środa, 3 czerwca 2015

S1 - Rozdział 18

Sydney, 11 sierpnia 2012 roku


       Niby dużo wczoraj nie wypiłam. Niby to było niewiele. Jedna kolorowe drinki potrafią być naprawdę zdradliwe. Wstając z łóżka nie miałam bólu głowy, ale lekką suszę w ustach i dziwny ciężar w żołądku. Na szczęście nie był to stan, w którym nie da się funkcjonować.
       Zeszłam na dół, słysząc w tle telewizor. Właśnie nadawali, jakieś wiadomości. Ignorując je, weszłam do kuchni, w której krzątała się Liz. Kobieta przywitała mnie żywym dzień dobry i uśmiechając się szeroko, zaserwowała zbawienną kawę. Choć z początku myślałam, że od kofeiny i mleka mój brzuch się przekręci, to jednak nic niepokojącego się nie zdarzyło.
- Macie jakieś plany na dzisiaj?- zapytała, siadając obok mnie.
- Chyba nie – powiedziałam, wzruszając ramionami. – Zwykle wszystko dzieje się spontanicznie.
-  A co powiesz na małe zakupy? – ciągnęła, unosząc brwi do góry. – Ze mną?
- Jasne. Z chęcią się wybiorę.
- Bo jest pewien problem – zaczęła, obejmując dłońmi czerwony kubek z parującą kawą. Pokiwałam głową, dając jej znak, by kontynuowała. – Niedługo mam rocznicę ślubu…
- Super – odparłam z entuzjazmem.
- Problem w tym, że to już niedługo, a ja nie mam sukienki. Andrew zorganizował mały wypad do Brisbane na cały weekend, a tam ma się odbyć nasza kolacja rocznicowa. Tylko we dwoje i takie tam.
- I ja mam ci pomóc?
- A źle bawiłyśmy się ubierając ciebie? – zapytała, śmiesznie poruszając brwiami w górę i w dół. Zaśmiałam się.
- Nie, pewnie, że nie – odpowiedziałam. – Z chęcią pomogę w doborze sukienki.
- To chciałam usłyszeć. Co dwie głowy to nie jedna, a ja nie mam zupełnie koncepcji, jakby mogła wyglądać.
- Możesz na mnie liczyć. Na pewno coś znajdziemy.

       Było około jedenastej, kiedy Luke wyłonił się w końcu ze swojego królestwa i zszedł na dół. Ja w tym czasie korzystałam z pięknego australijskiego słońca i opalałam się w ogrodzie Hemmingsów. W uszach miałam słuchawki i pod nosem podśpiewywałam jedną z piosenek 5 Seconds of Summer, którą kiedyś wysłali mi chłopaki.
       Nagle zorientowałam się, że ktoś nade mną stoi. Nie słyszałam kroków, ani nic, ale jeden z mieszkańców zasłonił mi słońce. Ściągnęłam słuchawki i powoli otworzyłam oczy. Zobaczyłam blondyna z lekkim uśmiechem na ustach.
- Cześć Słońce – powiedziałam i zaśmiałam się pod nosem. – Zasłaniasz mi słońce.
       Luke zaśmiał się, przekręcił oczami i opadł na leżak obok mnie. Przez chwilę słyszałam, jak się na nim kręci. W końcu uniosłam się nieco i spojrzałam na niego. Blondyn wlepiał we mnie swoje błękitne oczy.
- Co jest?
- Moja mama właśnie mi oznajmiła, że mnie olałaś – powiedział, unosząc brwi do góry. Zrobiłam wielkie oczy, nie wiedząc, o co mu chodzi. – Jedziecie razem na babskie zakupy.
- Możesz jechać z nami. Będziemy wybierać sukienkę dla twojej mamy na rocznicę ślubu.
- Daj mi żyć – mruknął ze śmiechem. – Nie jestem samobójcą.
       Prychnęłam pod nosem, co jeszcze bardziej rozbawiło chłopaka. Jego śmiech był zaraźliwy, więc nic dziwnego, że i ja zaśmiałam się wraz z nim. Kiedy się uspokoiliśmy, oboje ułożyliśmy się wygodnie na leżakach i każde z nas wystawiło twarz w stronę słońca.
- Luke – powiedziałam, nie otwierając oczu.
- Hm?
- Ty możesz spożytkować ten czas inaczej – zaczęłam, a myślami wróciłam do jego wczorajszej kłótni z jego panną.
- Co masz na myśli?
- Chyba powinieneś porozmawiać z Beth na spokojnie o tym, co wczoraj między wami zaszło.
- Wiem.
- Więc to dobra okazja, aby to zrobić – odparłam, wzruszając ramionami. Spojrzałam na niego.  – Ja będę na zakupach z nianią w postaci twojej mamy… - Luke zaśmiał się. Ostatnim razem, gdy wychodził z blondynką, to chłopaki pełnili rolę zabawiaczy. – A ty nie martwiąc się o to, czy się nie nudzę, możesz rozwiązać swoje…
- Problemy?
- Nazwij to, jak chcesz – odparłam. Byłam ostatnią osobą, która powinna nazywać Beth problemem, ale… była nim. Luke dobrze wiedział, że ja i ona się nie lubimy, ale nie kopie się przecież leżącego. Tak więc pominęłam to słowo, jak i inne soczyste epitety, które pojawiały się w moich myślach, gdy przed oczami stawała mi Beth. Co tu dużo mówić. Nie znosiłam jej.
- Masz rację. To dobry czas na rozmowę.
- To ustalone – powiedziałam zadowolona, a Luke wyciągnął telefon, by umówić się z Beth.

       Zamiast do galerii handlowej, czy innego wielkiego centrum handlowego, Liz zawiozła mnie do sporej wielkości butiku. Jak się okazało, owy sklep należał do mamy Ashtona, Anne Marie.
Zatrzymałyśmy się na parkingu, w samym sercu Sydney. Gdy tylko wysiadłam z samochodu, doszedł do mnie zgiełk miasta, które żyło własnym życiem. Na chodnikach kłębiły się tłumy ludzi, a liczne auta, wydmuchiwały w powietrze liczne spaliny, co jakiś czas racząc wszystkich głośnym dźwiękiem klaksonu.
       Liz poprowadziła mnie w stronę oszklonego sklepu z damską odzieżą. Na wystawie królowały trzy manekiny, ubrane w pastelowe sukienki do kolan. Przez szybę zauważyłam kilka kobiet, które przechadzały się wzdłuż wieszaków.
       Weszłyśmy do środka, a nasze przybycie oznajmił cicho niewielki dzwoneczek zwieszony nad drzwiami. Kobieta za ladą spojrzała w naszą stronę. Od razu poznałam, że jest to mama Ashtona. Miała identyczne, jak on oczy. Brązowe i przyjazne. Blond włosy spięte miała w luźny kok, na nosie rogowe okulary, a na twarzy miły uśmiech.
- Liz – powiedziała na widok pani Hemmings. – Miło cię widzieć.
- Ciebie również Anne Marie.
- Co cie do mnie sprowadza? – zapytała, wychodząc zza lady. Była szczupłą i niewysoką kobietą, a gdy podeszła bliżej odnalazłam w jej twarzy kilka podobnych cech, które miął jej syn.
- Rocznica ślubu – poinformowała ją Liz. – Muszę kupić sukienkę.
- Zaraz coś wybierzemy – zaczęła, a ja rozejrzałam się po butiku. 
       W środku było przestrzennie, w tle leciała spokojna muzyka. Ubrania wisiały w równych rzędach, a na półkach poustawiano kilka bibelotów i kwiatów, aby nadać temu miejscu bardziej wyszukany wystrój. Odzież, którą można było kupić z pewnością należała do tych bardziej eleganckich i szykownych. Od sukienek, garsonek, po długie suknie i dodatki. Można było dostać oczopląsu. Zaczęłam się zastanawiać, czy podołam takiemu zadaniu, bo to w końcu nie była moja bajka. Na takich strojach znała się Sharon, ale nie ja.
- Anne Marie to Malia, przyjaciółka Luke'a – powiedział Liz, a ja ocknęłam się z własnych myśli. Matka Irwina uśmiechnęła się do mnie szeroko.
- Ashton mi o tobie opowiadał. Jesteś z Londynu?
- Tak.
- Kawał drogi. Wakacje?
- Dokładnie. Nie mogłam przegapić możliwości przyjazdu do Australii – rzuciłam.
- Wiesz już, co byś chciała ubrać? – zwróciła się do Liz, a kobieta wzruszyła tylko ramionami. – Czyli zaczynamy od zera.

       Liz przymierzyła naprawdę masę sukienek, a jedna była ładniejsza od drugiej. Razem z Panią Irwin, chodziłam po sklepie i omawiałyśmy zalety i wady danej kreacji, starając się dobrać coś, co najbardziej będzie pasować do Liz. W końcu mnie samej zaczęło się dwoić i troić w oczach od tych kolorów, koronek i ozdób.
- Co powiesz na tą? 
       Anne Marie wyciągnęła granatową sukienkę do kolan, z ozdobnymi czarnymi wstawkami w okolicy pasa, ramion i biustu. Była elegancka, podkreślająca kobiece kształty, ale nie przesadnie ozdobna i nie fikuśna.
- Podoba mi się. Ma ciekawy krój.
       Razem z Anne Marie i kolejną sukienką, poszłyśmy w stronę przymierzalni, w której siedziała od długiego czasu Liz. Kobieta wręczyła jej kreację, a następnie obie poczekałyśmy, aż blondynka ją założy. Kiedy wyszła, aby nam się zaprezentować, zrobiłam wielkie oczy. To był strzał w dziesiątkę.
- Jest boska – powiedziałam, kiwając entuzjastycznie głową.
- Dobrze podkreśla biust i talię – oznajmiła Anne Marie. – A ty masz, co pokazywać!
- Podoba mi się – odparła Liz, przeglądając się w lustrze. – Naprawdę mi się podoba.
- To chyba sukienkę mamy załatwioną – powiedziałam, mierząc mamę Luke'a od góry do dołu.
- Dodaj do tego te buty i tą torebkę – rzuciła pani Irwin, wręczając Liz czarną kopertówkę i granatowe szpilki.
- Do tego coś na szyję, coś nie za dużego – ciągnęłam swoje, a Liz kiwała głową, jak te pieski zabawki, które kiedyś były tak popularne. – Bransoletka na rękę i jakieś kolczyki. Nie za dużo, co by nie przedobrzyć.
- Uf… - Odetchnęła z ulgą. – Już myślałam, że nic nie znajdę. – A następnie uśmiechnęła się do nas szeroko. Ja i mama Irina pokiwałyśmy do siebie głowami, na znak dobrze wykonanej roboty.

       - Dlaczego nie chcecie jej pokazać? – jęknął po raz kolejny Andrew. Liz przekręciła oczami, a ja parsknęłam śmiechem.
- Nie możesz jej zobaczyć – oznajmiłam z uśmiechem. – Nie będzie wtedy efektu WOW.
- Efektu WOW? – zapytał, unosząc brwi do góry.
- Zależy nam na tym, aby ci szczęka opadła na widok twojej żony – wyjaśniłam mu, a Liz wypięła dumnie pierś.
- Ja wiem, że mam piękną żonę – odparł mężczyzna, klepiąc ją czule po dłoni.
- Dlatego szczękę będziesz zbierał z podłogi – podsumowała Liz, a ja parsknęłam śmiechem.
       Andrew z zawodem pokręcił głową i wstał z sofy. Uśmiechnął się jednak do nas na odchodnym i poszedł do kuchni. Ja i Liz wymieniłyśmy spojrzenia i obie zdusiłyśmy chichot. Faceci…
- Ale fakt sukienka wymiata. Wyglądasz w niej szałowo – zaczęłam i wtedy drzwi od domu otworzyły się. Do środka wszedł Luke.
       Odwróciłam się w jego stronę. Na pierwszy rzut oka wyglądał całkiem normalnie, choć jak przypatrzyłam się jego twarzy dłużej, zrozumiałam, że nie wszystko gra tak, jak grać powinno. Był nieco zmieszany. Nie zasmucony, ale też nie szczęśliwy, lekko niepewny, ale z drugiej strony zdecydowany. Jednym słowem – paradoks w jednej osobie.
- Jak tam zakupy? – wypalił na wstępie, wsuwając ręce do kieszeni.
- Udane – odparłam z uśmiechem. Blondyn kiwnął głową.
- Synek, jak tam spotkanie z Beth? – zapytała Liz.
- Rozstaliśmy się – oznajmił nam, wzruszając ramionami. Zrobiłam wielkie oczy. Nie takiego rozwiązania się spodziewałam.
- Luke… - zaczęła Liz, ale chłopak pokręcił głową.
- Jest w porządku mamo – odparł. – Będę u siebie.
       Odwrócił się i ruszył w stronę schodów. Zarówno ja, jak i Liz odprowadziłyśmy go wzrokiem, aż na samą górę. Kiedy usłyszałyśmy zamykające się za nim drzwi, spojrzałyśmy na siebie ponownie. Musiałyśmy mieć jednakowe zdziwione miny.
- Jest w porządku mamo – powiedziała Liz, kręcąc głową. – Mój syn to kosmita.
- Liz – wydusiłam i mimo całej powagi tej sytuacji, zachichotałam.
- W porządku mamo – ciągnęła dalej kobieta. – Jasne. Widać nie byli ze sobą jakoś specjalnie blisko. Pamiętam, co działo się, jak rzuciła go Ashley.
       Pokiwałam głową. Luke opowiadał mi, jak długo zbierał się po tej wielkiej miłości, jaką była Ashley. To właśnie po tym rozstaniu, jego rodzice postanowili wyciągnąć go na wycieczkę do Londynu. Dzięki temu, poznaliśmy się.
- Jedno ci powiem Malia – odparła, a ja znów na nią spojrzałam. W jej oczach dostrzegłam mały błysk. Pokiwałam głową. – Ja jakoś nigdy jej nie lubiłam.
- To nie byłam sama – powiedziałam ciszej.
- Wcale nie lamentuję z tego powodu, że się rozstali. Krzyżyk na drogę. Mój syn zasługuje na kogoś znacznie lepszego.
- To z pewnością. Beth do niego nie pasowała. Chociaż szkoda mi go. Zaangażował się w ten związek…
- I klapa. Ona była po prostu z innej planety…
- Ładnie to tak obgadywać Luke'a?
       Obie podskoczyłyśmy na kanapie. Do pokoju wrócił Andrew, a na jego ustach wymalowany był triumfujący uśmiech. Widać było, że podsłuchiwał nas od samego początku.
- Nie ładnie drogie panie – odparł, a Liz prychnęła pod nosem.
- Co mam się popłakać, że ta blond panienka w końcu odczepi się od mojego syna?
- No, co ty kochanie – zaczął Andrew, a ja uniosłam brwi do góry. – Ja też jestem w klubie cieszymy się, że nas opuściła, ale nie bądźcie dla biednego chłopaka, aż takie surowe. My faceci myślimy inaczej…
- Myślicie czymś innym – skwitowała kobieta, a ja zdusiłam śmiech. Liz to potrafiła mnie zaskoczyć, jakimś nagłym i błyskotliwym tekstem. Andrew już otwierał usta, by odpowiedzieć żonie, ale ja szybko wtrąciłam się w jego wypowiedź.
- Pójdę do Luke'a.
       Wstałam z miejsca i zostawiłam państwa Hemmings samych, którzy pogrążyli się w rozmowie na temat związków i relacji damsko-męskich. Wspięłam się na piętro i zatrzymałam przy drzwiach chłopaka. Podniosłam rękę i sama nie byłam pewna, czy powinnam mu przeszkadzać, czy lepiej zostawić go w spokoju. W końcu jednak podjęłam decyzję i zapukałam. Następnie weszłam do środka, zamykając za sobą drzwi.
       Spojrzałam na leżącego na łóżku chłopaka. Obracał w dłoniach niewielką materiałową piłeczkę i co jakiś czas podrzucał ją nad głową, aby zaraz po tym zwinnym ruchem ją złapać. Uniosłam brwi do góry, a nasze oczy na chwilę znów się spotkały.
- Jak tam?
- Dramatu nie ma – oznajmił.
       Podeszłam do niego i usiadłam obok. Wlepiłam w niego oczy, ale Luke w dalszym ciągu bawił się piłeczką. Przekręciłam oczami i wykonałam szybki ruch w jego stronę. W momencie lotu piłeczki, szybko ją przechwyciłam.
- Ej!
- Porozmawiasz ze mną, czy będziemy udawać, że nic się nie stało?
- Bo nic się nie stało – powiedział Luke, wzruszając ramionami. Wyciągnął w moją stronę rękę, ale ja odsunęłam od niego piłeczkę. Chłopak prychnął pod nosem.
- Nie udawaj.
       Dźwignął się do pozycji siedzącej. Skrzyżował nogi i oparł ręce o kolana. Wlepił we mnie swoje błękitne oczy i ponownie uniósł brwi do góry. Nie spuszczając z niego wzorku, usiadłam dokładnie tak samo, jak on.
- Czy nie powinno mi być smutno, czy chociażby przykro? – wypalił.
- A nie jest?
- Nie. I wcale nie kłamię. Zrozumiałem coś… Coś, co ewidentnie zaważyło na mojej decyzji.
- To ty z nią zerwałeś? – Pokiwał głową. – Okej… Co to takiego było?
- Ja jej nigdy nie kochałem- powiedział powoli, w dalszym ciągu wpatrując się we mnie. Mówił to z takim spokojem, jakby opowiadał o wczorajszej pogodzie. Na mojej twarzy musiało wymalować się zdziwienie, bo Luke kiwnął głową. – Może byłem na początku zauroczony, ale potem… Potem ja się chyba do niej po prostu przyzwyczaiłem. Nie było wielkiej miłości z mojej strony. Nie czułem tego czegoś, co czuć się powinno. Po prostu Beth była… Szkoda, że tak późno to do mnie dotarło.
- Kiedy dokładnie?
- Po wczorajszej kłótni.
- Może zadziałałeś za szybko i…
- Ona nigdy nie była numerem jeden. Gdy coś się działo nie myślałem, by to jej pierwszej powiedzieć. Według mnie osoba, którą się kocha jest twoją jedynką. Chcesz się z nią dzielić wszystkim. Chcesz, by wiedziała pierwsza.
- No, to prawda –powiedziałam, a Luke wyrwał mi piłeczkę z reki. – Ej!
- Prawda jest taka, że to moja wina, bo pozwalałem jej żyć złudzeniem, że coś do niej czuję. Coś większego. Bo z początku sam dałem się ponieść i uwierzyć w to, że możemy być na długo i naprawdę razem. Zależało mi na niej, ale nie w taki sposób, jak zależeć mi powinno.
- Miłość jest skomplikowana.
- Tak… I popieprzona. Może, dlatego tak to uwielbiamy – odparł i lekko się uśmiechnął. – W miłości chodzi nie tylko o to największe uczucie, ale także o wzajemny szacunek, akceptację tego, co ta druga osoba robi i wspieranie się nawzajem. Bycie bardziej dla niej, niż dla siebie.
- Ładnie powiedziane – powiedziałam z uśmiechem.
- To tylko luźne przemyślenia dużego dzieciaka.
- Ty nie jesteś dzieckiem Luke, ale jak na osiemnastolatka to gadasz całkiem sensownie. – Luke spojrzał na mnie i uśmiechnął się. – Czyli wielkiego dramatu nie ma? – Pokręcił głową. – To dobrze, bo już zaczynałam się martwić.
- Ty i Ashton na pewno martwilibyście się o nią najbardziej – rzucił z przekąsem.
- Nie o nią – prychnęłam po nosem. – O ciebie! – Zmierzwiłam mu włosy na głowie, przez co jego stojąca do góry czupryna, nieco opadła. –Masz naprawdę świetnych kumpli, którzy stoją za tobą murem.
- Ja za nimi też, a raczej za wami. – Po raz kolejny uśmiechnęłam się. – Ale skoro dramat mamy już za sobą, co powiesz na jakiś krwisty horror?
- Nie wolisz komedii romantycznej? – Luke przekręcił oczami i prychnął pod nosem. Zaśmiałam się. - Horror… Jak najbardziej obstawiam horror. 


***
Postanowiłam i tu dodać rozdział szybciej, skoro wstawiałam inne na dwóch pozostałych blogach. Mam nadzieję, że ten rozdział przypadł wam do gustu :) Pozdrawiam! 

2 komentarze:

  1. Uwielbiam Liz - to dla mnie taka starsza wersja Sharon :D Coś czuję, że nadszedł czas na poważną rozmowę tej parki. OOOO TAK! Pa pa Beth! Idź i nie wracaj. Hemmo bardzo dobra decyzja. Słowa Luka w ostatniej scenie - rozpływam się! Inteligenty koleś nie ma co :D Teraz wystarczy poczekać, aż ta dwójka się ze sobą spiknie i świat będzie piękniejszy hahah:D Czekam na ciąg dalszy.
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń