poniedziałek, 27 kwietnia 2015

S1 - Rozdział 13

Sydney, 1 sierpień 2012 roku


       Od samego rana biegałam po domu i zbierałam potrzebne mi rzeczy. Dziś wylatywałam do Australii i byłam tym faktem naprawdę mocno podekscytowana. Nie chcąc niczego zapomnieć, co chwilę sprawdzałam walizkę, czy na pewno wszystko mam. Jakby w Australii nie było sklepów…
       Na lotnisko odwiozła mnie Sharon, która podczas mojej nieobecności ma się zająć moim mieszkaniem. Przyjaciółka dzielnie pomagała mi w tej wyprawie. Na miejscu znalazłam się punktualnie i po długim pożegnaniu – jakbym wyjeżdżała na rok- przyszedł czas na odprawę, a następnie na ulokowanie się w samolocie. Czekała mnie dość długa podróż, bo w Singapurze miała się odbyć przerwa techniczna, a cały lot miał potrwać około dwudziestu dwóch godzin. W końcu po piątej samolot ruszył, a ja niedługo potem mogłam rzucić okiem na piękną panoramę Londynu.

      Pierwsza część podróży minęła mi dość spokojnie. Nawet to ciągłe siedzenie mi nie doskwierało. Czytałam książkę, poznałam miłego pana po czterdziestce, który okazał się być lekarzem, więc szybko załapaliśmy wspólny temat o medycynie i ratownictwie medycznym, porozwiązywałam krzyżówki, które zapakowała mi Sharon.
        Po przerwie technicznej, podczas której można było rozprostować nogi i coś przekąsić, długa podróż powoli zaczynała mi się dawać we znaki. Siedzenie nie było już tak miłe, jak przedtem, a ja czułam się coraz bardziej zmęczona. Adrenalina z powodu mojego wyjazdu gdzieś tam jednak we mnie dalej buzowała, uniemożliwiając zmrużenie oka, choć na chwilę. W końcu udało mi się znaleźć wygodną pozycję dla mojego ciała, a nawet odbyć dość długą drzemkę. Obudziłam się nad Australią. Teraz celem było Sydney.

       Wysiadłam lekko zdrętwiała, ale zadowolona, że lot w końcu dobiegł końca. Pierwsze, co we mnie uderzyło, to parne powietrze i dość przyjazna pogoda. Razem z tłumem ludzi, udałam się po odbiór bagażu.
       Na hali przylotów panował przyjemny chłód, a ludzi było jeszcze więcej. Ciągnęłam za sobą czarną walizkę, rozglądając się na boki. Starając się na nikogo nie wpaść, szłam w kierunku drzwi. Wśród masy ludzi - rodzin, przyjaciół i innych osób odbierających podróżnych -starałam się wyłowić tą jedną osobę, dla której tu przyleciałam. Muszę się przyznać do tego, że cholernie nie mogłam się doczekać, kiedy go zobaczę.
- Jeśli szukasz uroczego blondyna, to właśnie go znalazłaś – usłyszałam znany głos za plecami.
       Raptownie odwróciłam się, puszczając walizkę. Przede mną stał Luke. Luke z krwi i kości, a nie wirtualny, jakiego od dłuższego czasu mogłam oglądać przez internet. Na jego twarzy widniał tak dobrze znany mi uśmiech. Ja również szeroko się uśmiechnęłam.
- Właśnie szukałam kogoś takiego, jak ty – odpowiedziałam, podchodząc do niego.
- To dopisało mi szczęście – pociągnął, a następnie uniósł brwi do góry. – Będziesz tak stać i się na mnie gapić, czy w końcu się ze mną przywitasz?
       Zaśmiałam się pod nosem, a następnie dosłownie wskoczyłam mu w ramiona. Objęłam jego kark rękami, a Luke wtulił głowę w moje ramię. Przycisnął mnie do siebie mocniej, a ja niemalże zaciągnęłam się zapachem jego perfum.
- Nie mogłem się doczekać. Tęskniłem – powiedział cicho, przystawiając swoje usta do mojego ucha. Jego oddech był ciepły, a głos przyjemny.
- Ja też i to bardzo– odpowiedziałam szeptem.
       Wyplątaliśmy się ze swoich rąk i znów spojrzeliśmy na siebie. Blondyn na nowo zawiesił szeroki uśmiech na twarzy, a w jego policzkach pojawiły się dołeczki. Zmierzyłam go szybko od góry do dołu – zatrzymując wzrok na czarnych spodniach i białej koszulce z Green Day’em.
- Idziemy. Moja mama szykuje kolację – odezwał się ponownie, biorąc ode mnie walizkę.
       Ruszyłam za nim w stronę ruchomych drzwi. Wyszliśmy na zewnątrz, a we mnie znów uderzyło cieplejsze suche powietrze. Mimo to, było całkiem przyjemnie. Luke poprowadził mnie w stronę parkingu. Już myślałam, że znalezienie samochodu będzie graniczyło z cudem, bo parking był prawie cały zawalony, ale blondyn pewny siebie szedł w jedno konkretne miejsce.
        Zatrzymaliśmy się przy czarnym Audi. Luke otworzył go, a następnie szybkim ruchem wrzucił moją walizkę do bagażnika. Kiwnął mi głową i oboje wsiedliśmy do środka. Zapięłam pasy i spojrzałam na blondyna.
- Co?
- Muszę się na ciebie napatrzeć – odpowiedziałam, a on zareagował śmiechem.
- Masz na to dużo czasu.
- Dlatego zaczynam od teraz.
        Hemmings uśmiechnął się. Odpalił silnik i po chwili włączyliśmy się do głównego ruchu, który zmierzał w stronę centrum miasta.

        Rozmawiając z Lukiem, jednocześnie podziwiałam Sydney, które prezentowało się naprawdę ciekawie. Choć dla innych mogło to być zwykłe miasto, ja nie chciałam, by umknął mi jakiś szczegół. Były tu drapacze chmur, a także liczna roślinność. Co jakiś czas migała mi błękitna woda, która ciągnęła się, aż po horyzont. Po jakimś czasie wyjechaliśmy na obrzeża miasta, a Luke skręcił w jedną z dzielnic.
        Samochód zatrzymał się na podjeździe, tuż przed białym dwupiętrowym domem. W jednym z prostokątnych okien, które znajdowało się na parterze, zobaczyłam jakiś ruch. Odpięłam pas i wysiadłam na zewnątrz. Poczułam delikatny wiatr na twarzy.
        Blondyn okrążył samochód i wyciągnął z bagażnika moją walizkę. Oparłam się o maskę, zerknęłam w jego kierunku i zwiesiłam głowę. Usłyszałam dźwięk kółek i jego kroki, które zbliżyły się do mnie.
- Co się stało? – zapytał. Spojrzałam na niego i westchnęłam ciężko. – Malia?
- Jestem rozczarowana – odparłam, krzyżując ręce na klatce piersiowej i kręcąc jednocześnie głową, jak małe dziecko.
- Rozczarowana? – Luke zrobił wielkie oczy. – Czym?
- Australią.
- Pod jakim względem?
- Że macie tu takie duże miasto, a nie jakąś dżunglę i byłam pewna, że każdy ma tu w ogródku chociaż po dwa kangury – odpowiedziałam zawiedzionym tonem. Kąciki jego ust lekko drgnęły, a następnie Heminngs ryknął śmiechem.
- Już myślałem, że naprawdę coś się stało – rzucił i lekko puknął mnie w ramię, kiedy uśmiechnęłam się do niego szeroko. – Chodźmy, bo pewnie moją mamę roznosi.
- Chyba widziałam ją w oknie – odparłam, wskazując na dom.
- Nie zdziwiłbym się, gdyby nadal w nim siedziała.
- Niczym przyczajony agent?
- Dokładnie – rzucił ze śmiechem, a następnie ruszył w stronę drzwi. Poszłam w jego ślady i szybko zrównałam się z nim.
        Luke otworzył drzwi i przepuścił mnie pierwszą. Weszłam do dużego salonu połączonego z kuchnią. Na końcu po lewej stronie znajdowały się schody na górę. Pomieszczenie lśniło czystością, a w powietrzu unosił się przyjemny zapach przypraw. Poczułam się głodna.
- Malia! – Usłyszałam krzyk i zza filara, który oddzielał kuchnię od reszty pomieszczenia. Stamtąd wyłoniła się matka chłopaka.
- Liz – powiedziałam, podchodząc do niej. Wyciągnęła do mnie ręce, a następnie przytuliła do piersi, jak własne dziecko.
- Jak podróż? – zapytała, spoglądając na mnie.
- Nieco męcząca, ale do przeżycia – odpowiedziałam z uśmiechem.
- Witamy w Sydney.
        Odwróciłam się. Ojciec blondyna schodził po schodach. Na jego twarzy również gościł szeroki uśmiech. Podszedł do mnie i uściskał, jednocześnie lekko klepiąc mnie po plecach.
- Nic się nie zmieniłaś – powiedział, mierząc mnie od góry do dołu.
- Staram się konserwować na przyszłość – odpowiedziałam, a on odpowiedział śmiechem. – Ty też się nie zmieniłeś.
- Bo ja już zakonserwowałem się na przyszłość.
- Andrew przynieś napoje. Luke – Liz wskazała na syna – pokaż Malii jej pokój. Za chwilę kolacja.
        Blondyn pokiwał głową, a następnie oboje ruszyliśmy w stronę schodów. Weszliśmy na górę, słysząc, jak Liz dalej dyryguje swoim mężem. Zaśmiałam się pod nosem. Byli naprawdę świetnym małżeństwem.
        Na holu znajdowały się identyczne drzwi. W sumie było ich cztery. Jedne na samym końcu korytarza, trójka po drugiej stronie. Luke zatrzymał się przy drugich. Otworzył je i wszedł do środka. Poszłam za nim. Moim oczom ukazało się prostokątne, jasno zielone pomieszczenie z dużym ciemnobrązowym łóżkiem. Stała tam długa szafa oraz biurko. W pokoju był także telewizor i zielony dywan. Na ścianach wisiały kolorowe plakaty i obrazy w antyramach. Główną tematyką były rugby. Na regale z książkami, znajdowała się piłka i kilka innych figurek prezentujących graczy.
- To pokój mojego brata – powiedział Luke, stawiając moją walizkę przy łóżku.
- Nie będzie miał nic przeciwko?
- Nie. Zresztą już tu nie mieszka. Tam jest łazienka – wskazał na białe drzwi po prawej stronie. – Jest połączona z drugim pokojem, mojego drugiego brata, ale on też już się wyprowadził, więc będziesz mieć spokój.
- W domu zostałeś, tylko ty – rzuciłam, rozglądając się.
- Dokładnie. Czuj się, jak u siebie.
- Dzięki. - Odwróciłam się i uśmiechnęłam do niego. Odwzajemnił uśmiech. – Odświeżę się trochę i zaraz zejdę.
- Jasne.
        Kiedy Luke wyszedł, napisałam szybko sms-a do Sharon z wiadomością, że dotarłam do Sydney cała i zdrowa. Następnie rzuciłam walizkę na łóżko i wygrzebałam z niej czyste rzeczy. Poszłam do śnieżnobiałej łazienki i wzięłam szybki prysznic.

        Zeszłam na dół w tym samym momencie, w którym Liz kładła na stół olbrzymią pieczeń. Na sam jej widok, aż przełknęłam ślinę. Żarcie w samolocie nie było złe, ale domowa kuchnia jest i tak najlepsza. Usiedliśmy do stołu i po chwili wszyscy pogrążyli się w rozmowie i jedzeniu.
        Po kolacji oraz po deserze – pyszne lody, owoce i bita śmietana – byłam tak objedzona, że miałam wrażenie, że zaraz pęknę. Było już po dziesiątej, kiedy wstaliśmy od stołu. Liz zaczęła znosić do kuchni brudne talerze, więc i ja złapałam za naczynia i ruszyłam za nią. W pewnym momencie kobieta odwróciła się i spojrzała na mnie.
- Żadnego sprzątania! – krzyknęła, a ja aż podskoczyłam. Zamarłam z naczyniami w rękach.
- Ja tylko…
- Jesteś naszym gościem – ciągnęła Liz z uśmiechem.
- Ale ja chętnie pomogę.
- Jesteś po ciężkiej podróży. Żadnego pomagania.- Już otwierałam usta żeby odpowiedzieć, ale Liz szybko dodała. – To dzisiaj żadnego pomagania, pasuje? – Zaśmiałam się pod nosem i pokiwałam głową. Kobieta uśmiechnęła się szeroko i przejęła ode mnie brudne naczynia.
- Powinnaś się porządnie wyspać. Zmiana czasu jest zdradliwa – powiedziała, a ja kiwnęłam głową. Emocje opadły, a ja faktycznie czułam się zmęczona.
         Odwróciłam się i wyszłam z kuchni. Pożegnałam się z jej mężem. Luke'a nigdzie nie było. Ruszyłam na górę. Weszłam do pokoju i uniosłam brwi do góry. Blondyn siedział na moim łóżku i ewidentnie na mnie czekał.
- Co się tak cieszysz?- rzuciłam, widząc jego szeroki uśmiech.
- Słyszałem, że moja mama cię pogoniła – odparł ze śmiechem. Kiwnęłam głową. – Ona tu rządzi.
- W to nie wątpię. Ale nie lubię przywilejów. Zresztą i tak gościcie mnie u siebie przez długi czas, więc korona mi z głowy nie spadnie, jak chociaż po sobie posprzątam. – Luke przekręcił oczami. Prychnęłam pod nosem, a następnie zaśmiałam się na widok jego miny.
- Nie mogę uwierzyć, że naprawdę tu jesteś – powiedział, kiedy podeszłam do walizki, która leżała obok niego.
- Nie mogłeś się doczekać? – zapytałam, uśmiechając się pod nosem.
- Nie mogłem. Odliczałem dni do twojego przyjazdu.
- Ooo… To słodkie – powiedziałam, a Luke skrzywił się. Zaczęłam się śmiać. – Jak tam w ogóle w pracy?
- Bez zmian. Tata dał mi wolne na czas twojej wizyty.
- Taki dodatkowy bonus? – Luke kiwnął głową. – Fajnie. Kiedy posłucham 5 Seconds of Summer?
- Widzę, że aż cię skręca.
- Dziwisz się? Jestem waszą fanką – powiedziałam, a chłopak zaczął się śmiać. – Serio, jestem! I nawet kumpluję się z jednym z gitarzystów!
- Nie kumplujesz, a przyjaźnisz. To taka drobna uwaga. Nie ściągaj naszej relacji na niższy poziom.
- Mój błąd – powiedziałam, klepiąc go po głowie.
         Nagle blondyn złapał mnie za ramię i pociągnął w swoją stronę. Wylądowałam w jego wyciągniętych ramionach, a on dla zabawy zmierzwił mi włosy na głowie, przez co niektóre z nich zaczęły sterczeć w przeróżnych kierunkach.
- Luke!
- Dodatkowy przytulas na powitanie – powiedział ze śmiechem, a następnie puścił mnie. Uklepałam włosy i spojrzałam w jego błękitne oczy, które miały w sobie wesołe iskierki. – Witaj w Australii Anglio.



4 komentarze:

  1. No, w końcu się znów spotkali. Już się doczekać nie mogłam, kiedy ich połączysz, choć jak na razie parą nie są, ale ja myślę, że to kwestia czasu :) liczę na to, bo pasują do siebie . Motyw z kangurami mnie rozwalił. Czekam na ciąg dalszy. Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musiałam wcisnąć te kangury, nie mogłam się powstrzymać :D No, tego to ja nie powiem... Nic nie zdradzę:D

      Usuń
  2. No w końcu doczekałam tego, z czym tak długo zwlekałaś! <3 Spotkali się, no nie mogłam wyczekać tego momentu, serio. Teraz tylko oczekuję spotkania z zespołem, wyczuwam jakieś świrnięte akcje, bo w końcu czego by tu się spodziewać po naszych chłopcach, hm?
    Pozdrawiam i życzę weny! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, wiem, trochę to przedłużyłam, ale celowo :D A reszta chłopaków szybko się pojawi - tylko tyle powiem :)

      Usuń