piątek, 12 czerwca 2015

S1 - Rozdział 21 cz.1

Sydney, 18 sierpnia 2012 roku


       W domu panowała cisza. Luke dalej spał w najlepsze. Zeszłam do kuchni i skierowałam swoje kroki w stronę lodówki. Otworzyłam ją. Powitała mnie pustka. Poszperałam w szafkach. Praktycznie nic, oprócz dwóch paczek makaronu, pudełka z ryżem i no… Vegamite.
       Cmoknęłam pod nosem i wróciłam na górę w trybie natychmiastowym. Wskoczyłam w trampki, zabrałam torebkę i telefon. Znów wyszłam na hol. Musiałam pojechać po zakupy, aby żadne z nas nie jęczało, że jest głodne. A powoli właśnie to uczucie mi się odzywało. 
       Wiedziałam, gdzie znajduje się supermarket, bo kilkakrotnie przejeżdżałam lub przechodziłam obok niego. Jedyne co trzeba było zrobić, to skombinować samochód. A samochód był w posiadaniu Luke'a.
       Powoli otworzyłam drzwi od jego pokoju i cicho weszłam do środka. Spojrzałam na śpiącego. Jego twarz wtulona była w poduszkę, a kołdra podciągnięta prawie po sam czubek nosa. Słyszałam jego powolny oddech. Nie chciałam go budzić – nie powiem, wyglądał słodko, ale była to niestety siła wyższa.
       Podeszłam do łóżka i nachyliłam się nad chłopakiem. Lekko odsunęłam kołdrę z jego twarzy. Luke nie poruszył się. Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Hej słodziaku – powiedziałam. Zero reakcji. – Hej Luke. – Nic.
       Wysunęłam rękę w jego stronę. Dotknęłam jego policzka i delikatnie przejechałam po nim dłonią. Najpierw raz, potem drugi raz.
- Pingwinku- odezwałam się ponownie, starając się powstrzymać parskniecie śmiechem.
- Hm? – wydusił w końcu.
- Pożyczysz samochód?
- Kluczki i dokumenty są na biurku. Dbaj o niego, jak o własne dziecko, którego jeszcze nie masz i kup mi dużą Coca Colę, loda czekoladowego i batona – wyrecytował. Zrobiłam wielkie oczy. Luke to mnie potrafi zaskoczyć.
- Jeszcze jakieś życzenia?
- Nie przestawaj mnie miziać. To przyjemne – powiedział, w dalszym ciągu nie otwierając oczu. Na jego twarzy wymalował się lekki uśmiech.
- Oh, jasne – prychnęłam pod nosem.
- Jechać z tobą?
- Nie.
- To dobrze. Nie chce mi się wstawać – oznajmił, a następnie westchnął. Wyprostowałam się, a on załapał za kołdrę i znów podsunął ją pod nos.
       Pozostawiając to bez komentarza, podeszłam do biurka. Złapałam za dokumenty i klucze, dłużej zatrzymując wzrok na breloczku w kształcie pingwina, którego dostał ode mnie w Londynie. Uśmiechnęłam się na ten widok, który przywoływał wiele miłych wspomnień. W końcu odwróciłam się i cicho wyszłam z pokoju blondyna.

       Przesiadka z mojego małego niebieskiego samochodu, w czarne Audi Luke'a, było jak zmiana roweru na czołg. Pierwsze wrażenie było takie, że jest to auto o wiele za duże, jak na moje możliwości. Na szczęście po chwili mój mózg, a także i ciało przyzwyczaiło się do tej zmiany. Dojechałam, więc do supermarketu bez szwanku, a co najważniejsze bez żadnych uszkodzeń na cacku blondyna. Wolę nie myśleć, co by mi zrobił gdybym go tak przypadkiem porysowała.
       Udało mi się znaleźć miejsce dość blisko wejścia. Wysiadłam, zamknęłam samochód i ruszyłam w stronę ruchomych drzwi, które pochłaniały i wypluwały klientów. Złapałam za pierwszy z brzegu wózek i mijając bramkę, weszłam na salę sprzedażową.
       Listę zakupów ułożyłam w głowie… Dobra, nie ułożyłam, po prostu jechałam przez każdą alejkę po kolei i brałam to, co myślałam, że wziąć powinnam. Przez co wózek coraz bardziej zapełniał się produktami, a ja dziękowałam w myślach, że Luke jednak pożyczył samochód, bo sama bym tego do domu nie zatargała.
       W końcu ostatnią rzeczą, jakiej mi brakowało był czekoladowy lód, którego zażyczył sobie Hemmings. Wyjechałam z alejki i zakręciłam w stronę lodówek. Zagapiłam się na mrożonki poukładane w pionowych lodówkach i wjechałam w czyjś wózek. Instynktownie odwróciłam się i powiedziałam:
- Przepraszam.
       Uniosłam lekko brwi do góry. Przede mną stała Beth. Wlepiała we mnie swoje ciemne oczy. Było w nich widać złość, a nawet nienawiść. No… Jak widać nadal nieźle działam na tą małą.
- To ty – odezwała się, odgarniając z ramion blond włosy.
- Cześć – rzuciłam i już chciałam się odwrócić i odejść, kiedy Beth odezwała się ponownie.
- Jesteś z siebie zadowolona?
- Co?
- Rozwaliłaś to, co było między mną a Lukiem. To wszystko twoja wina.
- Chcesz mi zrobić scenę na środku supermarketu? – zapytałam z kpiną. – Zresztą to nie ja wszystko zepsułam. Chłopak nie zniósł wiecznego czepiania się o wszystko…
- To twoja wina – przerwała mi, zgrzytając zębami. – Gdybyś się nie pojawiła…
- Och, skarbie – zaczęłam i uśmiechnęłam się do niej. Byłam wkurzona. I to bardzo. Ale za wszelką cenę nie dałam tego po sobie poznać.
- Ty su… - odezwała się ponownie, ale ja szybko jej przerwałam. Na ustach nadal miałam uśmiech, który teraz przerodził się w typowo złośliwy uśmieszek. Wiedziałam, że chciała mnie nazwać suką, więc przyjęłam inną taktykę. Nie dam jej się obrażać. Nie zamierzam też ją wyzywać. Dlatego uderzyłam tam, gdzie się najmniej tego spodziewała.
- Oj, przestań- rzuciłam. – Rozgryzłaś mnie. To było widać od razu, co nie? Ale widzisz… Ja zawsze wygrywam. Luke był i będzie mój. I wiesz, co – nachyliłam się w jej stronę. – Ja miałam go pierwsza. – Beth zrobiła wielkie oczy. – I to moje usta, na jego ustach, były pierwsze. To mnie całował pierwszą. 
       Następnie wyprostowałam się, puściłam jej oczko i ruszyłam pewnym krokiem w stronę lodówek z lodami, zostawiając za plecami zszokowaną Beth. Przypadkowy całus na przystanku autobusowym ciężko było nazwać pocałunkiem, ale wykorzystałam ten fakt i nieco go ubarwiłam. Wiem, że walnęłam niezłą ściemę, ale blondynka w tym momencie była skora uwierzyć we wszystko, a mnie jakoś nie zależało na znajomości z nią, więc miałam to gdzieś.

       Podjechałam pod dom Hemmingsów. Zaparkowałam w tym samym miejscu, w którym wcześniej stał samochód i wysiadłam. Obeszłam go i otworzyłam bagażnik. Wyciągnęłam pierwszą partię siatek i niczym strongman, wykonujący spacer farmera, ruszyłam w stronę drzwi. Postawiłam siatki przy nogach i otworzyłam je.
- Malia?!
- A spodziewasz się kogoś innego?!
       Usłyszałam śmiech Luke'a, który po chwili zmaterializował się tuż przede mną. Po jego twarzy widać było, że niedawno zwlókł się z łóżka. Taki, to pożyje. W ręku ściskał telefon, który po chwili wylądował w jego kieszeni.
- Pomóc ci?
- Nie.
- Serio?
- Pewnie, że tak – rzuciłam, a chłopak przekręcił oczami i zaśmiał się pod nosem. – W samochodzie jest reszta.
       Oddałam mu kluczyki. Przetrzymał mi drzwi, abym mogła wejść do środka, a następnie sam wyszedł na zewnątrz. Zaniosłam siatki do kuchni i postawiłam je na stole z głośnym BUM. Były ciężkie. Zaczęłam je rozpakowywać, kiedy w pomieszczeniu zjawił się Luke. Kolejne siatki, znalazły się na stole.
- Kupiłaś mi loda?
- A co ze śniadaniem – odparłam niczym matka.
- Kupiłaś mi loda? – powiedział ze śmiechem.
- Tak. Poszukaj.
       Luke zaczął nurkować w siatkach, a ja wróciłam do wykładania i rozkładania zakupów, które lądowały w odpowiednich miejscach. Ser do lodówki, Nutella do szafki i tak dalej.
       Kiedy blondyn w końcu znalazł swoją zdobycz, usiadł na krześle. Odwinął szeleszczący papierek i zabrał się za pałaszowanie loda. Spojrzałam na niego, gdy zdałam sobie sprawę z tego, że chłopak mi się przygląda.
- Co? –wydusiłam przeciągając słowo.
- Dziś impreza – zakomunikował mi.
- Impreza?
- Jak nie chcesz iść, to możemy zostać w domu…
- Nie żartuj. Chętnie pójdę –rzuciłam ze śmiechem. – Gdzie idziemy?
- Do Oazy. Klub niedaleko plaży. Ale nie baro-klub, jak ostatnio, tylko normalny klub. Umówiłem nas z chłopakami na ósmą.
- Ósma pasuje – powiedziałam, kiwając głową. Luke uśmiechnął się, a następnie zajął się swoim lodem.

***
       Siedział na kanapie w salonie i wlepiał oczy w ścianę. Palcami lewej dłoni wystukiwał tylko znany jemu rytm. Czasem dla odmiany skubał dół swojej błękitnej koszuli. Czekał… A ona dalej nie była gotowa. Co jakiś czas zerkał na zegarek, który miał zapięty na prawej ręce. Ale czego on się spodziewał… W końcu to kobieta.
       Po długich ciągnących się minutach, usłyszał stukot obcasów, który rozniósł się echem po cichym holu. Najpierw na górze, a potem na schodach. Podniósł głowę, gdy zaczęła schodzić na dół. Najpierw zobaczył czarne szpilki i odsłonięte nogi. Potem granatowe spodenki i dłuższą czarną bluzkę na grubszych ramiączkach. Dekolt był głęboki, ale nie na tyle, by odsłonić za dużo. Miała mocniejszy makijaż i idealnie proste włosy. Uśmiechnął się. Dla niego wyglądała, jak marzenie.

***
       Z resztą ekipy spotkaliśmy się w połowie drogi do Oazy. Rozmawiając i dowcipkując, szliśmy w stronę klubu. Każdy z nas był w dobrym nastroju i każdy miał ochotę, aby nieco się wyszaleć. A ja w duchu pragnęłam, by to wyjście nie skończyło się, jakimś dramatem, jak poprzednio.
       W końcu zatrzymaliśmy się przed dużym, płaskim budynkiem. Nad drzwiami wisiał okrągły szyld z plażą i palmą, z napisem Oaza. Do moich uszu dochodziła głośna muzyka. Z plakatu, który niewątpliwie miał zachęcać potencjalnych klientów do wejścia do środka, wyczytałam, że dziś jest wieczór z muzyką mieszaną. Grane będą nowe hity, jak i te stare. Jak dla mnie bomba.
       Weszliśmy do środka. Dwóch postawnych ochroniarzy sprawdziło nam dokumenty, a następnie wskazano nam oszklone drzwi, za którymi rozpoczynała się zabawa. Gęsiego weszliśmy do głównej sali. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to kolorowy i święcący się bar, a także olbrzymi parkiet i masa stolików złożona z żółtych i czerwonych skórzanych sof i puf. W rogu stały palmy, a na ścianach umiejscowiona została draperia, która odwzorowywać miała złocisty piach oraz wodę. Kelnerki w czerwonych strojach przemieszczały się po sali obsługując gości.
- Tam jest wolne – powiedział Michael, wskazując stolik naprzeciwko nas.
       Ruszyliśmy w tamtą stronę. Usiedliśmy, a ja spojrzałam na rozstawiony kartonik w formie kostki, który proponował cztery specjały lokalu.
- Co pijemy drogie panie? – zapytał się Ash z uśmiechem, łapiąc za kostkę i przesuwając ją między swoimi długimi palcami.
- Dla mnie Margarita truskawkowa – powiedziałam.
- Szybka decyzja – odparł Irwin.
- Ja postawię na klasykę. Wódka z colą.
- Ja ze Spritem. I dwie cytryny.
- To ja biorę Long Island Ice Tea- rzucił perkusista i spojrzał w kierunku kelnerki. Ta, jakby czytała mu w myślach, poprawiła fartuszek, który miała przywiązany w pasie i ruszyła w naszym kierunku. Ashton złożył zamówienie. Niedługo po tym na naszym stoliku pojawiły się kolorowe napoje. Wznieśliśmy pierwszy toast.

       Z początku nikomu nie spieszno było do jakieś wielkiej imprezy. Siedzieliśmy, piliśmy i rozmawialiśmy o wszystkim. Często towarzyszyły temu wybuchy śmiechu. W końcu, kiedy ja i Ashton wyśpiewaliśmy razem z Jon Bon Jovi piosenkę Livin’ On A Prayer, postanowiłam się ruszyć. Ile przecież można siedzieć. Parkiet był już prawie pełen. To zachęcało mnie do tańca jeszcze bardziej.
       Luke i Michael pogrążyli się w rozmowie na temat gitar, a do tematu dołączał, co jakiś czas Ash. Odwróciłam się, więc w stronę mojego ratunku z tej siedzącej pozycji. Calum uniósł brwi do góry, a jego ciemne oczy spoglądały wprost na mnie.
- Mam coś na twarzy? –wydusił, pocierając dłonią policzek.
- Nie.
- Więc?
- Zatańcz ze mną – zajęczałam, niczym dziecko.
- Nie ma sprawy. – Wstał, jako pierwszy i podał mi rękę. Następnie pochylił się w stronę pozostałych, przerywając im rozmowę. – Będziemy na parkiecie.
- Calum – powiedziałam, ciągnąc go. – To jedna z moich ulubionych! Chodź!
       Chłopak parsknął śmiechem, a następnie grzecznie ruszył za mną. Choć tak naprawdę w tym momencie nie miałby wyboru, bo puścili Tinę Turner. Gdyby się rozmyślił i nie chciał iść, wymusiłabym to na nim. Nie moja wina, że biorą mnie stare kawałki.

***
       Dopiero po chwili zorientował się, co leci w tle. Gdy doszła do niego muzyka i słowa piosenki, przypomniał sobie wczorajszy wieczór. Przestał się odzywać i wzrokiem zaczął jej szukać. W końcu zauważył ją na parkiecie w towarzystwie jednego ze swoich najlepszych kumpli. Calum i Malia bujali się w do piosenki Tiny Turner Private Dancer.
       Upił łyk drinka, nie odrywając od nich wzroku. Tańczyli blisko siebie, ale nie tak, jak on i ona wczoraj. Dziewczyna znów podśpiewywała razem z wokalistką, a Calum jej wtórował. Złapał ją za rękę, a ona uśmiechnęła się, kołysząc biodrami w rytm muzyki. Luke poczuł ukłucie zazdrości.
- A ty co, zawiecha? – odezwał się Michael, machając mu przed oczami ręką. Nachylił się bardziej w jego kierunku i spojrzał w tą samą stronę. – Aaa…
- Żadnego aaa Mikey – rzucił Luke, niechętnie odwracając się w stronę kumpla. Clifford zrobił niewinną minę i chwycił za swoją prawie pustą szklankę. Dopił drinka do końca i uśmiechnął się.
- Powiem ci na pocieszenie, że brunetka przy stoliku po lewej, nie spuszcza z ciebie wzroku – poinformował go Michael.
- Dzięki, ale nie jestem zainteresowany – skwitował Luke, wzruszając ramionami.
- Dobrze, by było gdybyś nie wybierał mu panienek na siłę – odezwał się Ashton, a Michael przekręcił oczami. – Zresztą Luke chyba już ma jedną na oku – dodał ze śmiechem.
- Jezu – mruknął blondyn, opierając się o oparcie sofy.
- To przecież oczywiste Luke – zaczął Michael. – Ciągnie cię do niej i akurat nas nie oszukasz. – Blondyn wypił kolejny łyk drinka, a następnie zacisnął usta. Nie odpowiedział. Chciał zakończyć ten temat.
- Jak widzę, nie tylko Luke ma ją na oku – powiedział Ash, wskazując palcem na mężczyznę, który także przypatrywał się ich przyjaciółce.
- Możemy skończyć? – zapytał blondyn. Na szczęście chłopaki pokiwali głowami i choć dalej mieli głupkowate uśmieszki na twarzy, to zostawili go w spokoju i nie wracali do tematu.


 ***
Kolejny rozdział za nami i kolejny rozdział, który musiałam podzielić na dwie części. Chciałam to zrobić w miarę proporcjonalne, aby części były równe, ale nie udało się :P 
Pod spodem, jak zwykle małe fragmenty z drugiej części na zachętę :) - Całość pojawi się w poniedziałek.


- Puszczaj – wysyczałam, wrzucając w to jedno słowo tyle jadu, ile tylko możliwe.
- Jaka agresywna - powiedział rozbawiony. 

***
- Nie podnosi się ręki na mojego kumpla.

***
- Popieprzyło was?! – Warknął Irwin.
- Sam byś tak zareagował, gdybyś pierwszy dostał w pysk! - odparł Luke.

***
- Otwórz buzię.
- Co?
- Otwieraj.

***
- Bo ja już nie mogę- zaczął i usiadł na wannie, która znajdowała się tuż obok prysznica.
- Co się dzieje Luke? - Zapytałam ciszej, podchodząc do niego.

Pozdrawiam :D

3 komentarze:

  1. Tak! Daj sobie siana Beth! Nigdy nie grałaś ważnej roli w tym przedstawieniu, złociutka!
    Zazdrosny Luke, to takie słodkie. Mnie też, cukiereczku, nie oszukasz, wiem, że Malia cię kręci. Ty ją też, niech cię o to główka nie boli.
    Jeju, te fragmenty tylko podsycają moją ciekawość :( a do poniedziałku cały weekend :(
    Życzę weny i pozdrawiam! ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. AAW!!! XD Ich poranna rozmowa była słodka - szczególnie to "pingwinku..." :D Nie no znowu ooona... niech spada na drzewo. Popieram Lariste - daj sobie siana! Uuu zazdrosny Hemmo to słodkawy Hemmo :D Czekam na to kiedy ich połączysz w końcu, bo nie wyobrażam sobie, by to mogło inaczej się skończyć - ale nie opowiadanie, a raczej jej wyjazd :) Fragmenty - jak zwykle mega ciekawe, nie mogę się doczekać kolejnej części. Byle do poniedziałku - bo mnie rozniesie :D
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń