscar nie byli śpiewakami pierwszej klasy, ale na takich spotkaniach nie było to ważne. Każdy robił to tak, jak potrafił. Chodziło tylko o to, by dobrze się bawić. 
Kiedy nasza para, nieco fałszując, wyśpiewywała piosenkę o Mikołaju, ja zapatrzyłam się na Luke'a. Chłopak z gitarą — było to świetne połączenie w tym przypadku. Spoglądałam, jak jego długie palce uderzają w struny, jak w skupieniu wsłuchuje się w dźwięk. Odwróciłam głowę i zauważyłam, że Sharon dla odmiany przygląda się mi. Przewróciłam oczami i upiłam z kieliszka odrobinę wina.
Po skończonej piosence ja i Luke zaczęliśmy bić brawo pierwszym zmuszonym do śpiewu ochotnikom.
— Teraz wasza kolej — zarządziła przyjaciółka. — Moglibyście zaśpiewać moją ulubioną?
— Ulubioną? — dopytał Luke.
— Uwielbiam Sleigh Ride — odpowiedziała, siadając obok mnie.
— Znasz to? — zapytałam blondyna, a ten pokiwał głową.
— O! A możecie to zaśpiewać na dwa głosy? — poprosiła Sharon, której świąteczny entuzjazm nie opuszczał. — Byłoby bombowo!
— Da się zrobić — odpowiedział blondyn, a następnie spojrzał na mnie. — To po kawałku.
— Jak w wersji Air Supply? — zapytałam.
— Dokładnie. Ty zaczynasz.
Odstawiłam kieliszek na stół. Usiadłam wygodniej na kanapie, a wzrok pozostałych skupił się na mnie. Szybko przypomniałam sobie słowa. Na szczęście nie była to smętna piosenka, a dość szybka, której nie sposób nie lubić. Gdy usłyszałam płynącą melodię, która popłynęła z gitary, zaczęłam śpiewać.
Just hear those sleigh bells jingling, ring-ting-tingling, too. Come on, it's lovely weather for a sleigh ride together with you
Spojrzałam na Luke'a, który wpatrywał się we mnie z uniesionymi brwiami.
— Chyba ktoś nie znał twoich możliwości — powiedziała ze śmiechem Sharon.
Outside the snow is falling and friends are calling, 'Yoo-hoo!'. Come on, it's lovely weather for a sleigh ride together with you.
Giddy-up, giddy-up, giddy-up, let's go. Let's look at the show. We're riding in a wonderland of snow. Giddy-up, giddy-up, giddy-up, it's grand. Just holding your hand. — Uśmiechnęłam się do niego i dołączyłam w ostatnim wersie. — We're gliding along with a song of a wintery fairyland.


Potem przyszła kolej na inne świąteczne piosenki oraz kolędy, na które upierała się Sharon. Stworzyliśmy całkiem ciekawą mieszaninę śpiewającą i do tego bawiliśmy się naprawdę znakomicie. Najlepsze było i tak, jak chłopaki odśpiewali razem piosenkę o Rudolfie. Przerobili ją na nieco mocniejszą, a Oscar dodał do tego iście wykręcony taniec połamaniec. Od śmiechu bolała mnie szczęka, a Sharon narzekała, że jej mięśnie brzucha w końcu nie wytrzymają.


Pomogłam Sharon ogarnąć pokój, a następnie razem z Lukiem zaczęliśmy się ubierać. Dochodziła godzina pierwsza i wszyscy zgodnie doszliśmy do wniosku, że jak na jeden dzień to zabawy nam już wystarczy. Naciągnęłam na głowę kaptur i spojrzałam na Oscara.
— A ty zostajesz? — zapytałam.
— Zdążę się zwinąć, zanim wrócić tata Sharon — oznajmił z uśmiechem.
— Będziemy sprzątać w kuchni — dodała przyjaciółka, zerkając porozumiewawczo na swojego chłopaka.
— To ja nie chce wiedzieć, jak to wasze sprzątanie będzie wyglądać — odparłam, wciskając na dłonie rękawiczki, a Luke, który przysłuchiwał się wszystkiemu, zaczął chichotać pod nosem.
Pożegnaliśmy się z nimi i oboje wyszliśmy na zewnątrz. Śnieg sypał dalej, ale na szczęście nie było wiatru, więc spacer na przystanek nie będzie ciężki i nieprzyjemny.
— Wpadnę po samochód przed zajęciami — powiedziałam na odchodnym.
— Nie ma sprawy.
— Uważajcie w czasie sprzątania, co byście prezentu nie dostali — dodałam, ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy. 
Oscar zaczął się śmiać, a Sharon zgromiła mnie wzorkiem. Następnie uśmiechnęła się triumfalnie i odbiła piłeczkę.
— W też możecie posprzątać w kuchni.
Spojrzała na mnie i na Luke'a i ponowie wyszczerzyła się szeroko. Niewiele myśląc, złapałam odrobinę śniegu. Przyklepałam go i rzuciłam w przyjaciółkę. Krzywa piguła rozbryzgała się na jej klatce piersiowej. Odrobina śniegu dotarła na jej włosy i twarz, wpadając jednocześnie pod szarą bluzkę. Sharon pisnęła i skacząc wokół własnej osi, zaczęła strzepywać śnieg, co wywołało ryk śmiechu ze strony chłopaków. Ich głosy rozniosły się po okolicy i byłam pewna, że usłyszano ich na drugim końcu długiej ulicy.
— Do zobaczenia — rzuciłam, machając do nich. 
Odmachali. Oscar w dalszym ciągu dusił się ze śmiechu, a jego głos urwał się, gdy Sharon zamknęła drzwi od domu. Zrównałam się z Lukiem i razem ruszyliśmy w stronę furtki. Naszym celem był pobliski przystanek autobusowy.
Wyszliśmy na pokryty śniegiem chodnik, a następnie skręciliśmy w prawo. Przez chwilę żadne z nas się nie odzywało. Rozglądałam się po okolicy, podziwiając rozwieszone ozdoby. Niemalże każdy dom wyglądał jak wycięty ze świątecznej pocztówki. Nagle usłyszałam cichy śmiech Luke'a. Odwróciłam się w stronę chłopaka.
— Co cię tak bawi? — zapytałam, zupełnie nie wiedząc, o co może mu chodzić.
— Masz niezłego cela — odparł z uśmiechem, skupiając na mnie błękitne tęczówki, które o tej porze wyglądały na dużo ciemniejsze, niż są w rzeczywistości. — Wyglądało to przezabawnie.
— W to nie wątpię.
— Masz też fantastyczny głos...
— Bez przesady — mruknęłam, machając ręką.
— Mówię serio. Czemu się nie pochwaliłaś, że umiesz śpiewać?
— Bo tak naprawdę nie ma czym? — odpowiedziałam pytaniem na pytanie, unosząc przy tym brwi.
— Jak to nie ma? — Luke nie dawał za wygraną. — Nie pomyślałaś, by ze swojego głosu zrobić jakiś użytek?
— Niby jaki?
— No... jakieś koncerty, nagrywanie płyt i te sprawy.
— Nie. To nie dla mnie. Nigdy coś takiego mnie nie kręciło i kręcić nie będzie — oznajmiłam, zgodnie z prawdą. — Jedyne, co w tym kierunku robię, to razem z Victorią podkładam głosy do bajek.
— Ekstra.
— Taka dodatkowa praca, ale całkiem satysfakcjonująca. Za to ty — puknęłam go palcem w ramię — też masz fantastyczny głos.
— Bez przesady. — Przekręciłam oczami.
— Pewnie jesteś w zespole głównym wokalistą?
— U nas nie ma głównego wokalisty. Wszyscy śpiewamy.
— Nieźle. Chciałabym was kiedyś posłuchać.
— To da się jakoś zrobić.
— Ekstra.
Zatrzymaliśmy się na pustym przystanku autobusowym. Była tu nieduża wiata, więc oboje schowaliśmy się do środka, ochraniając się przed padającym śniegiem. Oparłam się o ściankę. Luke stałą naprzeciwko mnie.
— Mam nadzieję, że się nie nudziłeś — powiedziałam, spoglądając na niego z zaciekawieniem.
— Było naprawdę fajnie — odparł i uśmiechnął się szeroko. — Sharon i Oscar są spoko.
— Cieszę się, że ci się podobało — rzuciłam i spojrzałam w kierunku ulicy.
Z przeciwległej strony nadchodziła jakaś rozbawiona para. Szli środkiem jezdni, nie robiąc sobie nic z tego, że w każdej chwili może wyjechać samochód. On — wysoki, ubrany w czarną kurtkę, trzymał ją luźno za rękę, co jakiś czas machając nią, jak małe dziecko. Ona w butach na obcasie, starała się nad nim nadążyć i co jakiś czas ślizgała się, co wywoływało w nich kolejną salwę śmiechu.
— Zaraz się przewrócę — powiedziała piskliwym głosem.
— Przecież cię trzymam — odparł, klepiąc ją wierzchem dłoni po nodze. — Mogliśmy wziąć sanki. Ale byłoby czadowo!
— Ciągnąłbyś mnie do domu?
— Raczej myślałem o tym, że to ty ciągnęłabyś mnie.
Ja i Luke wymieniliśmy spojrzenia i zaczęliśmy się śmiać. Nasze głosy poinformowały nieznajomą parę, że na ulicy nie są sami. Odwrócili się w naszą stronę i pomachali. Odmachaliśmy.
— Wesołych świąt! — zawołał mężczyzna.
— Wesołych świąt! — odpowiedział Luke.
— Musicie się pocałować! — odezwała się kobieta, chichocząc pod nosem. Ja i Luke zerknęliśmy na siebie. — Ktoś powiesił tam jemiołę! Spójrzcie do góry!
Unieśliśmy głowy. Faktycznie tuż nad nami niewinnie wisiała zielona jemioła, przywiązana delikatną, różową wstążeczką.
— Musicie się pocałować, bo inaczej nie będziecie mieć szczęścia ani miłości!
— Mój Boże... — wydusiłam, kiedy nieznajoma para minęła nas, dalej śmiejąc się w najlepsze.
— Wierzysz w takie rzeczy? — zapytał Luke.
Pokręciłam głową i znów spojrzałam na jemiołę. Nie powiem, ale odrobina szczęścia by się przydała. Miłością nie jestem na razie zainteresowania, ale pecha mieć nie chcę. Przeniosłam wzrok z powrotem na chłopaka.
— Co by nie zapeszać — powiedziałam i wspięłam się na palce. 
W szybkim tempie sprzedałam Luke'owi całusa prosto w usta, a następnie odskoczyłam od jemioły.
— I to jest ta, co nie wierzy — odparł ze śmiechem.
— Może odrobinę — powiedziałam, idąc na drugi koniec wiaty. Byle dalej od tej przeklętej rośliny. 
W tym momencie przyjechał nasz autobus. Wsiedliśmy do środka.


~***~
Odprowadził ją pod same drzwi, a następnie mimo jej protestów, że nie powinien włóczyć się po Londynie sam, pożegnał się i ruszył przed siebie. Pamiętał drogę do hotelu. Malia nie mieszkała, aż tak daleko. Za niecałe dziesięć minut powinien być na miejscu.
Ulice miasta były niemalże puste. Tylko od czasu do czasu pojawiały się pojedyncze samochody lub autobusy. Ludzi na chodzikach nie było w ogóle.
Maszerował przed siebie, wsłuchując się w skrzypiący pod butami śnieg. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że myślami był gdzieś indziej. Gdzieś, gdzie być nie powinien. Wsunął do kieszeni dłonie, zastanawiając się, co ona teraz robi. Pewnie przygotowuje się do spania albo szykuje gorące kakao, o którym mówiła w autobusie.
Luke miał wrażenie, że los z niego zakpił. Że dzisiejszy wieczór obrócił tę relację, która była między nimi o sto osiemdziesiąt stopni. Że w pewnym sensie dla niego runął mur, którego żadne z nich nie chciało przekraczać. Szczególnie, nie chciał przekraczać on.
Zaczęło się niewinnie, od ciepłego powitania. Potem trochę wina i wspólna zabawa. Jeszcze przed oczami miał ten obraz, kiedy zakładała za ucho brązowy kosmyk włosów. Zapatrzył się na nią, jakby widział ją po raz pierwszy. Zdał sobie sprawę, że lubi jej perfumy i te ciemnobrązowe oczy z lekkimi iskierkami, które pojawiały się, gdy się uśmiechała. A jej uśmiech potrafiłby stopić nawet najbardziej oziębłe serce. Przypomniał sobie, jak podawała mu kieliszek i ich palce delikatnie się o siebie otarły. Jak poczuł przyjemny dreszcz, który przebiegł mu po plecach. A potem ten szybki, niby niewinny całus, który zaważył o wszystkim. Jak jej wargi dotknęły jego warg, a on poczuł zapach jej balsamu do ust. Czy to była truskawka czy wiśnia? A może coś zupełnie innego? Teraz nie miało to, aż tak dużego znaczenia.
Podniósł głowę, kiedy podchodził do budynku. Następnie pchnął drzwi i wszedł do cichego lobby hotelu. Przywitał się z recepcjonistką, która odbywała nocną zmianę. Życząc jej wesołych świąt, ruszył w kierunku schodów.
Nie powinien o niej myśleć. Ma gdzieś te całe uczucia. Nie chce ich, szczególnie po tej całej akcji z Ashley. Karcąc się w duchu, postanowił więcej nie rozmyślać o Malii i tym wieczorze. Ani o słowach Oscara i dziwnych spojrzeniach Sharon, które dawały mu jasno do zrozumienia, że dziewczyna myśli, że oboje powinni zrobić krok dalej w ich znajomości. Żadnych zmian w ich relacji. Koniec kropka.
— W końcu jesteś — usłyszał głos matki, która wyłoniła się z pokoju obok. — Jak było?
— Bardzo fajnie — odpowiedział zgodnie z prawdą.
— To świetnie. A teraz do łóżka. Jest już późno — zarządziła, a Luke kiwnął głową i pomaszerował w stronę drzwi z mosiężną siódemką.


***
Przy okazji chciałabym was zaprosić na mój drugi blog o 5 Seconds of Summer. Inna historia, inna bohaterka, ale chłopaki ci sami :) Jeszcze dziś (choć jest już późno) pojawi się prolog. Mam nadzieję, że historia wam się spodoba :D

Zapraszam do obejrzenia zwiastuna, który wykonała dla mnie Monia (jesteś kobieto wielka! :))


Aby przejść do nowego opowiadania, kliknij TU - Pod jednym dachem.

#twżpns

5 komentarzy:

  1. Świetny! Na pewno zajrzę na drugi blog :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że rozdział się spodobał :) I mam nadzieję, że przypadnie ci do gustu druga historia.

      Usuń
  2. O matko, ten całus *-* chociaż tak niepozorny i szybki, to po prostu ahsgagshdgagfhfgf. W wolnej chwili na pewno zajrzę na drugiego bloga :)
    Pozdrawiam i życzę dużodużo weny! ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha dzięki za komentarz :D Oczywiście zapraszam na bloga numer 2 i tak wena na pewno się przyda :) Przydało by się też więcej czasu na pisanie, ale jak to mówią nie można mieć wszystkiego :)

      Usuń
  3. Ja tam popieram Sharon ta dwójka ma się ku sobie . Jaki słodziachny całus na koniec :) ooo coś czuję, że Luke chyba wpadł i poczuł do Malii coś więcej. :) czekam na next.
    pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń