poniedziałek, 13 kwietnia 2015

S1 - Rozdział 11

Londyn, 30 kwietnia 2012 roku


Gdzieś, jakby z oddali, usłyszałam dźwięk. Znany mi dźwięk. Wlewał się do mojej głowy, powodując głośne łupanie. Bum, bum, bum... Jakby miało mi za chwilę rozsadzić czaszkę. Wyrwana ze snu, nie wiedziałam, jak namierzyć telefon. Powoli otworzyłam oczy. Dzwonek umilkł. Światło oślepiło mnie, wyciskając mi z oczu pojedyncze łzy. Głowa bolała mnie coraz mocniej. Miałam wrażenie, że słyszę i czuję swój bijący szybciej puls. Bum, bum, bum... I tak w kółko.
Przekręciłam się na bok, a łomotanie w głowie się zaostrzyło. Niemal jak ślepiec, wymacałam nocną szafkę. Otworzyłam jedną szufladę, a moje palce natrafiły na opakowanie tabletek przeciwbólowych. Wyciągnęłam je, uniosłam się wyżej i drżącymi rękami otworzyłam pudełko. Następnie wysypałam na dłoń dwie białe, podłużne pigułki. Chwyciłam za butelkę, która stała przy łóżku. Zażyłam proszki, popijając je dużą ilością płynu. Bo dopiero wtedy, kiedy woda dotknęła moich ust, zrozumiałam, jak bardzo chciało mi się pić.
Pacnęłam z powrotem na plecy i zakryłam dłonią oczy. Wtedy w pokoju po raz kolejny rozbrzmiał dźwięk dzwonka. Chwyciłam za telefon i nie patrząc na wyświetlacz, odebrałam.
— Tak? — wydusiłam.
— No w końcu — usłyszałam zniecierpliwiony głos Luke'a. — Wejdziesz?
— Daj mi chwilę — odpowiedziałam i się rozłączyłam.
Odłożyłam telefon na szafkę i ponownie dźwignęłam się do pozycji siedzącej. Ból w głowie nie mijał. Na całe szczęście wyostrzył mi się wzrok, więc szybko namierzyłam laptopa, który leżał niedaleko łóżka. Moment... skąd on się wziął na podłodze?
Nie schodząc z materaca, podniosłam sprzęt i ustawiłam go na szafce, przesuwając jednocześnie tabletki i telefon do tyłu. Odpaliłam komputer. Oprałam się czołem o klawiaturę, czekając, aż urządzenie będzie gotowe do pracy. Po chwili uruchomiłam komunikator. Miałam problem z zalogowaniem się, bo dopiero za trzecim razem udało mi się poprawnie wprowadzić hasło. Usłyszałam znajomy dźwięk. Tradycyjnie kliknęłam migający w rogu dymek.
— Mój Boże — wydusił blondyn, kiedy jego twarz pojawiła się na ekranie. — Ty naprawdę jesteś chora.
— Co? — odparłam, mrużąc oczy. Następnie okryłam się szczelnie kołdrą.
— Przed chwilą gadałem z Oscarem — powiedział powoli Luke, nie odrywając ode mnie błękitnych oczu. Na jego twarzy malował się niepokój, a ja zaczęłam wyobrażać sobie najgorsze. — Powiedział, że jesteś chora. Ty i Sharon. 
Uniosłam brwi. W tym momencie miałam ochotę ryknąć śmiechem, ale się powstrzymałam. Wiedziałam, że moja głowa tego nie zniesie.
— Martwiłem się, że to coś poważnego. Ale nie wyglądasz, aż tak źle.
— Raczej nie umieram — powiedziałam z lekkim uśmiechem. — Oscar ściemnia.
— Jak to ściemnia?
— Z tą całą chorobą — odparłam, opierając głowę o rękę. — Wkręcił cię i tyle.
— To skąd... — Machnął ręką przed ekranem.
— Mój stan? — Przytaknął. — Na własne życzenie — odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Nie będę zgrywać świętoszki. Po prostu trochę nas wieczorem poniosło.
— Impreza? — dopytał Hemmings. Kiedy kiwnęłam głową, chłopak zaczął się śmiać. — W sumie to można było przewidzieć.
— Życie mnie sponiewierało — powiedziałam, odgarniając z twarzy rozczochrane, brązowe włosy. — Jakoś nie umiałyśmy znaleźć limitu.
— Mój Boże — mruknął i ponownie zaczął się śmiać.
— Ale miałyśmy dobry powód — oznajmiłam, unosząc palec do góry.
— Zdradź jaki.
— Victorię rzucił facet. Chciała się rozerwać, więc wyszłyśmy na miasto.
— I trzeba było was zbierać z chodnika?
— Nie aż tak — powiedziałam z uśmiechem. — To znaczy, Victorię musiałyśmy przetransportować do domu, bo faktycznie zaniemogła. Ja i Sharon wróciłyśmy do mnie o własnych siłach.
— Czyli jest u ciebie Sharon?
— Śpi w drugim pokoju.
— Już nie śpi — usłyszałam głos, dochodzący z drugiego końca pomieszczenia.
Wyjrzałam za monitor i spojrzałam na przyjaciółkę. Blondynka owinięta była kołdrą po sam nos. Miała bladą twarz i podkrążone oczy. Poczłapała w moją stronę, a następnie rzuciła się na łóżko z głośnym plaśnięciem.
— Cześć, Australia — wychrypiała dziewczyna.
— Patrząc tak na was, zaczynam wątpić w tę drogę o własnych siłach — odparł Hemmings. — Cześć, Sharon.
— Oscar wysłał cię na przeszpiegi? — zapytała, wynurzając głowę spod kołdry.
— Nie.
— Ależ oczywiście, że tak — odparła z pewnością w głosie. — Wy i te wasze teorie spiskowe.
Uniosłam brwi i powoli odwróciłam głowę w stronę przyjaciółki. Blondynka zerknęła na mnie przekrwionymi, zielonymi oczami. Byłam pewna, że wyglądam podobnie. Dwie kosmitki, dwie balangowiczki. Ale raz się żyje, nie?
— Ja nic nie wiem — odparł Luke, unosząc ręce, ale na jego twarzy pojawił się zdradziecki dla jego płci uśmiech.
— Ta... — mruknęła Sharon i padła na poduszki z cichym jękiem.
— A tak w ogóle nie powinniście być teraz na zajęciach? — zaczął Hemmings.
— Słyszę ojca! — warknęła blondynka, a ja zaczęłam się śmiać. — Litości, Malia... mózg mi pęka. — To spowodowało, że wybuchłam śmiechem jeszcze bardziej.
— Więc? — dopytał.
— W tym momencie — zaczęłam, ale Sharon szybko mi przerwała.
— Mamy to gdzieś. Jesteśmy zombie. Zombie są zwolnione z nauki — wyrecytowała, znów podnosząc głowę i wlepiając oczy w monitor, na którym Luke zaczął odprawiać swoją salwę śmiechu. — A ty nie powinieneś być w szkole, drogi chłopcze?
— Dla twojej wiadomości, zombiaku, u mnie już jest wieczór.
— Czemu Oscar nie jest w szkole? — wypaliła, a ja zrobiłam wielkie oczy, nie widząc związku między jednym a drugim.
— Zaspał.
— Ha! A nie mówiłam. Szpieguje nas.
— To niczego nie dowodzi — powiedział Luke z uśmiechem.
— Za dużo telewizji i internetu, Sharon — zacmokałam, a przyjaciółka po raz kolejny jęknęła.
— Ale... — zaczął Hemmings i przybliżył się do monitora, przez co jego twarz była jeszcze wyraźniejsza. — Facet od biologii w końcu oddał nam poprawki. Już myśleliśmy, że je gdzieś zapodział i będzie trzeba pisać jeszcze raz.
— I jak?
— Zaliczone — odparł z triumfem.
— A chłopaki?
— Tak samo.
— Ekstra!
— Wiedz, że jesteśmy ci wdzięczni.
— No łatwo pewnie nie było — odezwała się blondynka, zezując na Hemmingsa. Luke przekręcił oczami. — Gratuluję — mruknęła i w tym momencie głośno beknęła.
— Sharon! — Wybuchłam niepohamowanym śmiechem, a po chwili dołączył do mnie Luke.
— Przeproszę was na chwilę — odparła, a jej twarz zrobiła się jeszcze bardziej biała. — Ale chyba muszę pilnie porozmawiać z toaletą.
I zanim zdążyłam się zorientować, zerwała się z łóżka i szybko wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi z lekkim trzaśnięciem. Powoli, jak w zwolnionym tempie, odwróciłam się z powrotem w stronę laptopa. Luke z uniesionymi brwiami, wlepiał we mnie błękitne oczy. Zauważyłam, jak zadrgały mu kąciki ust. Zacisnął wargi, a następnie zaczął chichotać pod nosem.
— To jest mało śmieszne — odparłam, sama starając się nie śmiać.
— Nie jest — powiedział, siląc się na poważny ton. — Stwierdzam... za dużo alkoholu. Ile żeście tego wypiły?
— Nie wiem.
— A co piłyście?
— Wódkę i tequilę. Przynajmniej ja na tym skończyłam.
Blondyn zmierzył mnie wzrokiem i ponownie wybuchł śmiechem. Wzruszyłam ramionami i się uśmiechnęłam. Ból głowy powoli przechodził i byłam pewna, że jeszcze trochę, a wrócę do normalnego stanu. A Sharon... Sharon chyba potrzebowała więcej czasu na dojście do siebie po wczorajszym wyjściu.



***
Rozdział typowo przejściowy, ale przygotowujemy się do wysłania Malii do Australii :D Ale wychodzę z założenia, że czasem i takie rozdziały są potrzebne. 
Pozdrawiam!

#twżpns

2 komentarze:

  1. Luke jaki troskliwy haha a dziewczyny po prostu zabalowały. Sharon widać będzie musiała to bardziej od chorować :) aż można śmiało ich zacytować : good girls are bad girls hhahahah. Czekam oczywiście na dalszą część; ) pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahah dobre podsumowanie dziewczyn :D Niestety, ale kaca mordercę trzeba przeżyć :)

      Usuń