wtorek, 9 czerwca 2015

S1 - Rozdział 20

Sydney, 17 sierpnia 2012 roku


       Zeszłam na dół, szeroko ziewając. Nagle zamarłam słysząc, jakieś łupanie, które dochodziło z garażu. Powoli odwróciłam głowę w stronę drzwi. Rozległy się czyjeś głosy, ale nie mogłam dojść, do kogo należą. Podeszłam bliżej, kładąc dłoń na zimnej klamce. Otworzyłam drzwi.
- Podnieś to – powiedział Ashton, a ja przekręciłam oczami.
       Przez chwilę myślałam, że ktoś najnormalniej w świecie włamał się do domu w biały dzień. Jednak najwidoczniej byłam zbyt przewrażliwiona. Wyłoniłam się z holu, przechodząc do chłodnego garażu. Spojrzałam na Luke'a i Asha, którzy rozstawiali perkusję. Przez szyby w oknach zauważyłam, że na dworze nadal jest szaro i ponuro. Zła pogoda nie odpuszczała.
       Pierwszy zauważył mnie Irwin, który stał na przeciwko mnie. Kiedy podniósł głowę, nasze oczy na moment się spotkały. Na jego ustach wymalował się uśmiech, który tak dobrze znałam.
- Jest i ona – powiedział. Luke po jego słowach, odwrócił się w moją stronę. Również się uśmiechnął.
- Co wy tu robicie? – zapytałam z ciekawością, podchodząc bliżej nich.
- Dzisiaj zmieniamy miejsce prób – poinformował mnie Luke. – Kolej na mój garaż.
- A robimy to teraz, bo – Ashton zerknął na zegarek. – Niedługo zaczynam pracę. A chcemy dzisiaj odbyć jeszcze jedną próbę. Chyba cię nie obudziliśmy?
- Nie. Na górze w ogóle nic nie słychać – odparłam. – W takim razie widzimy się później?
- Jasne, jak słońce – rzucił Irwin ze śmiechem.
- Fajnie – skwitowałam. – A teraz wybaczcie, ale muszę sobie zaserwować dawkę kofeiny.
       Odwróciłam się i ruszyłam w stronę drzwi, zostawiając chłopaków i ich sprzęt za swoimi plecami. Weszłam z powrotem na hol, a następnie przeszłam do kuchni, w której urzędowała Liz. Kobieta była ubrana w jasne dżinsy i luźną koszulkę, a jej blond włosy spięte były w kok.
- Dzień dobry – rzuciłam na wstępie.
- Cześć – odpowiedziała Liz z uśmiechem.
- Dziś wielki dzień? – zapytałam, zabierając się za robienie kawy.
- Szczerze? – Kiwnęłam głową. – Już nie mogę się doczekać.
- Wcale ci się nie dziwię – powiedziałam z uśmiechem.
       Dzisiaj państwo Hemmings wybierali się na swój romantyczny wyjazd we dwoje, aby świętować swoją kolejną rocznicę ślubu. Liz już od kilku dni chodziła cała podekscytowana, a Andrew odliczał dni do upragnionego wyjazdu, podczas którego będzie mógł odpocząć nie tylko od pracy, ale także i od nas. Bo nie ukrywajmy, ale starszym takie wyjazdy się przydają. A ja i Luke? My mieliśmy mieć wolną chatę przez cały weekend.

       Po zjedzonym wspólnym późnym śniadaniu, Liz i Andrew odjechali taksówką na lotnisko. Miałam tylko nadzieję, że dopisze im pogoda, bo w Sydney, jak na razie w dalszym ciągu zapowiadało się pochmurnie i deszczowo. Oprócz tego liczyłam na to, że sobie oboje porządnie wypoczną.
       Po jakieś godzinie od wyjazdu państwa Hemmings, do domu zwaliło się pozostałe 5 Seconds of Summer. Chłopaki poszli popracować nad piosenką, która dla nich dalej miała status niedopracowanej, choć dla mnie brzmiała naprawdę bardzo dobrze. Ale ja się na tym nie znam. Ja natomiast dałam im spokój od mojej osoby i zajęłam się książką.
       Co jakiś czas z garażu dochodziły do mnie dźwięki gitary i perkusji Ashtona, a także podniesione głosy, kiedy to chłopaki przekrzykiwali się lub wybuchali śmiechem. Nie przeszkadzało mi to zupełnie, a dzięki temu wiedziałam, że nie jestem w domu sama. Co było miłą odmianą, szczególnie, że po śmierci rodziców, do tej samotności byłam przyzwyczajona.
       W końcu ich próba dobiegła końca, choć nie byłam pewna, czy zrezygnowali z dalszych ćwiczeń, bo byli zmęczeni, czy głodni. Zauważyłam, że lodówka prawie świeci pustką – Liz przed wyjazdem uprzedzała, że nie zdążyła zrobić zakupów. Zgodnie jednak postawiliśmy na pizzę. Luke do niej wyciągnął chłodne piwo, aby zaakcentować rozpoczęcie kolejnego weekendu.
- Najadłam się – powiedziałam, opierając się o oparcie i ciężko wzdychając.
- Ja też – odparł Calum, padając na kanapę tuż obok mnie.
- Co powiedzie na partyjkę pokera? – zapytał z cwanym uśmieszkiem Ashton.
- Rzucasz nam wyzwanie? – odezwał się Michael, unosząc brwi do góry. Chłopak kiwnął głową. – Wchodzę w to.
- Czyżbyś czuł, że dziś jest twój dzień Mikey? – odparł ze śmiechem perkusista.
- Dzisiaj rozwalę cię na łopatki – zagroził. – Luke zarzuć kartami.
       Blondyn bez słowa podniósł się z miejsca i podszedł do szuflady. Kiedy zaczął w niej grzebać, my szybko zabraliśmy się za uprzątnięcie stołu. Calum natomiast złapał za paczkę z orzeszkami i zaczął je po równo rozdzielać. Luke wrócił do stołu, siadając po mojej drugiej stronie. W rękach ściskał talię kart.
- Kto zgarnie najwięcej orzechów, wygrywa – powiedział Calum, rozdając nam je.
- A może powinniśmy zagrać w rozbieranego pokera? – zaproponował ze śmiechem Clifford.
- Ale ci się dowcip trzyma – powiedziałam, zerkając na niego. Chłopak zrobił niewinną minę, ale po chwili cicho zachichotał pod nosem. Pokręciłam głową, a na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech. I weź tu siedź w obecności samych facetów.


       To nie był dobry dzień, ani dla mnie, ani dla Caluma, bo jako pierwsi odpadliśmy z gry. Oczywiście ku wielkiej uciesze Michaela i Ashtona, którzy kosili nas, aż miło. W końcu także i Luke został bez orzeszków, a na polu bitwy została najbardziej zacięta w grze dwójka.
       Nachyliłam się w stronę Michaela i zerknęłam w jego karty. Chłopak miał parę dam. Uniosłam brwi do góry i pokiwałam głową, udając, że ma coś naprawdę mocnego. Wiedziałam, że Michael to zauważył, ale jego pokerowa twarz nic nie zdradzała.
- Malia! – krzyknął Ashton, a ja zrobiłam przepraszającą minę. Nie wytrzymałam jednak zbyt długo, bo jak tylko usłyszałam chichot Caluma, sama wybuchłam śmiechem.
- To, co Irwin? Pasujesz? – odezwał się Michael, z pewnością w głosie.
- Pewnie, że tak! Ale wiedz – wskazał na mnie palcem, udając surowy ton. Nie do końca mu to wyszło, bo zdradził go lekki uśmiech. – Że to oszustwo!
- Co tam masz? – zapytał Luke.
       Ash westchnął i rzucił na stół dwie pary złożone z królów i waletów. Michael wydał z siebie triumfujący okrzyk, rzucając na stół swoją parę dam. Irwin spojrzał na nas z niedowierzaniem, a następnie cmoknął pod nosem, kręcąc głową.
- To niesprawiedliwe – jęknął.
- To poker – oznajmił Michael zadowolony, zgarniając wygraną pulę.
- To oszustwo.
- To szczęście – sprzeczali się dalej. Przekręciłam oczami, a Calum spojrzał na kumpli z politowaniem.
- To co? Jeszcze po piwku? – zapytał Luke, przerywając im.
- Tak. Muszę przepić tą porażkę – powiedział Ashton.
- Ostatnio ty wygrałeś – odparł Calum.
- Ale teraz Mikey wygrał przez oszustwo – ciągnął swoje Irwin.
- Już się nie dąsaj – powiedziałam, rzucając w niego poduszką. – Kto nie ma szczęścia w kartach, ten ma szczęście w miłości.
- Teraz żeś podsumowała – skwitował Michael. – Grozi mi zostanie starym kawalerem?
- Z twoją buźką? – odparłam, dotykając jego policzków i delikatnie nimi poruszając. – No, coś ty! -Parsknęliśmy śmiechem w tym samym momencie, kiedy to Luke ustawił na stole kolejne butelki.
- I tak chcę rewanżu – powiedział Irwin, wskazując na Michaela.
- Innym razem. Mam dość kart – odparł Calum, przekręcając oczami. – Jak wy się zawzięcie, to nie ma mocnych. Ciągle tylko rywalizacja.
- To może teraz mała rundka w Fifę? – zaproponował Luke.
- Wchodzę w to! – powiedział szybko Hood.
- I to niby ten, który nie rywalizuje – rzuciłam ze śmiechem.
- Fifa to co innego.
- Wcale nie.
- W takim razie…
- Co?
- Wyzywam cie na pojedynek – powiedział Calum, wskazując mnie palcem.
- Super. Podejmuje wyzwanie – odparłam z pewnością w głosie.
- To powodzenia stary – odezwał się Luke, patrząc ze współczuciem na kumpla. – Jeśli myślałeś, że Malia nie umie grać, to się pomyliłeś. - Hood ściągnął usta i wlepił we mnie swoje ciemne oczy. Przez chwilę spoglądał na mnie w milczeniu.
- Nie bądź tchórz i się nie wycofuj – powiedział Michael.
- Wiesz, co to będzie, jak przegram z…
- Dziewczyną – dokończył za niego roześmiany Irwin. – To nadszarpnie twoją reputację.
- Klamka zapadła- powiedziałam, wstając z miejsca. – Rozegrajmy ten mecz. – Calum kiwnął głową. – Więc chodź drogi chłopcze, pora skopać ci tyłek w piłkę nożną! – Kiedy tylko to powiedziałam, pozostali ryknęli śmiechem.

       Około dziewiątej wieczorem, chłopaki wyszli z domu, a ja i Luke zostaliśmy sami. Przyszykowałam przekąski, bo w planach mieliśmy obejrzenie filmu. Na jednym z kanałów puszczali Kac Vegas, a ja bardzo lubię tą komedię. Mimo, że oglądałam ją wielokrotnie, to miałam ochotę, by zobaczyć ją raz jeszcze. Na szczęście nie musiałam zbyt długo namawiać na nią Luke'a. Blondyn niemalże zgodził się od razu.
       Do rozpoczęcia filmu było jeszcze trochę czasu. W tle, więc mieliśmy ustawiony kanał muzyczny. Pogrązeni w rozmowie dopijaliśmy piwa. W koncu kiedy butelki były puste, Luke ruszył się z miejsca, by przynieść ostatnie dwa napoje, które zostały w lodówce.
       Kiedy wrócił do pokoju, w telewizji puścili jeden ze starych kawałków. Jeden z moich ulubionych – Tina Turner Private Dancer. Poderwałam się z miejsca, w poszukiwaniu pilota, ale go nie znalazłam.
- Myślałem, że będziesz tańczyć – rzucił ze śmiechem Luke, kiedy w końcu odnalazłam urządzenie i nieco pogłośniłam dźwięk.
- A co myślisz, że nie umiem? – odparłam, unosząc brwi do góry.
- Umiesz, ale ciekawe, czy umiesz tak wczuć się w rytm, jak to robiono na starych filmach.
- To wyzwanie? – Luke uśmiechnął się, unosząc jedną brew do góry. – Mam ci to udowodnić?
- Jeśli powiem, że tak, to zatańczysz? – Kiwnęłam głową. – W takim razie udowodnij.
- Wiedziałam – rzuciłam, przekręcając oczami. – Ty… Podstępny chłopaku.
- No, to czekam – powiedział i usiadł na kanapie. Otworzył piwo i wypił z niego niewielki łyk. Wlepił we mnie swoje błękitne oczy, a ja zaśmiałam się. Dobra, słowo się rzekło. Trzeba zrobić show.

***
       Spoglądał, jak porusza się w rytm muzyki. Najpierw wolno, by za chwileczkę nieco przyspieszyć. Jej gesty były bardzo subtelne, kuszące, ale nie wulgarne. Zerknęła na niego spod wachlarzu czarnych rzęs i uśmiechnęła się niby niewinnie.

I’m your private dancer
A dancer for Money
I’ll do what you want me to do
I’m your private dancer
A dancer for money
And any old music will do

       Malia śpiewała z wokalistką, a on uśmiechał się, podziwiając ten obrazek. Kiedy odgarnęła z ramion włosy, cieszył się, że chłopaki wrócili do domu. Nie miał nic przeciwko nim, ale był zadowolony z tego, że tylko on mógł ją oglądać, gdy tańczy.
       Odchylił nieco głowę, kiedy podeszła do niego bliżej. Wyciągnęła w jego stronę ręce. Z zaciekawieniem uniósł brew.
- No, zatańcz ze mną – powiedziała rozbawiona.
- Nie umiem tańczyć.
- Oj, przestań – odparła, machając dłońmi.
       Zaśmiał się pod nosem, ale chwycił ją za ręce. Pomogła mu wstać i zbliżyła się do niego jeszcze bardziej. Splótł swoje palce z jej palcami i przez chwile poruszali się tak, jak to robili w starych czarnobiałych filmach. Po szybszym tempie, piosenka znów zwolniła. Zwolnili też i oni.
       Przysunęła się do niego jeszcze bliżej, a on tuż przed samym refrenem, obrócił ją. Malia wykonała pełen obrót, a Luke stanął tuż za jej plecami. Oplótł jej talie rękami, słysząc jak dziewczyna w dalszym ciągu podśpiewuje z Tiną. Widział na jej twarzy uśmiech.
       Kiedy oparł brodę o jej obojczyk, poczuł przyjemny zapach jej perfum. Malia zerknęła na niego, a następnie objęła jego głowę ręką, muskając delikatnie palcami jego szyję. Było to tak przyjemne dla niego uczucie, że w ogóle nie zorientował się, że piosenka powoli dobiegała końca. Chciał, by grała dalej.
       Jak tylko się skończyła, Malia odwróciła się do niego, a on mógł spojrzeć w jej ciemne oczy. Oczy, w których znów zagościły te wesołe iskierki, które tak bardzo lubił. Dziewczyna zaśmiała się pod nosem.
- Kłamca – powiedziała powoli. Luke uniósł brwi do góry. – I ty niby nie umiesz tańczyć?
- Tego nie można nazwać tańcem – skwitował.
- Oczywiście, że można – odparła z pewnością w głosie, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. – A teraz film. – Osunęła się od niego, a on niechętnie puścił jej dłonie.

***
       Luke usiadł na kanapie, zakrywając się kocem. Przełączyłam na odpowiedni kanał i ściszyłam nieco dźwięk. Rozpoczynało się Kac Vegas. Zajęłam miejsce obok niego.
- Podziel się kocem – zajęczałam, a blondyn zaśmiał się pod nosem.
       Przysunął się bliżej mnie i narzucił na mnie czerwony koc. Sięgnęłam po butelkę z piwem. Upiłam z niej kilka małych łyków brązowego napoju. W tym momencie Luke zaczął się kręcić.
- Co jest?- zapytałam, spoglądając na niego.
- Niewygodnie mi.
- Nie wyganiaj mnie tylko – rzuciłam, a chłopak parsknął śmiechem.
- Nie mam zamiaru.
       Spojrzałam na ekran, a Hemmings dalej wiercił się w miejscu. Przekręciłam oczami i ponownie utkwiłam w nim swoje brązowe oczy.
- Co jest?
- Nie wiem, gdzie mam położyć rękę – oznajmił, przetrzymując drugą dłonią piwo. – Tu mi nie wygodnie, tak niewygodnie…
       Westchnęłam i spojrzałam na niego z politowaniem. Odpowiedział mi przepraszającym wzorkiem. Niewiele myśląc przybliżyłam się do niego. Chwyciłam jego dłoń i zarzuciłam sobie na ramię. Wcisnęłam się nieco w jego klatkę piersiową. Dzięki temu zyskałam poduszkę pod głowę, zrobioną z jego ciała.
- Może być?
- Idealnie. 


***
I mamy za sobą kolejny dzień w Sydney. Mam nadzieję, że rozdział wam się spodobał, choć niewiele się w nim dzieje. Kolejna część w piątek :) Pozdrawiam! 

3 komentarze:

  1. Hah, końcówka mnie rozwaliła XD
    Czyżby specjanie, panie Hemmings? :P A nawet, jeśli nie, to i tak na twoją korzyść.
    Uwielbiam to opowiadanie, tak jak Pod Jednym Dachem. Boosko piszesz :) Jak kiedyś wydasz książkę, znajdę sposób, by ją przeczytać, o czymkolwiek by była :)
    Pozdrawiam, Całusy :*
    Lusia :)

    OdpowiedzUsuń
  2. BUhaha Michael i Malia ładnie to tak oszukiwać? Biedny Ash, głowa do góry chłopie pokonasz ich następnym razem :) AAAAW! ICH WSPÓLNY TANIEC- szczerze, to myślałam, że posuniesz się dalej :) Mi się też zdaje, że na końcówce Luke zrobił to specjalnie :D czekam na ciąg dalszy :)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń