niedziela, 15 marca 2015

S1 - Rozdział 8

Londyn, 21 grudnia 2011 roku

Wyszłam z kawiarni, naciągając na głowę kaptur. Spuściłam wzrok i niechętnie ruszyłam pod hotel. Co jakiś czas zerkałam na zegarek. Nie lubiłam się spóźniać, a dziś szczególnie zależało mi na tym, by być na czas.
Mijając ludzi tłoczących się na chodniku, wspominałam wspólne chwile spędzone z Lukiem. Polubiłam go i to nawet bardzo. Stał się kimś w rodzaju przyjaciela — zyskanego na szybko, ale z wrażeniem, że zna się go od lat. Uwielbiałam jego uśmiech, błękitne oczy i to w jak szybki sposób można go było rozśmieszyć. Jakbym go opisała? Inteligentny, miły, z nieco sarkastycznym poczuciem humoru i ciekawym podejściem do życia. Z każdym kolejnym krokiem, czułam, że już cholernie za nim tęsknię. A on jeszcze przecież nie wyjechał z Londynu.
Z daleka zamajaczył mi znany hotel. Przyspieszyłam kroku. Gdy byłam już blisko schodów, drzwi od budynku się otworzyły. Na zewnątrz wyszedł Luke, pospiesznie wciskając na głowę czarną czapkę. Odwrócił się, a ja podniosłam rękę. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
— Myślałem, że...
— Że sobie daruję i nie przyjdę? — wpadłam mu w zdanie, a on cicho przytaknął. — Daj spokój, nie puściłabym cię bez pożegnania.
— Cieszy mnie to — odparł, wlepiając we mnie błękitne oczy.
— Nienawidzę pożegnań — rzuciłam, kręcąc głową.
— Ja też, ale to nie jest pożegnanie — powiedział powoli, a ja zacisnęłam usta. — To tylko chwilowe do zobaczenia.
— Ta... W końcu mamy do dyspozycji internet — mruknęłam tonem nadąsanego dziecka, co u chłopaka wywołało śmiech. Ponownie skupiłam na nim wzrok. — Że też musiałam polubić kogoś, kto mieszka tak daleko.
— W takim razie przepraszam, że tam się urodziłem — odparł, a ja sprzedałam mu sójkę w bok.
— To nie tak...
— Wiem — rzucił, uśmiechając się. Spojrzał na zegarek. — Niedługo przyjedzie taksówka. — Westchnęłam. — Obiecasz, że się odezwiesz?
— Pewnie. Ty też to obiecasz?
— Oczywiście.
Między nami nastała chwila ciszy. Ludzie mijali nas jak gdyby nigdy nic. Jakby w ogóle nas nie widzieli. Z nieba poleciały pojedyncze płatki śniegu, choć nie zapowiadało się na to, by miało zacząć padać mocniej. Ja i Luke ponownie na siebie spojrzeliśmy.
— Mam coś dla ciebie — powiedzieliśmy jednocześnie i oboje wybuchliśmy śmiechem.
— Ty pierwszy! Ty pierwsza! — rzuciliśmy znowu w tym samym momencie. Pokręciłam głową z uśmiechem.
— To ja zacznę — oznajmiłam, wyciągając z kieszeni niewielkie, czerwone pudełeczko. — To na pamiątkę i z okazji Świąt.
Podałam mu zawiniątko. Blondyn obrócił pudełeczko w dłoni, a następnie otworzył wieczko. W środku znajdował się breloczek. Breloczek w kształcie pingwina. Pingwin ten miał na sobie kolorową koszulkę z flagą Anglii. Luke się zaśmiał.
— To jest przerażające — powiedział, podnosząc breloczek za kółeczko. Pingwin delikatnie poruszył się w powietrzu. — To znaczy... nie prezent. Jest świetny. Chodzi o to, że... Zresztą zobacz.
Włożył wolną rękę do kieszeni, a następnie coś z niej wyciągnął. Spojrzałam na jego zaciśniętą dłoń. Machnął na mnie, chcąc, bym wyciągnęła swoją. Bez protestów podałam mu ją. Kiedy nasze ręce się spotkały, Luke rozluźnił palce. Poczułam na skórze coś zimnego. Chłopak zabrał dłoń, a ja zobaczyłam breloczek. Breloczek w kształcie psa. Pies, tak samo, jak pingwin miał na sobie koszulkę – w tym przypadku koszulkę z flagą Australii.
— Tak, to jest przerażające — powiedziałam ze śmiechem.
— Nasze mózgi myślą podobnie. — Spojrzał mi w oczy. — To też na pamiątkę. I teraz uwaga, sentencja nie do pobicia — dodał ze śmiechem. — Jak będzie ci smutno, to spójrz na niego, a potem do mnie zadzwoń. To, że będę daleko, nie znaczy, że nie mogę dalej być twoim kumplem.
— Załatwione, ale to też idzie w drugą stronę.
— Jasna sprawa.
Nagle drzwi od hotelu się otworzyły. Ze środka wypadli państwo Hemmings, ciągnąc za sobą bagaże. Ja i Luke schowaliśmy breloczki do kieszeni. Zeszli na dół, zatrzymując się obok syna.
— Teraz już wiem, czemu tak szybko ulotniłeś się z holu — powiedziała Liz, zerkając na Luke'a. Następnie spojrzała na mnie. — Dobrze cię widzieć.
— Państwa również.
— Taksówka już przyjechała — oznajmił pan Hemmings. — Malia, naprawdę miło cię było poznać. Jesteś świetną dziewczyną i nie zmieniaj się. — Uśmiechnęłam się.
— Trzymaj się — dodała jego żona. — I wesołych Świąt.
— Wesołych Świąt — odpowiedziałam, patrząc na nich.
— Chodź tu do mnie — rzuciła Liz i przytuliła mnie. Odwzajemniłam uścisk. Naprawdę lubiłam matkę Luke'a. — Dziękuję za wszystko — powiedziała szeptem, tak bym tylko ja mogła ją usłyszeć.
— Ale...
— Żadne: ale. Nawet nie wiesz, ile zrobiłaś dla Luke'a. Mój syn zapomniał i znów jest sobą.
Spojrzała na mnie z szerokim uśmiechem. Odsunęła się. Andrew również szybko mnie uściskał.
— Bezpiecznej podróży — powiedziałam, kiedy oboje ruszyli w stronę taksówki.
Spojrzałam na Luke'a, który spoglądał gdzieś w bok. Wyciągnęłam powoli rękę i ujęłam jego dłoń. Dopiero ten gest sprawił, że chłopak znów skupił na mnie wzrok.
— Już czas — odezwałam się cicho. Poczułam, jak jego palce mocniej zaciskając się na mojej dłoni. — Obiecasz mi coś? — Pokiwał głową. — Graj z zespołem dalej. Poznałam trochę twojego talentu i on nie może się zmarnować. — Uśmiechnął się. — Grajcie, a być może kiedyś o was usłyszymy, tu w Londynie.
— Teraz to popłynęłaś — rzucił ze śmiechem.
— Chyba nie warto rezygnować z marzeń?
— Fakt — powiedział, kiwając głową. — Ty też coś mi obiecaj.
— Tylko coś przyziemnego i do wykonania.
— To jest do wykonania i wiedz, że dowiem się, gdy nie spełnisz obietnicy.
— Uuu... To groźba? — zapytałam ze śmiechem, unosząc brwi. — Dobra, kontynuuj.
— Obiecaj mi, że nie spędzisz tych Świąt sama — powiedział, a ja zacisnęłam usta. — Że zgodzisz się na propozycję Sharon. Oscar mi doniesie, gdy się z tego wywiniesz. To jak będzie? — Poruszył naszymi splecionymi dłońmi, a ja uśmiechnęłam się pod nosem.
— Obiecuję — odpowiedziałam ciszej.
Puściłam jego dłoń i podeszłam bliżej. Wspięłam się lekko na palce, tak bym mogła go objąć. Przywarłam do niego, mocniej zaciskając ręce wokół jego szyi. Czułam jego zapach, jego dłonie na moich plecach. W tym momencie zrobiło mi się tak przykro, że musiałam zacisnąć usta, by nie poryczeć się, jak dziecko. Że też w tak krótkim czasie można się do kogoś, aż tak bardzo przywiązać. Wzięłam głęboki wdech.
— Już tęsknię — powiedział cicho.
— Ja też.
Puściłam go i się odsunęłam. Spojrzałam w jego błękitne tęczówki. Luke lekko uśmiechnął się, a następnie skinął mi głową. Odwzajemniłam uśmiech.
— Do zobaczenia.
— Oby.
Blondyn odwrócił się i ruszył w stronę samochodu. Zatrzymał się obok rodziców. Liz spoglądała na mnie ze smutnym uśmiechem. Pomachałam w ich stronę, a oni odmachali. Następnie państwo Hemmings wsiedli do auta. Chłopak odwrócił się i posłał mi ostatni uśmiech. Odwzajemniłam go. Następnie i on wsiadł do środka. Po chwili taksówka powoli zaczęła ruszać, aż w końcu włączyła się do głównego ruchu. Samochód robił się coraz mniejszy i mniejszy, aż w końcu zniknął mi z oczu.
— Nienawidzę pożegnań — powiedziałam pod nosem, wycierając samotną łzę, której nie udało mi się powstrzymać.
Wyciągnęłam breloczek w kształcie psa i ciężko westchnęłam. Musiałby się zdarzyć prawdziwy cud, gdyby mi i Luke'owi było dane spotkanie się znowu.
Poprawiłam kaptur, który w czasie pożegnania zsunął mi się z głowy. Przeszłam na drugą stronę ulicy. Moim celem była miejscowa biblioteka. Najszybciej dotrę tam przez park. Dopiero za trzy godziny byłam umówiona z Sharon na lepienie pierników, więc miałam trochę czasu, by pobuszować wśród regałów z książkami i znaleźć te, które przydadzą mi się do projektu, który musiałam zrobić na zaliczenie z medycyny sądowej.
Szłam powoli, jakby czas w ogóle nie istniał. Słyszałam, jak gruby śnieg chrupie mi pod stopami. Chrup, chrup, chrup, chrup, jakby wystukiwał się znany nam wszystkim rytm. Moje oczy utkwione były w drodze, którą podążałam. Myślami wciąż rozpamiętywałam to, co wydarzyło się przed chwilą.
Nagle usłyszałam czyjś pisk. Instynktownie podniosłam głowę. Jakieś dzieciaki wygłupiały się na śniegu. I wtedy, kiedy omiotłam wzrokiem zaśnieżone otoczenie, zauważyłam go. Uśmiechnęłam się szeroko. Moim oczom ukazał się bałwan Bob. Bałwan, którego ulepiliśmy z Lukiem na początku naszej znajomości. Byłam zaskoczona, że jeszcze stoi, choć było widać, że nieco zmarniał. Mimo wszystko wciąż tam był. Ktoś powyciągał z niego większość gałęzi, zniknęły też kolorowe cukierki, ale to dalej był on.
Patrząc tak na nasze małe, nieco zniszczone dzieło, postanowiłam spełnić daną Luke'owi obietnicę. Ściągnęłam rękawiczkę i wyciągnęłam telefon. Wyszukałam szybko numer do przyjaciółki, nacisnęłam zieloną słuchawkę i przyłożyłam urządzenie do ucha.
— Malia! — Usłyszałam jej głos po drugiej stronie. — Nie mów, że się nie wyrobisz.
— Wyrobię się — odparłam ze spokojem. — Dzwonię w innej sprawie.
— Mów.
— Czy... czy twoja propozycja dotycząca Świąt jest nadal aktualna?
— Żartujesz?! Oczywiście, że tak!
— Fajnie. Z przyjemnością przyjdę.
— Naprawdę? Tak bardzo się cieszę... Mamo! Malia przyjdzie do nas na Święta!
Aż odsunęłam telefon od ucha. Zadowolony głos przyjaciółki jeszcze roznosił się echem w mojej głowie. Kiedyś przez nią ogłuchnę.
— Ekstra, nie mogę się doczekać!
— Ja tak samo — powiedziałam z uśmiechem. — To, co? Widzimy się na robieniu pierników?
— Tak. Czekam.
— Do zobaczenia.


3 komentarze:

  1. Jezu świetny! Poplakalam się :'( :**

    OdpowiedzUsuń
  2. Jejku, aż normalnie miałam łzy w oczach :'( niby było słodko i w ogóle, ale tak czy siak to pożegnanie. A te breloczki, haha, to naprawdę przerażające :D mam nadzieję, że uda im się kontynuować znajomość bez żadnych zgrzytów, bo szkoda by było tą przyjaźń zaprzepaścić.
    Czekam na kolejny z ogromną niecierpliwością. Pozdrawiam i życzę weny!

    OdpowiedzUsuń
  3. No nieeee czemu musieli się już pożegnać? Dlaczego ich rozdzieliłaś? Mam nadzieję, że szybko spotkają się znowu. Pożegnanie smutne. Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału :) Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń