poniedziałek, 4 maja 2015

S1 - Rozdział 14

Sydney, 2 sierpnia 2012 roku


       Otworzyłam oczy. Powoli usiadłam na łóżku. Przeciągnęłam się i odgarnęłam z twarzy brązowe kosmyki włosów. Musiałam to przyznać – wyspałam się. Czułam się naprawdę wypoczęta i pełniejsza energii niż zazwyczaj. Wyskoczyłam z łóżka, zabrałam rzeczy i poszłam doprowadzić się do tak zwanego stanu używalności.
       Kiedy wyszłam na hol, pierwsze co we mnie uderzyło to niesamowita cisza. Domyśliłam się, że Liz i Andrew są w pracy. Byłam ciekawa czy Luke nadal śpi. Podeszłam, więc do drzwi obok, które wczoraj wskazał, informując mnie jednocześnie, że tam go znajdę. Cicho zapukałam, a następnie otworzyłam je. Szybko spojrzałam na łóżko, ale ono okazało się być puste.
       Nigdy nie byłam w pokoju Luke'a, a tylko jego niewielki fragment widziałam z czujnego oka kamery komputerowej. Dlatego z nieukrywaną ciekawością weszłam do środka. Rozglądając się na boki, stanęłam niemalże na środku pomieszczenia. W pokoju dominował kolor niebieski, który wcale mnie nie dziwił, bo od dawna wiedziałam, że to ulubiony kolor blondyna. Ściany były lekko błękitne, narzuta na łóżku w odcieniu morskim. Biurko z komputerem stało tuż przy dużym oknie. Znajdowała się tu także długa, identyczna, jak w pokoju jego brata szafa. Na komodzie stały kolorowe pingwiny, zarówno te pluszowe, jak i gipsowe. Na ścianach oprócz plakatów muzycznych włożonych w antyramy, zawisła także kolekcja różnych kostek do gitary. Zaś po drugiej stronie wisiała prawdziwa gitara akustyczna. W rogu natomiast stała elektryczna wersja tego instrumentu. Był to typowy pokój chłopaka muzyka.

***
       Słyszał, jak ktoś kręci się po pokoju. Cicho otworzył drzwi i spojrzał na dziewczynę, która wpatrywała się w jego gitarę. Skrzyżował ręce na klatce piersiowej i uśmiechnął się pod nosem. Nie wiedziała, że w pokoju nie jest sama. Spojrzał na jej rozpuszczone lekko skręcone włosy, błękitną luźną koszulkę z krótkim rękawkiem i dżinsowe spodenki, które odsłaniały jej zgrabne nogi. Na stopach miała kolorowe japonki. Zaśmiał się cicho pod nosem, a następnie odezwał.
- To moja pierwsza gitara.

***
       Podskoczyłam słysząc jego głos. Raptownie odwróciłam się, robiąc się lekko czerwona na twarzy. Czułam się złapana na gorącym uczynku, na łażeniu po cudzym królestwie. Blondyn wyłonił się z białych drzwi, za którymi skrywała się łazienka. Zupełnie nie przyszło mi do głowy, że najnormalniej w świecie może myć zęby, czy się ubierać.
       Spojrzałam na niego uważniej i uśmiechnęłam się szeroko. Nigdy nie miałam okazji oglądać blondyna w bardziej odsłoniętej wersji. Teraz stał przede mną goły od pasa w górę, a ja na dłuższą chwilę zatrzymałam się na jego brzuchu i klatce piersiowej.
- Chciałam tylko sprawdzić, czy jeszcze śpisz, ale jak weszłam…
- Nie mogłaś się powstrzymać – powiedział, przerywając mi. – Nic się nie stało.
- To też twoja pierwsza gitara? – Wskazałam na czerwony instrument, stojący w rogu.
- Ta jest druga. Pierwszą elektryczną gitarę dosłownie zdeptał mój ojciec – odpowiedział, a ja parsknęłam śmiechem. – Serio… Mieliśmy remont, mój brat wynosił sprzęty. Niósł też moją gitarę, która nagle wyleciała mu z rąk, a mój tata po prostu na nią wszedł.
- Biedna gitara. Wnioskuję, że nie przetrwała.
- Nie przetrwała. Poryczałem się, jak typowy dzieciak, którym byłem. – Zaśmiałam się, a Luke uśmiechnął szeroko. – Miałem wtedy dziewięć lat. Masz jeszcze jakieś pytania?
- O kolekcję pingwinów nie będę się pytać – rzuciłam ze śmiechem, wskazując na komodę. – Wiem, że je lubisz. To, co kawa i śniadanie?
- Wyjęłaś mi to z ust – odpowiedział i sięgnął po czarną koszulkę. Wciągnął ją na siebie i podszedł do mnie.
- Wiesz, nie musiałeś się ubierać – powiedziałam, kierując się w stronę drzwi. Odwróciłam głowę w jego stronę i uśmiechnęłam się pod nosem. – Miałam całkiem ładny widok. – Luke zaśmiał się i oboje wyszliśmy z pokoju.
       Zeszliśmy na dół, a następnie skierowaliśmy się do kuchni. Blondyn szybko poinstruował mnie, w których szafkach, co znajdę. Wstawiłam wodę na kawę, a chłopak już podchodził do lodówki, kiedy rozległo się łomotanie do drzwi – i to dosłownie, bo pukania to raczej nie przypominało. Uniosłam brwi do góry i utkwiłam wzrok w plecach Luke'a, który ruszył, aby je otworzyć.
       Kiedy to zrobił, usłyszałam kilka głosów na raz. Głosy te szybko rozpoznałam. W salonie właśnie zjawili się pozostali członkowie 5 Seconds of Summer. Znałam ich tylko z internetu, ale nie mogłam się doczekać, aby ich poznać w realnym świecie. Ostawiłam kubek na blat i zerknęłam w ich kierunku. Pierwszy zauważył mnie Calum. Utkwił we mnie swoje ciemne oczy i uśmiechnął się szeroko.
- Jest i ona! – powiedział, co spowodowało, że i pozostali spojrzeli w moją stronę.
- Dziewczyna z komputera, nie jest już dziewczyną z komputera – odezwał się Michael, który na głowie prezentował nowy kolor włosów. Ostatnio, jak go widziałam były w odcieniu ciemnego blondu z rozjaśnionymi końcówkami. Teraz jego dość chaotyczna, ale charakterystyczna dla niego fryzura nosiła barwę głębokiego granatu. Obok niego stał Ashton z czerwoną bandaną na głowie. Wszyscy wyglądali o wiele lepiej niż w internecie. Przystojne chłopaki, nie ma co.
- Dobrze was widzieć poza ekranem – powiedziałam, podchodząc do nich.
- Ciebie też – rzucił Calum. – Jesteś realna.
- W też.
- Przywitajmy się, jak dobrzy znajomi – odparł Michael i najnormalniej w świecie objął mnie. Odwzajemniłam ten gest.
- Jak i on, to ja też – skwitował Ash i jego również uściskałam. Wyprostowałam się i dosunęłam od nich.
- A ja to co, obcy? – zapytał Cal. Uśmiechnęłam się, podeszłam do niego i również go objęłam. – Teraz oficjalnie jesteśmy funflami.
- Pasuje – odparłam, stając obok Luke'a, który zadowolony obserwował tą wymianę kumpelskiej czułości między osobami, które poznały się w internecie.
- Co robicie? – zapytał Michael.
- Właśnie chcieliśmy robić śniadanie – powiedziałam, wskazując na kuchnię.
- Chyba ty miałaś robić śniadanie – rzucił Ashton. – Bo nie uwierzę w to, że Luke nauczył się gotować.
       Spojrzałam na blondyna, który przewrócił oczami. Następnie poszedł do kuchni, a my ruszyliśmy za nim. Słyszałam, jak Michael zachichotał pod nosem.
- Luke nie umie gotować? – odezwałam się, zerkając na blondyna, który powyciągał dodatkowe kubki z szafki.
- Umiem – odpowiedział po chwili, co wywołało śmiech u jego przyjaciół.
- Lu robienie kanapek nie podpina się pod gotowanie – skwitował Calum.
- Oczywiście, że się do tego zalicza – ciągnął temat Hemmings. Mulat pokręcił głową. – Ależ tak!
- Będziecie się tak kłócić, czy zaczniemy robić coś do jedzenia? – wtrąciłam się, otwierając lodówkę. – Jestem głodna.
- Nie tylko ty – powiedział Michael. – Chętnie coś wrzucę na ruszt.
- Zróbmy kanapki – odezwał się Ash. – Będzie szybciej.
- To ja zrobię kawę, a wy kanapki – zaproponowałam, a oni o dziwo się zgodzili. – Wszyscy kawa, czy ktoś ma inne życzenia?
- Kawa! – odparli chórem.
       Zamieniłam się z Lukiem miejscami, aby mieć dostęp do czajnika i szafki z kubkami. Postawiałam je w rządku i zaczęłam wsypywać kawę. Musiałam zapamiętać, kto ile czego sypie, bo każdy tu miał inne preferencje. Chłopaki rozstawili się na stole i zabrali do roboty. W ruch poszedł ser, Nutella, szynka, pomidory i inne rzeczy, które można było położyć na chleb. Zaczęli robić tak różnorodne kanapki, że każdy znajdzie wśród nich coś dla siebie.
- Kanapeczkę? –zapytał z uśmiechem Ash, który pojawił się nagle tuż obok mnie. 
       Spojrzałam w jego brązowe oczy i kiwnęłam głową. Podsunął mi pod nos biały talerz, na którym samotnie spoczywała kanapka z czymś brązowym na górze. Wyglądało to, jak źle rozprowadzona Nutella. Niewiele myśląc złapałam za nią i od razu ugryzłam. 
       Pierwsze, co poczułam to słony smak, jakbym miała w buzi całą butelkę maggi, która rozchodzi ci się po języku i zębach. Skrzywiłam się. Chłopaki ryknęli śmiechem. W ustach nagromadziła mi się ślina, która sprawiła, że owe słone coś jeszcze bardziej rozprzestrzeniło się po całej buzi. Nie dałam rady tego przełknąć i niewiele myśląc, odwróciłam się i wyplułam to na rękę. To wywołało jeszcze większy wybuch śmiechu.
       Małym palcem otworzyłam szafkę i wyrzuciłam kawałek rozmoczonej kanapki do śmietnika. Umyłam rękę. Następnie chwyciłam za sok jabłkowy, wlałam go do pustego kubka i wypiłam całą jego zawartość. Słony smak nadal utrzymywał się w ustach, ale na szczęście było go już znacznie mniej. Odwróciłam się w stronę chłopaków, a ci dalej chichotali pod nosami.
- Co to było? – wydusiłam z siebie.
- Nasze słynne Vegemite – poinformował mnie Calum.
- Nie mogliśmy się oprzeć – dodał Michael.
- Jak to można jeść – rzuciłam, a na samą myśl, aż przeszły mnie ciarki.
- Jest dobre. Coś jak wasze Marmite – odparł Luke. 
       Podszedł do mnie, zabrał mi nadgryzioną kanapkę, którą po chwili w całości pochłonął. Skrzywiłam się i zabrałam za zalewanie kawy. Nigdy nie lubiłam Marmite.
- To taki chrzest bojowy na powitanie – powiedział Ashton. – Nie do końca zaliczony, ale ci wybaczamy.
- Dobrze wiedzieć – odparłam, podchodząc do nich i stawiając na stole pierwsze kubki z kawą. Luke pomógł mi przetransportować następne.
- Kanapeczkę? – zapytał ze śmiechem Michael, wskazując na talerz z kolejnymi brązowymi kanapkami.
- Fuj – mruknęłam.
- Akurat to jest Nutella, ale jak tam chcesz – powiedział. Już wyciągał rękę by chwycić za jedną, kiedy porwałam talerz ze stołu i przyjrzałam się dokładnie proponowanym przez niego kanapkom. – Ej! Podziel się.
- To jest faktycznie Nutella – odparłam, odkładając talerz i biorąc jedną kanapkę. Ugryzłam i poczułam pyszny smak czekolady. – Mmm… Nutella.
- Czy ja bym cię oszukał? – ciągnął dalej Michael, który także złapał za kanapkę.
- Teraz to ja wam nie wierzę – rzuciłam ze śmiechem.

       Zjedliśmy śniadanie. Zabrałam się za sprzątanie, a z pomocną dłonią przyszedł mi Ash, który ogarniał stół i podawał mi brudne naczynia. Pozostali rozsiedli się w salonie i dyskutowali o tym, gdzie powinniśmy teraz iść. A chłopaki mieli trochę pomysłów.
       Umyłam ostatnie kubki przyniesione przez Ashtona, a następne przetarłam stół. W kuchni znów zapanował porządek. Oboje wróciliśmy do salonu, gdy rozległo się kolejne pukanie do drzwi. Luke poderwał się z miejsca. Kiedy otworzył drzwi, dostrzegłam drobną blondynkę z dużym brązowymi oczami. Luke nachylił się i pocałował ją w usta. Domyśliłam się, że w domu zjawiła się Beth. Chłopak wpuścił ją do środka.
       Dziewczyna minęła próg, kiwnęła głową w stronę Michaela i Caluma, całkowicie ignorując Ashtona, który w dalszym ciągu stał obok mnie. Jej ciemne oczy dłużej zatrzymały się na mojej osobie. Uśmiechnęłam się do niej, ale ona tego nie odwzajemniła.
- Beth, to Malia – przedstawił nas Luke.
- Cześć, miło cię poznać. Dużo o tobie słyszałam – wyrecytowałam. Darowałam sobie wyciągniecie ręki, bo coś czułam, że młoda by to najnormalniej w świecie olała.
- Cześć – odezwała się, przeciągając sylabę. – Też dużo o tobie słyszałam. Aż za dużo.
       Jej ton głosu nie był zbytnio entuzjastyczny. Szybko zaczęłam się zastanawiać, co ja jej takiego zrobiłam i jakim cudem, skoro jej nawet nie znam. Usłyszałam, jak Ashton prychnął pod nosem.
- Możemy porozmawiać? – zapytała, spoglądając na blondyna. Hemmings kiwnął głową.
- Zaraz wracamy – rzucił i oboje skierowali się na górę. Kiedy weszli do pokoju, a my usłyszeliśmy zamykane za nimi drzwi, Ash wypuścił głośno powietrze.
- Milusia, co nie – powiedział, spoglądając na mnie.
- Milusia – odpowiedziałam, unosząc brwi do góry. – Chyba z góry mnie nie lubi.
- Witam w klubie – rzucił Ash, siadając na kanapie.
- Co? Ciebie też?
- Wnioskuję, że po prostu jestem zbyt zajebisty na jej progi, a do tego pewnie zazdrości mi włosów – skwitował, a ja i chłopaki wybuchliśmy śmiechem.
- Ale coś w tym jest. Beth jako tako nas trawi, ale na Asha reaguje alergią – odezwał się Calum.
- Nie dziwię się, że i na mnie tak zareagowała – powiedziałam po chwili. – W końcu jestem obcą babą, która kręci się po domu jej faceta.
- Szkoda tylko, że nie dochodzi do niej to, że ty tylko przyjaźnisz się z Lukiem. Myślę, że gdyby w końcu przyjęła ten fakt, to nasz blondas miał by łatwiejsze życie – skwitował Michael.
- Beth to jędza i tyle- oznajmił Ashton.
- Łał, łagodnie dzisiaj o niej mówisz stary – zaśmiał się Calum.
- Lepsze epitety zostawię na koniec – powiedział Irwin i zachichotał pod nosem. Uśmiechnęłam się i usiadłam na skraju sofy.
- A wasze dziewczyny? – zapytałam, spoglądając na chłopaków.
- Ja jestem solo.
- Ja tak samo.
- Ja już też – powiedział Calum. – Na całe szczęście.
- Na szczęście? – pociągnęłam temat, unosząc brwi do góry. – Ciekawe podejście.
- Daj spokój – rzucił, kręcąc głową. – Moja była to totalna psychopatka.
       Pozostali zaczęli się śmiać, a ja w dalszym ciągu oczekiwałam na coś więcej. Utkwiłam swoje brązowe oczy w mulacie. Calum westchnął.
- Z jakieś półtora miesiąca temu się rozstaliśmy, a ona dopiero od niedawna się ode mnie odczepiła. Ciągle myślała, że może do niej wrócę. Teraz na szczęście mam spokój i jestem naprawdę wolnym człowiekiem.
- Co ci takiego zrobiła?
- Była gorsza niż FBI. Wszędzie węszyła, czy gdzieś nie spotykam się z inną. Potrafiła mnie nawet śledzić. – Zrobiłam wielkie oczy. – Przeginała totalnie i to na dłuższą metę było nie do zniesienia. Ciągła kontrola, wieczne telefony i sms-y. Co robisz? Gdzie jesteś? Kiedy się spotkamy? Miałem dość.
- Rany – wydusiłam z siebie.
- Kobieta samo zło –podsumował Michael. Nastała chwila ciszy, a potem wszyscy zaczęliśmy się śmiać.

       Ku nieszczęściu Ashtona, Beth wyruszyła z nami na miasto. Chłopaki zaczęli oprowadzać mnie po tych najfajniejszych miejscach, które warto zobaczyć w Sydney. Luke i jego panna ciągnęli się za nami, a ja miałam wrażenie, że Luke męczy się tak samo, jak i ona. Tylko w jego przypadku było to spowodowane tym, że młoda przejawiała niechęć do wszystkiego, co tylko ja lub Ash zaproponowaliśmy. Dodatkowo Michael i Calum mu nie popuszczali i co jakiś czas, docinali mu z powodu tego małego kryzysu w jego związku. Na całe szczęście odpuścili, zanim blondyn zdążył się porządnie wkurzyć.
       Było po siedemnastej, kiedy postanowiliśmy wybrać się na plażę. Nad wodą nadal było pełno ludzi, a większość z nich wyglądała, jak prawdziwi turyści. Idąc po ciepłym piasku, podziwiałam spokojny ocean, który zachęcał do kąpieli. Jednak na wejście do wody było już najwidoczniej za późno, bo nikt się nie kąpał. Ludzie moczyli tylko nogi, zatrzymywali się na chwilę, by pooglądać widoki, a następnie ruszali w dalszą wędrówkę.
       Naszym celem był pobliski bar z kolorowymi napojami, który został polecony przez Caluma i Michaela. Cała nasza szóstka, kierowała się właśnie w tamtą stronę. Przechodziliśmy koło sklepu dla surferów, z pamiątkami, budki ratowników i stoiska z ozdobami. Zatrzymałam się przy nim, a następnie dałam znać Ashtonowi, że zaraz ich dogonię. Spojrzałam na kolorowe bransoletki i naszyjniki, które można było kupić.
- Można samemu zrobić swoją ozdobę – powiedziała starsza kobieta, siedząca przy niewielkim zastawionym stole. Wskazała na różnokolorowe koraliki, literki, cyferki i inne kształty, które mieściły się w małych przezroczystych pojemniczkach. Pomyślałam przez chwilę, a w głowie zobaczyłam wybrany wzór. Uśmiechnęłam się. Następnie przedstawiłam wizję kobiecie, która szybko i zręcznie zaczęła nawlekać odpowiednie elementy na czarny rzemyk.
       Zadowolona ze swojego niewielkiego zakupu, pozwoliłam by kobieta zawiązała mi ją na nadgarstku. Następnie zapłaciłam i powoli ruszyłam w kierunku pozostałych, którzy zdążyli się rozsiąść przy jednym ze stolików. Spojrzałam raz jeszcze na bransoletkę, która połyskiwała w słońcu. Choć była prosta, to jednak podobała mi się.
       Weszłam na drewniany podest i rzuciłam na ziemię trampki, które od jakiegoś czasu miałam w ręku. Otrzepałam nogi i wsunęłam na nie buty. Zawiązałam sznurówki i podeszłam do chłopaków i Beth, na której twarzy znów pojawiło się niezadowolenie. Ależ ja działałam na tą dziewczynę. Usiadłam między Ashem, a Calumem.
- Zamówiliśmy ci napój – powiedział mulat, przesuwając w moją stronę podłużną szklankę z kolorowym napojem. – Koktajl truskawkowo-waniliowy, może być?
- Jasne.
- Co tam wypatrzyłaś? – Zainteresował się Luke.
       Uśmiechnęłam się szeroko i wyciągnęłam rękę, zadowolona z siebie. Spojrzeli na czarną bransoletkę z czterema kwadratami. Na kwadratach były wytłoczone literki, które układały się w nazwę. Dokładniej w skróconą nazwę ich zespołu. 5SOS. Po obu stronach kwadracików, nawleczone zostały małe nutki.
- Ekstra – rzucił Luke, łapiąc mnie za nadgarstek i dokładnie oglądając mój fanowski gadżet. – Podoba mi się.
- Mnie tak samo – odparł Michael.- Pierwsza bransoletka z naszą nazwą!
- Chyba długo nie będziemy musieli namawiać cię na przyjście na naszą próbę?- zapytał Ashton, zerkając na mnie.
- Nie musicie mnie w ogóle namawiać – odpowiedziałam z nieukrywanym entuzjazmem.
- Mówiłem – odparł Luke z uśmiechem. – Wpadniesz też? – zwrócił się do Beth, która od jakiegoś czasu mierzyła mnie wzorkiem. Ta mała zaczyna mnie naprawdę irytować.
- Jasne. Wpadnę – powiedziała i lekko uśmiechnęła się do swojego chłopaka. Usłyszałam cichy jęk, który wydobył się z ust perkusisty, a ja stłumiłam chęć parsknięcia śmiechem. Szykuje się niezła zabawa.

       Po zjedzonej kolacji przyszykowanej przez Liz, zostałam na dole, aby pomóc jej posprzątać. Tym razem jednak nie wygoniła mnie z kuchni. Sprzątanie upłynęło nam wśród miłej rozmowy. Naprawdę lubiłam tą kobietę.
       Kiedy praca była wykonana, poszłam na górę. Nie weszłam jednak do swojego pokoju. Skierowałam się do pokoju Luke'a. Zapukałam i weszłam do środka. Chłopak właśnie wkładał czyste ubrania do szafy. Jego błękitne oczy spojrzały w moją stronę, a na jego twarzy wymalował się uśmiech. Ten uśmiech, który tak bardzo lubiłam.
- Mogę pożyczyć od ciebie komputer?- zapytałam, opierając się o framugę.
- Jasne. Laptop jest włączony – powiedział, wskazując na biurko.
- Dzięki.
       Podeszłam do biurka i dopiero teraz zauważyłam stojące tam zdjęcia. Dokładniej dwa, oprawione w białe ramki. Na jednym z nich było całe 5 Seconds of Summer, na drugim ja i Luke podczas naszej wspólnej wizyty w londyńskim muzeum figur woskowych. Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej na to wspomnienie. Bez słowa chwyciłam za laptopa i odwróciłam się w stronę chłopaka.
- Oddam, jak skończę.
- Nie spiesz się. Nie jest mi na razie potrzebny.
       Kiwnęłam głową i wyszłam z pomieszczenia. Wróciłam do swojego tymczasowego pokoju. Chwyciłam z biurka podkładkę pod komputer. Położyłam ją na łóżku, a na nim ustawiłam laptopa. Następnie sama wskoczyłam na łóżko. Położyłam się na brzuchu i włączyłam sprzęt. Ekran rozjaśnił się, a ja zobaczyłam tapetę w pingwiny. Szybko odnalazłam komunikator i uruchomiłam go. Wklepałam własny login i hasło, zaimportowałam swoje kontakty i już mogłam z niego korzystać. Wśród znajomych odnalazłam Sharon i zadzwoniłam do niej.
       Po chwili na ekranie pojawiła się moja przyjaciółka, za którą cholernie się stęskniłam. Mimo iż nie było mnie w Londynie dopiero trzy dni, to ja miałam wrażenie, że minęło znacznie więcej czasu.
- Malia! W końcu – powiedziała, a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Co u ciebie?
- Bez zmian. Twoje mieszkanie ma się dobrze. Opowiadaj lepiej, jak tam Australia.
- Podoba mi się. Ten wyjazd to był strzał w dziesiątkę – odparłam z zadowolona.
- Przywieź mi jakiś prezent.
- Oczywiście.
- Coś fajowego…
- Nie rozpędzaj się tak.
- Co już widziałaś?
- Na razie niewiele. Byliśmy dzisiaj na mieście, a potem poszliśmy na plażę.
- A jak Luke? Poznałaś już jego kumpli?
- Luke w porządku i tak poznałam całe 5 Seconds of Summer. Jutro wybieram się do nich na próbę. Miałam też dzisiaj okazję poznać dziewczynę Hemmingsa – rzuciłam i skrzywiłam się. Sharon wybuchła śmiechem.
- Chyba jej nie lubisz.
- Ona mnie nie lubi. Młoda jest wiecznie skrzywiona i niezadowolona. Niestety jest z Lukiem i muszę to jakoś znieść.
- Zazdrosna? – zapytała Sharon, wlepiając we mnie swoje zaciekawione spojrzenie. Machnęłam ręką.
- Zwariowałaś? Po prostu mnie wkurza. Na szczęście mam kompana. Beth nie lubi też Asha, więc między nami zawiązał się pakt.
- Olej ją.
- Taki mam zamiar.
- Niech nie psuje ci wakacji.
- Nie zepsuje, bez obaw – powiedziałam i uśmiechnęłam się. – Na szczęście nie mieszka z Lukiem, więc w domu mam spokój.
       Nagle usłyszałam pukanie. Wychyliłam się znad ekranu. Drzwi powoli otworzyły się i do środka wszedł blondyn.
- Nie przeszkadzam?
- To Luke? – zapytała Sharon. – Elo Australia!
       Kiwnęłam na niego głową, a ten uśmiechnął się i podszedł do łóżka. Przesunęłam się w bok, tak by zrobić mu miejsce. Luke położył się obok mnie i wlepił oczy w ekran.
- Cześć Sharon.
- Mam nadzieję, że dobrze opiekujesz się moją Malią – powiedziała poważnym tonem blondynka. Zaśmiałam się.
- Oczywiście. Wątpisz w to?
- Jak na razie nie.
- Co u ciebie? – zapytał Luke.
- Wszystko tak, jak było. Dzisiaj mam wolne, więc mogę z wami dłużej porozmawiać. Niedługo też ma wpaść Oscar i przytargać, jakieś jedzenie. Jestem głodna i nie jadłam śniadania.
- Biedna Sharon – odparłam, a Luke zaczął się śmiać.
- A wam pewnie pogoda dopisuje… I macie fajnie i ciepło…
- Sharon w Londynie też jest ciepło – rzuciłam, zerkając na nią.
- A zresztą w Australii najcieplej jest w styczniu – poinformował ją Luke. – Ostatnio też ciągle padało, ale Malia przywiozła do nas więcej słońca – dodał, spoglądając na mnie.
- To wolę nie wiedzieć, jak tam może być gorąco – rzuciła przyjaciółka, robiąc wielkie oczy. – Kangury widziałaś? – Luke przekręcił oczami. – Nie mów, że Luke nie ma żadnego w ogrodzie. – Kiedy skończyła, wybuchłyśmy śmiechem.
- Co wy macie z tymi kangurami – mruknął, kręcąc głową.
- Już się nie dąsaj – powiedziałam, obejmując go ręką i klepiąc po ramieniu. Na ustach nadal miałam szeroki uśmiech, a Sharon walczyła z tym, aby znów się nie roześmiać. Biedny Luke…


8 komentarzy:

  1. " – Nie mów, że Luke nie ma żadnego w ogrodzie. – Kiedy skończyła, wybuchłyśmy śmiechem." - tekst rozdziału, hahahaha. :D
    Mi ta cała Beth też działa na nerwy. Malia jest od ciebie sto razy fajniejsza, ty mała papugo kolorowa, lafiryndo ej.
    Bez śmiechu, dobrze, że jest Ash, który też nie trawi dziewczyny, bo lipa by była, gdyby tylko Malia miała z nią na pieńku.
    Sharon moja bratnia dusza <3
    Pozdrawiam i życzę weny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heheh XD Jak widzę tekścior Sharon zrobił swoje hahah No, jakoś tak pomyślałam, że aż tak lipnie na dzień dobry być nie może, więc Ash został jej sojusznikiem :D Dzięki, wena się przyda :D

      Usuń
  2. Są i oooni ;) się doczekać nie mogłam, kiedy chłopaki się pojawią. Calum uwielbiam cię haha ale ją wkręcili :) Beth jest no jest... jaaak można ich nie lubić, ta laska to po prostu kosmitka i tyle. Końcówka przezabawna :) czekam na kolejny rozdział. Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, wiem, jesteś w team Calum Hood :D Cieszę się, że ci się podobało.

      Usuń
  3. Super rozdział :*
    Aston i Manila - najlepsi kompani :p
    Sharon i jej teksty najlepsze :)
    Życzę dużo weny :*
    I nie mogąc się doczekać czekam na next :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że rozdział ci się spodobał. Widzę, że tobie także przypadły do gustu teksty Sharon :) Kolejny rozdział już wkrótce. Dzięki - wena zawsze się przyda :)

      Usuń
  4. Uwielbiam Twojego FF i masz cudowny styl pisania <3 totalnie siedze od 3 godz i czytam�� taka tylko drobnostka to nie możliwe ,żeby był 2 sierpnia,jeśli ostatnio był 1 w Londynie, Sydney strefa ok.+10h i lot 22 godz ��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) Cieszę się, że się podoba :)
      Faktycznie powaliły mi się daty :) - Dzięki za wskazanie błędu :)

      Usuń