czwartek, 25 czerwca 2015

S1 - Rozdział 22 cz.2

       Zasnęłam na kanapie, nawet nie wiem kiedy. Musiałam odespać nie tylko imprezę, ale też to, co działo się po i tą swoją poranną pobudkę. Pełniejsza energii, z kubkiem kolejnej kawy, wzięłam się za robotę. Dzisiaj wracali rodzice blondyna i trzeba było przyszykować jakieś jedzenie.
       Luke bardziej mi przeszkadzał, niż pomagał w tej pracy, więc wygoniłam go z zasięgu kuchenki i blatu, by nie plątał mi się pod nogami. Miał do gotowania dwie lewe ręce, a nie było tyle czasu, by bawić się w naukę pichcenia. Powoli zbliżała się godzina zero, a jedzenie jeszcze nie było gotowe.
       Blondyn rozsiadł się na krześle, tuż przy stole i co jakiś czas zerkał na telefon, gdy kolejny sms bombardował jego komórkę. Kiedy odwróciłam się, on tylko lekko się uśmiechnął i poinformował mnie, że to chłopaki. Kiwnęłam tylko głową i wróciłam do mieszania sosu.
- Bez jaj – syknął pod nosem. 
       Zerknęłam na niego, a on wlepił we mnie swoje błękitne oczy. Na jego twarzy pojawi się ten zdradziecki, ale udawany niewinny uśmieszek. Miałam wrażenie, że jest lekko zdenerwowany.
- Coś się stało?
- Nic takiego. Po prostu… reszcie odbija – skwitował, odkładając na stół telefon, który po chwili wydał z siebie krótki dźwięk i zawibrował. Luke przewrócił oczami i niechętnie sięgnął po komórkę.
- Nakręcili się na coś?
- Dokładnie.
- Mogę wiedzieć, na co? – Luke zacisnął usta i spojrzał na mnie wzrokiem zbitego psa. Nie wiedziałam, o co mu chodzi.
- Daj spokój, chyba nikogo nie zamordowaliście, nie?- Pokręcił głową. – To o tyle dobrze…
- Po prostu… przez przypadek… - Sposób, w jaki się zmieszał był nawet uroczy. Nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem. – Wcale mi sprawy nie ułatwiasz – skwitował z nadąsaną miną.
- No, wyduś to z siebie.
- Po prostu Michael… Naprawdę nie wiem, jak to zrobił, ale tak mnie podszedł, że się wygadałem, że ty i ja, że my jesteśmy razem – powiedział jednym tchem. 
       Uniosłam brwi do góry. Też mi wielka tajemnica. I tak prędzej, czy później, by się o tym dowiedzieli, ale nie powiem, chłopaki to mają szybkość w pozyskiwaniu i przekazywaniu informacji. Luke przez chwilę spoglądał na mnie z lekko skwaszoną miną, a ja nie mogąc dłużej się powstrzymać, znów zaczęłam się śmiać.
- I?
- Tylko i?
- I, co?
- Nie jesteś… nie wiem… zła, czy coś?
- A czemu miałabym być? Zresztą ja wygadałam się Sharon – rzuciłam, wzruszając ramionami.        Może nie było to do końca, aż takie wygadanie, bo powiedziałam jej praktycznie wszystko i to ona sama chyba szybciej ode mnie wiedziała, co do niego tak naprawdę czuję. Luke zrobił wielkie oczy, a następnie zaśmiał się pod nosem.
- Kiedy ty to zrobiłaś, jak cały czas byłem z tobą?
- Jak spałeś?
- Kiedy?
- Spałeś u siebie w pokoju.
- Ale my wtedy… Bez jaj – wydusił z siebie. - To czym ja się tu kurna stresuję?
- Nie mam pojęcia – odparłam ze śmiechem.
- Moja dziewczyna to gaduła – skwitował, kręcąc głową. Zerknął na mnie i zaśmiał się pod nosem.
- Mój facet nie lepszy – odparłam, odwracając się z powrotem w kierunku kuchenki.
- To żeśmy się dobrali.
       Kiedy skończył, parsknęłam śmiechem. Po chwili Luke dołączył do mnie. Nagle usłyszeliśmy znane głosy i otwierające się drzwi wejściowe. Blondyn zerwał się ze swojego miejsca, a następnie spojrzał na mnie z szerokim uśmiechem.
- Co?- wydusiłam.
- Moja mama też musi to wiedzieć.
       I zanim zdążyłam w jakikolwiek sposób zareagować, Hemmings wyleciał z kuchni, jak torpeda. Usłyszałam stawiane walizki na drewnianej podłodze, a potem krzyk Liz na widok jej syna.
- Mój Boże Luke co ci się stało?!
- Ciebie też dobrze widzieć mamo – powiedział. 
       Zgasiłam szybko palnik, odstawiając gorący sos na bok. Wytarłam ręce i ruszyłam w ich stronę.
- Co się stało? – naciskała Liz.
       Kiedy weszłam do pokoju, Luke stał w mocnym uścisku swojej matki, która dokładnie, niczym lekarz lustrowała jego słodką buźkę. Zacisnęłam mocniej usta, starając się nie śmiać, bo ta scena naprawdę wyglądała komicznie. Szczególnie, że Luke był od niej dużo wyższy, a Liz, niczym kobieta strongman, zniżyła go do parteru.
- Cześć, jak podróż? – zapytałam, witając się z jej mężem, a następnie podchodząc do niej. Blondynka spojrzała na mnie z ulgą. Chyba przez chwilę pomyślała, że i ja wyglądam tak samo, jak jej syn.
- Cześć, może ty mi powiesz skąd on to ma, skoro on sam nie chce mi nic powiedzieć…
- Mamo…
- Cicho młody – rzuciła i wlepiła we mnie swoje oczy.
- Śmiało mogę powiedzieć, że Luke ocalił mi skórę – powiedziałam powoli.- Byliśmy na imprezie i jeden facet się do mnie przyczepił. Gdyby nie on i Michael, to wolę nie wiedzieć, co mogłoby się stać.
- Dobra robota synu – odezwał się Andrew, klepiąc swoje najmłodsze dziecko po plecach.
- Mój mały Luke – rzuciła Liz, przytulając go do siebie. – Jestem z ciebie taka dumna. – A następnie znów spojrzała na niego surowo. – Chociaż wolałabym żebyś takie sprawy nie załatwiał za pomocą pięści.
- Mamo – jęknął blondyn, a następnie rzucił mi błagalne spojrzenie. Zachichotałam pod nosem i szybko zmieniłam temat, ratując go z opresji.
- Pewnie jesteście głodni – rzuciłam, a Liz spojrzała na mnie z uśmiechem.
- I to jak.
- To dobrze, bo kolacja jest gotowa.

***
       Malia wróciła do kuchni, aby dokończyć szykowanie kolacji, a on usiadł na kanapie, ciężko wzdychając. Jego mama, co jakiś czas zerkała na niego uważniej, jakby ten miał jej zaraz zakomunikować, że jednak potrzebuje wizyty w szpitalu. Prawda była taka, że blondyn czuł się o wiele lepiej, niż po całym zajściu. Praktycznie już nic go nie bolało, ku jego wielkiej uldze.
       Zresztą to nie była tylko zasługa jego organizmu, ale także szybkiej i skutecznej prowizorycznej pomocy, jakiej udzieliła im Malia. Potem jednak nastał niewielki dół, a później dał się porwać chwili i zatracić temu, co działo się w jego pokoju. Nawet nie zdawał sobie z tego sprawy, że uśmiechnął się szeroko i całkowicie niekontrolowanie, na samo wspomnienie o tym. Liz jednak szybko wyłapała tą nagłą zmianę.
- Co się tak cieszysz? – zapytała, zerkając na niego z góry.
- Co?
- Skąd ten szeroki uśmiech?
- Mamo…
- Zejdź z niego Liz – jęknął Andrew. Jednak widząc tą scenę, zachichotał pod nosem.
- Po prostu jestem…
- No? – ponagliła go, a on uniósł brwi do góry i zaśmiał się, kręcąc głową. – Jaki jesteś?
- Szczęśliwy – odparł. Liz spojrzała na niego zupełnie zaskoczona. Luke postanowił nieco podroczyć się z własną rodzicielką. – To zbrodnia?
- Jasne, że nie. Choć zależy, co cię tak nagle uszczęśliwiło.
- Dziewczyna – odpowiedział, a Liz zrobiła duże oczy. – Mam dziewczynę.
- Znowu – jęknęła Liz, a potem zdając sobie sprawę ze swojej gafy, szybko nałożyła na usta szeroki uśmiech.- To znaczy… Nie, żebym ja… Osiwieje przez ciebie Luke. – Chłopak i jego ojciec ryknęli śmiechem. – Wiesz, że nie powinieneś się spieszyć. Poznałeś ją pewnie niedawno…
- Znam ją od dawna.
- Wróciłeś do Beth? – A on szybko pokręcił głową. – Nie mów, że to ta Ashley. – Po raz kolejny pokręcił głową. – To nie mam pojęcia… Znam ją?- Pokiwał głową. – Jezu, weź w końcu mi powiedz! – rzuciła z niecierpliwością, co spowodowało, że jej syn zaśmiał się po raz kolejny, a jego ojciec szybko mu zawtórował, choć i on przysłuchiwał się temu z uwagą. – Zwariuję z wami! Tak to jest, jak się mieszka z samymi facetami. Wykorkuję przez was! Więc?
- Znam ją od dawna i ty ją znasz.
- To wiem i…
- I ona właśnie szykuje ci kolację – powiedział powoli Luke, dokładnie obserwując reakcję swojej mamy. Liz zrobiła wielkie oczy, a następnie uśmiechnęła się szeroko.
- Naprawdę? – Pokiwał głową, nie przestając się uśmiechać. – To znakomicie! W końcu postawiłeś na odpowiednią osobę! 
       Luke uniósł brwi do góry. Liz klasnęła w dłonie i już myślał, że matka rzuci się w jego ramiona, by go uściskać, ale ona pisnęła i niemalże pognała w stronę kuchni. Luke i jego ojciec wymienili zaskakujące spojrzenia. Andrew wzruszył ramionami. Oboje chyba nigdy nie zrozumieją kobiet.

***
       Postawiłam ostatni talerz na stole. Wtedy usłyszałam dziki pisk wydawany przez Liz. Podskoczyłam w miejscu i spojrzałam w stronę wejścia do kuchni. W tym momencie przed oczami stanęła mama Luke'a z szerokim uśmiechem na ustach.
- Moja kochana – powiedziała i podeszła do mnie. Wzięła mnie w ramiona i uściskała mocno.
- Co się stało? – wydusiłam z siebie zaskoczona, kiedy Liz oderwała się ode mnie. Złapała moją twarz, przyklepując mi włosy i po raz kolejny obdarzyła dobrodusznym uśmiechem.
-Tak się cieszę!
- Wygrałam coś, czy jak? – odparłam, bo kompletnie nie zrozumiałam tej całej sytuacji. Mój mózg z początku nie załapał, o co w tym wszystkim chodzi. Liz spojrzała na mnie uważniej.
- Jeśli Luke robi sobie ze mnie żarty, to go zabiję – powiedziała powoli.
- Co jest Liz?
- Powiedział, że jesteście razem. Teraz nie wiem, czy mam mu wierzyć, czy nie…
- Uwierz – odparłam. 
       Zauważyłam, jak jej oczy znów się powiększają, a na usta wraca ten szeroki uśmiech.
- Cieszę się! – I przytuliła mnie po raz kolejny. – Naprawdę. W końcu ktoś właściwy dla mojego syna. W końcu ktoś, kto ustawi go do pionu.
- Liz – rzuciłam ze śmiechem, kiedy mnie puściła.
- Wychowasz go sobie i będzie idealny. Tamte dziewczyny nie miały tego, co ty. – Spojrzałam na nią, a potem wybuchłam śmiechem. Mama Luke'a dołączyła do mnie.
- Co wam tak wesoło? – zapytał Andrew, opierając się o framugę.
- Kochanie – rzuciła Liz. – Weź stąd sobie idź. Rozpakuj walizki, pogadaj z synem lub zrób coś innego, a nas zostaw na chwile same. – Nie mogąc się powstrzymać, zaśmiałam się po raz kolejny.

       Zjedliśmy razem kolację, która upłynęła w naprawdę rewelacyjnej atmosferze. Rozmawialiśmy i śmialiśmy się, a rodzice Luke'a opowiedzieli nam o swoim wyjeździe. Oni także chcieli wiedzieć, co my robiliśmy, więc z grubsza streściliśmy im weekend, pomijając niektóre rzeczy. W końcu nasze talerze były puste i trzeba było zabrać się za sprzątanie.
- Nie Liz, jesteście po podróży, ja i Luke posprzątamy – powiedziałam, kiedy kobieta wstała od stołu i złapała za pierwsze brudne talerze. Ta uśmiechnęła się do mnie.
- Widzisz, już mi rozkazuje- odparł blondyn, udając obrażony ton.
- I dobrze – skwitowała jego matka.
- Nie daj się synu – rzucił Andrew. – Miej męską godność.
- Męską godność – prychnęła pod nosem Liz, a następnie sprawdziła kieszenie. – Skarbie, weź zobacz, czy nie wcisnęłam telefonu do walizki. Powinnam zadzwonić do Bena i Jacka, mają jutro do nas przyjechać.
- Jasne, nie ma sprawy – odparł Andrew. Wstał od stołu i wyszedł z kuchni. Liz uśmiechnęła się z triumfem.
- I masz tu swoją męską godność- rzuciła, a ja i Luke zaczęliśmy się śmiać. – Na pewno ci nie pomóc? – zwróciła się do mnie.
- Poradzimy sobie.
       Kiwnęła głową, wstała z miejsca i ona również opuściła kuchnię. Przez chwilę ja i Luke zbieraliśmy talerze w milczeniu. Blondyn zaczął pakować brudne naczynia do zmywarki, a ja złapałam za ścierkę, by przemyć blat i stół. Nagle chłopak wyprostował się, zbliżył do mnie i objął mnie w talii. Nachylił się w moją stronę.
- Moja mama cię uwielbia – wyszeptał ze śmiechem. – Co ty w sobie takiego masz?
- A może to transakcja wiązana, bo i ja ją bardzo lubię? Zresztą twoi rodzice przypominają mi moich – odpowiedziałam, a ten musnął nosem mój policzek.
- Naprawdę mnie to cieszy – odparł, a ja uśmiechnęłam się.
- Synek mamusi. – Usłyszałam, jak prychnął pod nosem i zaśmiał się.

       Położyłam się do łóżka, zaciągając kołdrę prawie po samą brodę. Byłam zmęczona. Zmęczona całym dniem i tym wszystkim, co się wydarzyło. Dopiero teraz poczułam, jak te wszystkie emocje ze mnie schodzą. A trochę ich było, biorąc pod uwagę ostatnie dwa dni.
       Przekręciłam się na bok, wciskając twarz w chłodną poduszkę, która idealnie koiła i uspakajała. Nic dziwnego, że od razu bardziej zachciało mi się spać. W momencie, kiedy zamknęłam oczy, usłyszałam ciche otwieranie drzwi od pokoju. Otworzyłam je z powrotem i uśmiechnęłam się pod nosem. Luke niczym przyczajony szpieg, zbliżył się o mojego łóżka. Ukucnął przy nim, wlepiając we mnie swoje oczy.
- Śpisz?
- Nie. Co jest?
- Nie masz mnie dość?
- Skąd to pytanie Luke?
- Nie masz?
- Nie – odparłam ze śmiechem, widząc jego pewny siebie uśmieszek.
- To dobrze.
       I zanim zdążyłam się zorientować, władował mi się do łóżka. Przesunęłam się, by zrobić mu miejsce, a on objął mnie ramieniem. Przez chwilę wtulałam się w jego klatkę piersiową. Oboje milczeliśmy.
- Żyj chwilą – powiedział do mnie, a ja zaśmiałam się pod nosem. Czyżby to zaczynała być nasza jakaś tajna sekwencja? Nasze motto? Złota myśl nadana przez Sharon? – Dlatego wykorzystuję każdą chwilę.
- Nie mam nic przeciwko.
- Całe szczęście.
       Uniosłam się na łokciach i zawisłam nad nim. Choć było ciemno, to ja i tak bardzo dobrze widziałam jego twarz, a wszystko za sprawą tego, że do pokoju wdziały się uliczne światła. Przejechałam palcem po jego wargach, a następnie pocałowałam go. Jego dłoń mocniej zacisnęła się na moim ramieniu. Odsuwając się od niego, zauważyłam, jak się uśmiecha. Znowu… I nie chciałam, by kiedykolwiek przestał to robić.
- Idziemy spać? – zapytał.
- Tak, jestem wykończona.
- Ja tak samo.
       Odwróciłam się od niego. Odchylił kołdrę, by lepiej ją na siebie narzucić. Poczułam, jak przybliża się do mnie i obejmuje mnie dłonią w talii. Splotłam nasze palce ze sobą, a on wtulił się w moje plecy. To była idealna pozycja do spania zarówno dla mnie, jak i dla niego. Przyjemna i bezpieczna.  A on dawał mi te dwie rzeczy na raz. 


***
Na kolejny rozdział zapraszam w poniedziałek :)
Pozdrawiam!

5 komentarzy:

  1. Hahaha Luke jak się biedny zestresował. Się chłopak lekko zdziwił. Boże Liz kobieto uwielbiam cię hahahaha twój synuś się zakochał a ona na to "znowu". XD padłam. Końcówka naprawdę urocza. Czekam z niecierpliwością na poniedziałek :)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
  2. Liz, rozbroiła mnie na łopatki. A Hemmings? Jej, jaki słodziutki był, jak się wkopał przy Malii. Uwielbiam ich i naprawdę się cieszę, że są już razem. Oby tylko ten jej wyjazd do Australii, nigdy się nie skończył, bo coś podejrzewam, że później mogą się pojawić kłopoty w związku. Jak to przeważnie bywa, na odległość.

    No nic, czekam na kolejny rozdział!

    OdpowiedzUsuń
  3. Hahaha świetny czekam na next! :***

    OdpowiedzUsuń