sobota, 6 czerwca 2015

S1 - Rozdział 19

Sydney, 15 sierpnia 2012 roku


       Minęło kilka dni od rozstania Luke'a i Beth, a on… On nadal był tym samym Lukiem, którego poznałam w Londynie. Mogę się założyć, że mimo wszystko, w jakiś sposób to przeżywał. Czasem wyłapywałam w nim momenty długiej zadumy, ale gdy tylko Luke dostrzegł, że mu się przyglądam – wracał. Wracał, aby znów się śmiać i dowcipkować. Pominęłam liczne pytania o jego samopoczucie, aby go nie denerwować. W końcu nikt nie lubi zbyt wielkiego niańczenia. Zostawiłam, więc go w spokoju, by sam mógł to przeżyć.

       Znajdowaliśmy się w garażu Caluma, w którym to odbywała się próba chłopaków. Od samego początku obiecałam się nie wtrącać i dać im możliwość popracowania nad piosenkami. I tej obietnicy danej sobie dotrzymałam. Zresztą nie znałam się na muzyce na tyle, by się wcinać w zespół, do którego nie należę.
- Co sądzisz? – zapytał Ash, a ja oderwałam wzrok od telefonu Michaela. Z początku myślałam, że to pytanie w ogóle nie było skierowane do mnie. Jednak zobaczyłam zaciekawione cztery pary oczu, spoglądające w moją stronę.
- O czym?
- O tej melodii – powiedział Calum ze śmiechem. – Gierka wciągnęła?
- Odrobinę – odpowiedziałam z uśmiechem, machając telefonem Clifforda. Chłopak w ramach rozrywki użyczył mi swoją komórkę, na której posiadał kilka gier. Jedna z nich była naprawdę dobra.
- Więc? – dopytał się Luke.
- Melodię słyszałam – powiedziałam zgodnie z prawdą. – Ale ja się na tym nie znam. Nie wiem, czy to pasuje, czy nie. Mnie tam się podoba, tylko tyle mogę wam powiedzieć.
- Podzielność uwagi nadal jest dobra – podsumował mnie Ash, a ja prychnęłam pod nosem. Następnie zaśmiałam się i wzruszyłam ramionami. Kogo oni pytają w ogóle o zdanie? Jestem przecież całkowicie zielona, jeśli chodzi o komponowanie.
- Może skończymy na dzisiaj, bo sam nie odróżniam jednego od drugiego – zaproponował Michael, odkładając gitarę. W sumie, to mu się nie dziwię. Siedzieliśmy w garażu Caluma od ładnych czterech godzin, a 5 Seconds of Summer wałkowało przez większość czasu jedną piosenkę. Bo musi być perfekcyjna.
- Mnie tam pasuje – oznajmił Luke, a reszta pokiwała głowami. Odwrócił się w moją stronę. – Malia?
- Tak? – Ponownie oderwałam się od telefonu.
- Jesteś nadal z nami? – zapytał ze śmiechem.
- Bardzo śmieszne blondasie – mruknęłam, zwalczając ochotę pokazania mu języka, jak to robią czteroletnie dzieci. – Jestem. I wiem, że kończycie. Słyszałam.
- To co robimy dalej? – odezwał się Calum.
- Chodźmy na plażę – zaproponowałam, wyłączając grę i wstając z miejsca. Podeszłam do Michaela i oddałam mu telefon. Ten wsunął go do kieszeni.
- Nie znudziło ci się? – zapytał Ash.
- A z wami cokolwiek może się nudzić? – odparłam.
- Takie odpowiedzi, to ja lubię – powiedział Calum, obejmując mnie ramieniem. Na jego twarzy gościł szeroki uśmiech. Wiedziałam, że słodzę chłopakom czasami, aż za dużo, ale weź tu się powstrzymaj, jak widzisz te ich wesołe mordeczki. A zresztą naprawdę bardzo ich lubiłam. I nie kłamałam, z nimi nie można było się nudzić.
- W takim razie zbierać się. Kierunek plaża – zarządził Michael.

       Nikomu nie chciało się wracać do domu po ręczniki i stroje kąpielowe, więc uznaliśmy, że na plaży zamiast kompania, zaserwujemy sobie grę w siatkówkę. Wypożyczyliśmy siatkę do gry, a Michael i Ashton szybko ją rozłożyli. Znajdując się z dala od turystów, mieliśmy sporo miejsca tylko dla siebie, więc nie musieliśmy się martwić, że ktoś obcy dostanie rozpędzoną piłką. Jako, że była nas piątka, uznaliśmy, że będziemy się zmieniać. Każdy będzie sędzią w jakiejś rozgrywce tak, by drużyny były dwuosobowe.
- Moja! – krzyknęłam równocześnie z Ashtonem, z którym byłam w drużynie.
       Rzuciliśmy się oboje w tym samym kierunku. Niestety mieliśmy dość spóźniony refleks, bo piłka przeleciała nam nad głowami, wchodząc w boisko. Luke i Calum zdobyli punkt. A my… zderzyliśmy się ze sobą. Jako, że Ash był większy ode mnie, on zdołał utrzymać się na nogach. Ja odbiłam się od niego i runęłam na piasek, lądując na swoich czterech literach. Pozostała trójka ryknęła śmiechem.
- Nic ci się nie stało? – zapytał z uśmiechem Irwin.
- Nie – odpowiedziałam. 
       Chłopak podał mi rękę i pomógł mi wstać. Otrzepałam się z piasku i spojrzałam na rechoczących. 
- Bardzo śmieszne. – Ale zaraz i ja dołączyłam do wspólnego śmiechu.
- Dobra, zmiana – oznajmił Michael, który teraz robił za sędziego. – Luke i Calum wygrali. Malia schodzisz.
       Uniosłam kciuk do góry i ruszyłam w jego stronę. Zamieniliśmy się miejscami, a on wszedł do drużyny Ashtona. Podałam piłkę Irwinowi, a następnie ponownie zaczęłam otrzepywać się z piasku. Miałam wrażenie, że mam go nawet w spodenkach.
- Możemy? – zapytał Luke.
- Tak. Gramy! – oznajmiłam, dając znak Ashtonowi, że może zaczynać. Chłopak przygotował się i zaserwował, jako pierwszy.

       Kiedy tylko moja drużyna – składająca się z Caluma i mnie – wygrała, pogoda momentalnie postanowiła spłatać nam wielkiego psikusa. Błękitne niebo szybko się zachmurzyło. Zerwał się porywisty wiatr. Pojedyncze krople deszczu zaczęły kapać z nieba, przeganiając z plaży turystów. Wszyscy zaczęli pospiesznie zbierać swoje rzeczy i ruszać w kierunku samochodów. Nie zapowiadało się, by to co działo się na dworze miało zaraz przejść.
       My również zaczęliśmy się zbierać. Chłopaki szybko zwinęli siatkę, a Calum poszedł ją zwrócić do wypożyczalni sprzętu plażowego. Następnie ruszyliśmy w kierunku wyjścia.
       Wyszliśmy na chodnik. Otrzepaliśmy nogi i założyliśmy buty. Wtedy chmury zaczęły zrzucać na ziemię jeszcze większe i gęściejsze krople. Rozpadało się na dobre. Nie byliśmy przyszykowani na taką zmianę pogody, więc żadne z nas – oprócz Asha, który zabrał dzisiaj ze sobą czarną bluzę – nie miało nic, co by nadawało się na ochronę przed deszczem. Lecz kiedy zaczęło mocniej padać, Irwin podszedł do mnie i wręczył mi ją.
- Zakładaj – powiedział.
- Daj spokój…
- Zakładaj – odparł ze śmiechem.
- Ale z ciebie dżentelmen – rzuciłam, łapiąc za bluzę. Założyłam ją szybko, naciągając na głowę kaptur.
- I tak przemoknie, ale zawsze to jakaś ochrona.
- Dzięki – powiedziałam z uśmiechem.
- Idziemy do mnie – zarządził Luke. – Tam mamy najbliżej.
       Wiatr wiał nam w oczy, a deszcz chłostał po twarzach. Na ulicach pojawiły się duże kałuże, a ludzie uciekali w popłochu, szukając schronienia. Zrobiło się szaro i zimno.
       Chłopaki narzucili mi takie tempo, że ledwo mogłam nad nimi nadążyć. Zaciskając dłoń na kapturze, aby osłonić się nieco przed tym, co się działo, prawie nie widziałam drogi. Nic więc dziwnego, że zostawałam w tyle.
- Daj rękę, bo w końcu się zgubisz! – powiedział Luke, przekrzykując ulewę. Podałam mu dłoń, pozwalając, aby mnie poprowadził.
- Ruchy! – zawołał Michael, który szedł jako pierwszy. Ja i Luke przyspieszyliśmy.

       W końcu udało nam się dotrzeć do domu. Weszliśmy do środka, czując ulgę. Ściągnęłam mokry kaptur z głowy, ogarniając jednocześnie brązowe kosmyki włosów, które przykleiły mi się do twarzy. Byłam cała mokra. Od góry do dołu. Ubrania kleiły mi się do skóry, a w butach chlupało. Bluza Asha też przesiąkła wodą, ale z początku dawała sobie radę, jako odzież ochronna.
       Podniosłam głowę i spojrzałam na chłopaków. Byli w takim samym stanie, jak ja. Oklapnięte włosy, kropelki wody spływające po policzkach i nosie oraz koszulki lepiące się do ciała. Wszyscy wyglądaliśmy, jakbyśmy dopiero, co wyszli z basenu.
- Boże, co to było – rzucił Michael, poruszając głową, jak pies, który otrzepuje się z wody. Zmrużyłam oczy, kiedy pojedyncze krople z jego włosów trafiły mnie w twarz.
- Ekstra pogoda – oznajmił Calum z przekąsem. – A było tak fajnie.
- I wygraliśmy  - powiedziałam z uśmiechem. Chłopak pokiwał głową. – Musimy się przebrać.
       Cała nasza piątka ruszyła do góry. Ja weszłam do swojego pokoju, a Luke z chłopakami do swojego. Miał im dać coś na zmianę. Wzięłam czyste, a co najważniejsze suche ubrania i wparowałam do łazienki. Szybko osuszyłam się i przebrałam. Następnie zmyłam to, co zostało z mojego makijażu. Rozczesałam włosy.
       Wychodząc z pokoju na korytarz, usłyszałam śmiechy zespołu, dochodzące z pokoju Hemmingsa. Uśmiechnęłam się pod nosem i zeszłam na dół. Włączyłam telewizor i rzuciłam się na sofę, zakrywając się kocem po sam czubek nosa. Wtedy rozbrzmiał grzmot i błysnęło. Przekręciłam oczami. Miałam nadzieję, że ta kiepska pogoda szybko minie, bo nie wyobrażałam sobie tego, że do końca wakacji nie pójdę więcej na plażę. 
       Po kolejnym grzmocie i błyskawicy, która rozjaśniła niebo, chłopaki zeszli na dół. Wynurzyłam się spod koca. Wszyscy byli wysuszeni i przebrani.
- Wiesz ile ja się naszukałem tej koszulki – powiedział Calum, wskazując na czarną bluzkę z logo AC/DC. – A ona cały czas była u ciebie!
- Myślałem, że jest moja – odparł Luke, wzruszając ramionami. – Zresztą… Jestem głodny.
- Jaki to ma związek z moją koszulką? – ciągnął dalej Calum.
- Żaden. Jestem głodny – powtórzył i spojrzał na mnie z uśmiechem. – A ty co? Robisz za naleśnika?
- Czy twój wzrok miał mi dać do zrozumienia, że mam wstać i zrobić ci jedzenie? – wypaliłam, wynurzając się spod ciepłego koca.
- A zrobiłabyś? – zapytał, a na jego twarzy w dalszym ciągu gościł ten znany uśmiech.
       Przekręciłam oczami i wstałam z kanapy. Odrzuciłam koc na bok, a Ashton szybko go przejął, zawijając się w niego. Teraz przypominał E.T. Parsknęłam śmiechem.
- Zrobiłabyś? – zapytał po raz kolejny Hemmings. – Proszę? Lubię twoją kuchnię.
- Jasne, jasne – odparłam, machając w jego kierunku ręką. – Ale poznajcie moje dobre serce drogie 5 Seconds of Summer. Co chcecie zjeść?
- Mogą być tosty – powiedział Calum, siadając obok Ashtona.
- Tak, tosty są spoko – dodał Michael, rozwalając się na fotelu.
- I coś do picia – dodał Irwin.
- Spoko. Dzięki, ze któryś zechciał mi pomóc – mruknęłam, a Calum puścił mi oczko. Przekręciłam oczami i ruszyłam w stronę kuchni.
- Jesteś jedną z nas! – zawołał ze śmiechem Michael. – Koniec taryfy ulgowej!
- Bosko – cmoknęłam pod nosem, ale mimo to uśmiechnęłam się.
       Podeszłam do lodówki i wyciągnęłam z niej potrzebne rzeczy. Następnie uruchomiłam toster i zabrałam się za tworzenie kanapek. Nastawiłam też wodę, aby zrobić nam ciepłe herbaty. W końcu po tej przeprawie przez ulewę, potrzebowaliśmy czegoś na rozgrzanie.
       Słyszałam, jak chłopaki rozmawiają w salonie, a w tle grał włączony telewizor. Jeden z nich odgryzł się drugiemu, następny wybuchł śmiechem. Ponownie uśmiechnęłam się sama do siebie. Byli naprawdę pozytywni i ciężko było ich nie lubić.
       W pewnym momencie odwróciłam się. W wejściu stał Luke i przyglądał się mi z nieukrywaną ciekawością. Co on ma z tym podglądaniem i podsłuchiwaniem? Uniosłam brwi do góry.
- Pomyślałem, że przyda ci się jednak pomoc – powiedział, podchodząc do mnie. - Trochę tego trzeba zrobić.
- Dzięki. Zalej kubki – odparłam, wskazując palcem na szereg kolorowych naczyń.
       Kiedy Luke zajął się robieniem herbat, ja ulokowałam w tosterze pierwsze pieczywo. Zamknęłam go, a do moich uszu doszedł cichy syk, wydawany przez podgrzewane jedzenie. Po kuchni powoli rozniósł się zapach pieczonego sera i szynki, a mnie, aż zaburczało w brzuchu. Nic więc dziwnego, że jak tylko wyciągnęłam pierwsze tosty, złapałam za jednego i nie zważając na to, że jest gorący, wgryzłam się w niego.
- Co tam wszamasz? – zapytał blondyn, zwisając zza mojego ramienia. Przełknęłam chrupiący chleb i odchyliłam się nieco, aby móc na niego spojrzeć. Jego oczy wpatrywały się we mnie, a na ustach znów pojawił się uśmiech. – Podziel się.
- Poczekaj na swoje.
- No, podziel się – jęknął mi do ucha, pukając mnie palcem w plecy. Zaśmiałam się, przetrzymałam tost w buzi i wsadziłam do urządzenia kolejne kanapki. – Podziel się – ciągnął, niczym dziecko.
- Moje!
- Jesteś okrutna.
- Dobra, ale małego gryza – rzuciłam, wystawiając kanapkę w jego stronę.
       Blondyn cmoknął pod nosem, a następnie zatopił zęby w chlebie. I nie… To nie był mały gryz. Za jednym zamachem połowa mojego jedzenia zniknęła.
- No, ej! – rzuciłam ze śmiechem. Luke zrobił minę niewiniątka i odwrócił się.
- Mmm… Dobre. Jestem głodny.
- Poczekaj na swoje.
- Twoje lepsze. Daj jeszcze gryza – powiedział, pojawiając się obok mnie.
- Obsłuż się sam – odparłam, wskazując na talerz, na którym co jakiś czas pojawiały się nowe tosty. – I zanieś je chłopakom póki są ciepłe.
       Luke złapał za chleb i zaczął go zachłannie jeść. Następnie chwycił za talerz i ruszył w stronę salonu. Pierwsza porcja jedzenia wyszła z kuchni. Zabrałam się za robienie kolejnych tostów.
- Chłopaki pytają się, czy zapieczesz też chleb z Vegamite – rzucił Luke, kiedy znów pojawił się w kuchni.
- Nie ma sprawy – odparłam, odwracając się w stronę szafki. 
       Otworzyłam ją i odnalazłam w niej słoiczek z tą paskudą. Do tej pory nie rozumiałam, jak oni mogą to jeść. Wzięłam też słoik Nutelli. Ponownie stając przy tosterze, zapiekłam sam chleb. Po wyciągnięciu, podsunęłam go blondynowi i podałam mu nóż.
- Smaruj – rzuciłam ze śmiechem. Chłopak pokiwał głową i zabrał się za rozprowadzanie Vegamite, po chrupkim chlebie.
       Spojrzałam na Nutellę, która mnie dosłownie wołała. Zjedz mnie… Chociaż odrobinę… Niewiele myśląc, wyciągnęłam z szuflady łyżeczkę. Nie moja wina, że nigdy nie mogłam się oprzeć czekoladzie. Jednym zgrabnym ruchem otworzyłam słoik, zerwałam z góry sreberko i zatopiłam łyżkę w gęstej brązowej masie. Nabrałam dość sporą ilość kremu, a następnie wsadziłam ją do buzi.
- No, ładnie – skomentował Luke.
- Sama się o to prosiła – odparłam z pełną buzią, wzruszając ramionami.
- Wszystko zjesz.
- Wy macie swoje Vegamite, a mi zostawcie chociaż Nutellę – pociągnęłam, nabierając kolejną łyżkę kremu czekoladowego.
- Daj też.
- Nie ma mowy. Moje!
- Dawaj!
- Mój skarb! – rzuciłam z uśmiechem, obejmując słoik ciasno rękami. Luke parsknął śmiechem i stanął do walki o czekoladę. Zachowywaliśmy się, jak banda zwykłych dzieciaków, ale nam to nie przeszkadzało. To było częścią nas, kawałkiem tego wewnętrznego dziecka, które każde z nas nadal, gdzieś go w sobie miało. Chłopak złapał mnie za koszulkę i przetrzymał, nie dając mi możliwości ucieczki.
- Puszczaj, puszczaj, puszczaj… - wyrzucałam z siebie, a słowa mieszały się z kolejną porcją śmiechu.
- Nutella! – powiedział głosem niczym zombie, starając się przejąć ode mnie słoik.
       Odwróciłam się, odsuwając krem, jak najdalej od niego. Oparłam się o blat, a on zagrodził mi drogę.
- Co wy tam robicie?! – zawołał Ash z salonu.
- Walczę o Nutellę dla zespołu! – oznajmił Luke.
- Powodzenia! – odezwał się Michael.
- Chciałoby się – rzuciłam, odchylając się od niego. 
       Blondyn złapał mnie za ręce, co spowodowało, że musiał niemalże zawisnąć nade mną. Blat wbijał mi się w plecy, a musiałam teraz utrzymać nie tylko swój ciężar, ale po części także i jego. Hemmings wybuchł śmiechem,  kiedy starałam się go odepchnąć. No, cóż… Był silniejszy.
- To niesprawiedliwe – skwitowałam, udając nadąsany ton. Jednak nie do końca mi to wyszło, bo zaraz z ust wyrwał mi się cichy chichot.
- Życie jest niesprawiedliwe – powiedział Luke, nachylając się jeszcze bardziej, by dosięgnąć słoik, o który toczyliśmy małą walkę.
       Był tak blisko mnie, że z łatwością mogłam obejrzeć jego błękitne tęczówki, w których… nieco się zatopiłam. Oboje zamarliśmy w bezruchu. Miałam wrażenie, że nagle wokół nas zrobiło się dziwnie cicho. A ja jakbym słyszała szybsze bicie zarówno mojego, jak i jego serca.        Działo się coś innego między nami. Coś, co nieco wytrąciło mnie z równowagi. I wtedy Luke przybliżył się jeszcze bardziej. Wstrzymałam oddech, kiedy jego usta znalazły się kilka milimetrów od moich. Zdałam sobie sprawę z tego, że lewą ręką w dalszym ciągu obejmuje go w pasie. Miało to służyć, jako pomoc przy łapaniu równowagi. Teraz moje palce mocniej zacisnęły się na jego czarnej koszulce, a gest ten wydał mi się nad wyraz odważny i już nie tak niewinny, jak wcześniej.
- O cholera… O cholera… - powtarzałam w myślach, gdy jego twarz była coraz bliżej.
- Ale parszywa pogoda! – Odskoczyliśmy od siebie słysząc głos Liz, która właśnie weszła do domu. – Cześć dzieciaki!
- Cześć! – odpowiedzieli chórem chłopaki.
- Gdzie reszta? – zapytał Andrew.
- Luke i Malia robią jedzenie.
       Odsunęłam się od blondyna, podchodząc do stołu. I jak gdyby nigdy nic, wróciłam do poprzedniej czynności, odstawiając słoik z Nutellą na stół. Luke w dalszym ciągu stał, gdzieś za moimi plecami. Kiedy wyciągnęłam mocniej spieczony chleb z tostera, do kuchni weszli jego rodzice.
- Załapiemy się też? – odezwał się Andrew.
- Pewnie. Starczy dla wszystkich – powiedziałam, a Luke bez słowa, wziął się do smarowania kanapek.

       Żadne z nas nie wróciło do tego, co wydarzyło się w kuchni. Choć zarówno on, jak i ja udawaliśmy, że nic się nie stało, to jednak widziałam, ze ten jeden moment, ta niewinna zabawa, w końcu się odbije i spowoduje, że oboje będziemy musieli się z tym zmierzyć.
       Ja zmierzyłam się z tym tuż przed zaśnięciem. Kręcąc się w łóżku i starając się zasnąć, wracałam co i rusz do tamtej chwili. Rozkładając ją na czynniki pierwsze, szukałam źródła tej nagłej zmiany, która się w nas pojawiła. Jego uśmiech, jego oczy, jego głos i jego dotyk... Wystarczyło tak niewiele, by na chwilę stracić głowę. Od dawna byliśmy blisko i nie baliśmy się tego. Bez żadnych zbędnych podtekstów obejmowaliśmy się, czy łapaliśmy za ręce –zupełnie, jak przyjaciele. Ale tamto spojrzenie, które prawie doprowadziłoby do pocałunku, było po za ramami tej relacji, jaką mieliśmy. I bałam się, ponieważ nie chciałam zniszczyć tego, co udało nam się zbudować. A wiadomo, jak łatwo wszystko się rozpada, gdy w grę wchodzi większe uczucie. 


***
Kolejny rozdział za wami. Mam nadzieję, że nie była dla was nudny :) W niedzielę wyjeżdżam, ale udało mi się namówić moją kumpelę na to, by we wtorek wrzuciła mi na bloga kolejną część tej historii :) A my "widzimy się" w piątek :) Pozdrawiam!

4 komentarze:

  1. O. Matko. Kochana.
    Moje serce, chyba mam jakieś palpitacje, albo zawał, albo sama nie wiem co. :o
    Liz, kobieto, kocham Cię nad życie, ale musiałaś wejść w takiej chwili? Ughhh, nieładnie! :( Paula smutna, bo nie było kissa, ale i tak kocham Malię i Luke'a. <3
    Pozdrawiam i życzę weny! :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Te ff jest niesamowite !
    No normalnie je kocham <3
    Czekam z niecierpliwością na nexta :)

    OdpowiedzUsuń
  3. No, Ash ale z ciebie dobry przyjaciel :D W KOŃCU!!! W końcu coś między nimi zaczyna się dziać :D szkoda, że ich rodzice musieli im wlecieć na chatę, bo być może coś by z tego było :) Czekam na na kolejną część.
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń