poniedziałek, 29 czerwca 2015

S1 - Rozdział 23

Sydney, 20 sierpnia 2012 roku


       Dźwięk budzika rozniósł się po całym pokoju. Szybko go wyłączyłam. Przetarłam dłońmi twarz. Najchętniej poszłabym spać dalej, ale obiecałam Liz, że z rana obie wybierzemy się na zakupy. Dzisiaj przyjeżdżali jej starsi synowie, a w planach z tej okazji miał być grill. Mieli też wpaść chłopaki. Trzeba, więc było zaopatrzyć się w dużą ilość jedzenia. I wszystko miało być oczywiście perfekcyjne.
       Wyplątałam się z długich ramion Luke'a, który mocniej przycisnął twarz do poduszki. Kiedy wstałam z łóżka, on cicho jęknął. Powoli otworzył oczy i zamrugał. Spojrzał na zegarek, a następnie jego błękitne tęczówki przeniosły się na mnie.
- Wiesz, która godzina? Jest po ósmej – mruknął.
- Wiem Pingwinku, znam się na zegarku – odparłam, nachylając się w jego stronę. Cmoknęłam go w nos, na co on cicho zamruczał.
- Gdzie idziesz? – jęknął, kiedy się wyprostowałam.
- Obiecałam twojej mamie, że pojadę z nią do sklepu.
- O ósmej rano?
- O dziewiątej. Przed wyjściem będzie jeszcze kawa i…
- Muszę wstawać?
- Ty? Nie.
- To chciałem usłyszeć – powiedział, niemalże zakopując się w pościeli.
       Przekręciłam oczami. Standard w jego wykonaniu. Jako, że Luke spał w moim tymczasowym pokoju, musiałam szykować się do wyjścia w ciszy tak, by go, co chwilę nie budzić. Na szczęście blondyn nie należał do osób mających zbyt lekki sen, więc nie reagował na niektóre dźwięki. Spał dalej w najlepsze, kiedy opuszczałam pokój, gotowa na pokazanie się światu.

       Wróciłyśmy do domu po jakiś dwóch godzinach. Byłam ledwo żywa, bo Liz przeciągnęła mnie tak szybkim tempem przez wszystkie alejki hipermarketu, że teraz miałabym problem z odpowiedzeniem na pytanie, jak się nazywam.
       Wtargałam do domu ostatnią siatkę z zakupami, zamykając za sobą drzwi. Poszłam do kuchni, w której to Liz już zaczęła rozpakowywać zakupione przez nas produkty. Przy stole siedział Andrew, z uniesionymi do góry brwiami i spoglądał z politowaniem na szybkie ruchy swojej żony. Kiedy weszłam, zerknął na mnie i zachichotał pod nosem. Odgarnęłam z czoła brązowe kosmyki włosów i podeszłam do stołu.
- Czyżby moja żona zafundowała ci maraton? – zaśmiał się, a Liz zmrużyła na niego swoje oczy. Następnie uśmiechnęła się do mnie dobrodusznie.
- Co ty – rzuciłam, machając w jego stronę ręką. W końcu solidarność kobiet być musi. – Choć tempo to masz niezłe – dodałam, spoglądając na blondynkę.
- Kawy? – zapytała, nastawiając wodę.
- Pewnie.
       Zaczęłam dokańczać wypakowywanie zakupów, segregując je tak, jak wcześniej robiła to ona. Liz zrobiła nam kawę, a potem zabrała się za szykowanie jedzenia na grilla. Gdy skończyłam, sama zasiadłam przy stole i zaczęłam żmudną pracę, jaką było krojenie i siekanie warzyw na sałatkę. Nawet Andrew został zagoniony do roboty. Liz wygoniła go z kuchni, by ten przyszykował stoły, grilla i krzesła w ogrodzie.
       Kiedy pokroiłam kolejną marchewkę, do kuchni wszedł zaspany Luke. Uniósł brwi do góry, zerknął na zegarek, a następnie wzruszył ramionami. Chyba dla niego na pracę było zdecydowanie za szybko. Podszedł do mnie i cmoknął na przywitanie szybko w usta.
- Co kupiłyście? – zapytał, rozglądając się po blacie. 
       Zauważyłam, jak zaświeciły mu się oczy na widok czekoladowych batonów. Niewiele myśląc wyciągnął rękę w ich stronę. Niestety nie zdążył dotknąć błyszczącego czerwonego papierka, ponieważ Liz uderzyła go szybko w dłoń. Chłopak odskoczył od niej, jak oparzony.
- Gdzie?- rzuciła, spoglądając na niego. – Najpierw śniadanie.
- Ale mamo – jęknął, a ja parsknęłam śmiechem. Luke zmrużył na mnie swoje błękitne oczy, a potem przeniósł je na swoją rodzicielkę.
- Nie mamuj mi tu, tylko zjedz coś normalnego. Nie ma opychania się czekoladą z rana – powiedziała rodzicielskim surowym tonem.
       Blondyn prychnął pod nosem niezadowolony, co tylko wywołało kolejny chichot z mojej strony. Przekręcił oczami, podszedł do lodówki i zabrał się za robienie szybkiej kanapki. W pewnym momencie zerknął na mnie i lekko się uśmiechnął. Odpowiedziałam mu tym samym.
       Spojrzałam na kobietę, która w dalszym ciągu pilnowała wzrokiem słodyczy, jakby Luke miał zaraz po raz kolejny spróbować swojego szczęścia w starciu z nią. Była to dość zabawna scenka. Matka kontra syn. Ale Liz chyba zapomniała, że wyjeżdżając do sklepu same złapałyśmy po batonie, w ramach śniadania i pognałyśmy na zakupy, jakby od tego zależało nasze życie. Z drugiej strony Luke to był jej kochany syneczek i dla niego zasady były całkiem inne.

       Dzisiaj była idealna pogoda na grilla. Słońce nie grzało, aż tak mocno, nie było wiatru i aż przyjemnie siedziało się na dworze. Rozstawiałam koleje rzeczy na stole, starając się żeby wszystko jakoś się tu zmieściło, gdy doszły do mnie znajome głosy. Reszta 5 Seconds of Summer zjawiła się u Hemmingsów. Najpierw usłyszałam głośny śmiech Asha i Michaela, a potem szybkie kroki, które zmierzały ścieżką tuż przy budynku. Podniosłam głowę do góry i uśmiechnęłam się szeroko na ich widok.
- Malia! – krzyknął Michael, jakby nie widział mnie z dobry rok. Ściągnął okulary przeciwsłoneczne, które miał na nosie, a ja zrobiłam wielkie oczy. Miał wielkie limo pod okiem i kilka zadrapań na prawym policzku.
- Hej Mikey – rzuciłam, prostując się. – Wyglądasz…
- Uroczo? – przerwał mi ze śmiechem.
- Chciałam powiedzieć, że nie najgorzej, ale uroczo też pasuje – odparłam ze śmiechem.
- Widzę, że przyszliśmy za wcześnie – odezwał się Calum.
- Wcale nie. Każda para rąk się przyda - odpowiedziałam.
- Jak tam? – zwrócił się do mnie Ash, rozsiadając się na krześle. – Jestem głodny.
- Żadna mi nowość – rzuciłam, a on zaczął się śmiać. – Będziesz musiał jednak jeszcze trochę poczekać.
- Spoko, nie jestem, aż tak nagrzany na jedzenie, jak Luke, który zaczyna jojczeć i udawać, że umiera… O! Siema stary – powiedział, a ja odwróciłam się w stronę drzwi. Blondyn właśnie wyłonił się z domu. Chłopaki przybyli sobie piątki.
- Czemu ja wyglądam gorzej od niego? – jęknął Clifford, a ja, Calum i Ash parsknęliśmy śmiechem. – To nie sprawiedliwe. – Luke wzruszył ramionami, wyszczerzył się do niego triumfalnie, a następnie spojrzał na mnie.
- Moja mama cię woła.
- Jasne.
       Kiwnęłam im głową i weszłam do domu. Zauważyłam jeszcze, jak cała czwórka rozsiada się wygodnie przy stole. Faceci…
       Minęłam się ze starszym Hemmingsem, który z workiem brykietu ruszył w stronę drzwi. Weszłam do kuchni, w której dalej urzędowała Liz. Blondynka właśnie układała w równe rządki szaszłyki. Kiedy tylko usłyszała moje kroki, podniosła głowę i uśmiechnęła się.
- Słyszałam chłopaków.
- Tak, właśnie przyszli.
- Ben i Jack też zaraz powinni tu być. Sprawdzisz, czy sałatki są dobrze doprawione? Ja już chyba nie mam smaku.
        Pokiwałam głową i z szafki wyciągnęłam mały talerzyk i widelec. Nałożyłam na niego najpierw jedną sałatkę, a potem drugą i trzecią. Spróbowałam każdej. Były bardzo dobre.
- Są idealne Liz – powiedziałam z uśmiechem.
- Super. Weźmiesz je? – Już chciałam to zrobić, kiedy usłyszałyśmy szybkie pukanie do drzwi. – Otworzysz proszę? Mam brudne ręce.
- Jasne.
       Odstawiłam talerz do zlewu i ruszyłam w stronę drzwi. Pukanie rozległo się po raz kolejny, zanim zdążyłam przekręcić zamek. Złapałam za klamkę i nacisnęłam ją. Drzwi otworzyły się, a moim oczom ukazała się dwójka blondynów. Od razu rozpoznałam w nieznajomych starszych braci Luke'a. Ben był niższy, z nieco bardziej okrągłą twarzą, Jack natomiast mógł dorównywać wzrostem najmłodszemu i był też do niego bardziej podobny. Wszyscy jednak mieli te same błękitne oczy. Dopiero po chwili zauważyłam za Jackiem drobną brunetkę z dużymi brązowymi oczami.
- O! – wydusił Jack, robiąc nieco zaskoczoną minę. – Przez chwilę myślałem, że pomyliliśmy domy – dodał ze śmiechem.
- Cześć, jestem Malia – powiedziałam, szerzej otwierając drzwi. Weszli do środka.
- Przyjaciółka Luke'a z Londynu – odezwał się najstarszy. Pokiwałam głową, chociaż moja relacja z Lukiem zmieniła od wczoraj status na bardziej zaawansowany. – Miło poznać. Ben.
- Jestem Jack – powiedział drugi. – A to moja narzeczona Celeste. – Brunetka uśmiechnęła się do mnie szeroko.
- Miło poznać – odparłam, zamykając drzwi.
- Ciebie też – rzuciła miłym głosem.
- No, w końcu! – krzyknęła Liz z kuchni.
- Mamo, co wy się tak bunkrujecie w domu! – odpowiedział jej Ben, ruszając w stronę swojej rodzicielki.
- Ej, zostaw to! Nie łapami Ben! – Skarciła po chwili syna Liz, który najwidoczniej dobrał się do jedzenia.
- Też cię kocham mamuś – powiedział, a ja i Celeste zaczęłyśmy się śmiać. Potem także i ona oraz Jack poszli przywitać się z panią Hemmings.
       Weszłam do kuchni za nimi, kiedy blondynka szybkim ruchem przytuliła syna i jego narzeczoną. Złapałam za sałatki, a Ben znalazł się obok mnie.
- Pomogę ci.
- Dzięki – odparłam z uśmiechem.
- Będą burgery?- zapytał Jack. – Wiesz jakie.
- Wiem. I będą, o ile twój ojciec rozpali grilla – rzuciła Liz, dalej walcząc z mięsem. – Malia pogonisz mojego męża, bo ja już do niego siły nie mam.
- Pewnie.
       Ben skinął na mnie głową i oboje ruszyliśmy w stronę drzwi, które prowadziły do ogrodu. Wyszliśmy na dwór. Spojrzałam na zbiorowisko facetów przy grillu. Miałam nadzieję, że większych problemów z nim nie mieli. Kiedy odstawiliśmy miski na stół, cała piątka odwróciła się w naszą stronę. Zauważyłam, że grill został rozpalony.
- Czołem tato!
- Hej synu!
- Mama się pyta, co z … - Ale nie dokończył, bo parsknął niepohamowanym śmiechem. Dopiero po chwili zorientowałam się, co go tak rozbawiło. Ben wpatrywał się w Luke'a i Michaela. Blondyn przekręcił oczami.
- Ciebie też dobrze widzieć braciszku – wydusił z siebie Luke.
- A wy co? Mieliście jakieś zapasy? Pobiliście się o gitarę, czy jak? – ciągnął Ben. – Czy może pobiliście się o dziewczynę? Jak to z wami było Mikey?
- Hej tato, hej Luke, hej chłopaki – usłyszałam za plecami ciąg zdań wyrzucanych przez Jacka. – LOL. A wam, co się stało?
       Zacisnęłam lekko usta, w dalszym ciągu słysząc chichot Bena, który był nie ukrywajmy, ale zaraźliwy. Zauważyłam, jak Calum i Ashton też walczyli ze sobą, by nie ryknąć śmiechem. Ja też musiałam dołożyć wszelkich starań, by nie zacząć się śmiać. Luke wymienił spojrzenia z Michaelem, a potem wzruszył ramionami.
- To dłuższa historia – powiedział poważnym tonem Andrew.
- Koniecznie chcę ją usłyszeć – skwitował Ben, siadając przy stole. – Młody kopsnij starszemu braciszkowi piwko.
- Wal się Ben, sam sobie przynieś – odparł Luke.
- Wiedziałem – rzucił ze śmiechem. – Kiedyś dało się ciebie przekupić cukierkami, ale te czasy są już za nami.
       Zdusiłam w sobie śmiech. Andrew zaczął kręcić się przy grillu, a chłopaki usiedli przy stole. Do nich dołączył także Jack. Zaczęli rozmawiać, a po chwili spojrzeli na mnie, zdając sobie sprawę z tego, że nadal stoję obok nich.
- Siadaj – rzucił Luke, wskazując wolne miejsce obok siebie.
- Malia! – Usłyszałam głos dochodzący z domu.
- Później – powiedziałam do najmłodszego Hemmingsa i odwróciłam się.
- Co wam się stało w te wasze buźki?- Usłyszałam jeszcze za plecami pytanie Bena.
       Wróciłam do kuchni, w której to Liz rozmawiała z Celeste. Brunetka odgarnęła z ramion pofalowane włosy i spojrzała na mnie. Po raz kolejny uśmiechnęła się.
- Liz – rzuciłam, podchodząc do blondynki.
- Powiedz proszę, że mój mąż rozpalił to dziadostwo.
- Rozpalił.
- I dobrze. Trzeba zacząć szybko to piec, bo inaczej ta męska hołota nas rozniesie – skwitowała kobieta, a my parsknęłyśmy śmiechem.
- W czym ci jeszcze pomóc? – zapytałam.
- Załadujesz kolejną tackę?
- Jasne.
       Podeszłam do zlewu i umyłam szybko ręce. Wytarłam je, a potem stanęłam obok Liz. Podsunęłam sobie nową srebrną tackę i powoli zaczęłam układać na nim równo pokrojone i przyprawione mięso. Czułam zaciekawione spojrzenie brunetki na sobie. Podniosłam głowę.
- Jak ci się podoba w Australii? – zapytała z uśmiechem, opierając dłonie o oparcie krzesła.
- Bardzo – rzuciłam, również się uśmiechając. – Szczególnie tutejsze plaże. Jest, co oglądać.
- Ja jeszcze nigdy nie byłam w Londynie.
- To musisz to koniecznie nadrobić. Też jest, co oglądać.
- Jesteś ratownikiem medycznym?
- Od niedawna mogę się tak nazywać – odparłam, a dziewczyna pokiwała szybko głową. – A ty, czym się zajmujesz?
- Niedawno skończyłam zarządzanie. Teraz jestem na stażu w jednym z banków. Zajmuję się polityką personalną, głównie rekrutacje i tak dalej.
- Praca z ludźmi.
- Jest ciężka – dodała ze śmiechem.
- Coś o tym wiem – powiedziałam.
- Ja też coś o tym wiem – odezwała się Liz i cała nasza trójka parsknęła śmiechem. Celeste znów spojrzała na mnie, a ja uśmiechnęłam się.
- Twoi rodzice nie mieli nic przeciwko, że wyruszyłaś na wczasy na drugi koniec świata? –zapytała zaciekawiona. Usłyszałam, jak Liz głośniej wciąga powietrze. – Domyślam się, że pewnie jesteś już pełnoletnia…
- Mam dwadzieścia jeden lat – oznajmiłam jej z uśmiechem. Zrobiła wielkie oczy. – Nie wyglądam?
- Myślałam, że jesteś w wieku Luke'a – wydusiła z siebie, a ja zaśmiałam się. – Nieźle. Jesteś tylko dwa lata młodsza ode mnie. Więc pewnie nie mieli nic do gadania…
- Celeste zaniesiesz to na grilla? – wtrąciła się szybko blondynka, a Celeste drgnęła.
- Spokojnie Liz, to tylko proste pytanie – powiedziałam, zerkając na nią. Liz lekko przygryzła wargę. Celeste wyglądała na zmieszaną. Zresztą nie dziwiłam jej się. Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam na nią.
- Moi rodzice nie żyją.
- Przepraszam – wydusiła z siebie.
- Nic się nie stało – rzuciłam, wzruszając ramionami. Po raz kolejny uśmiechnęłam się do niej, a ona niepewnie odpowiedziała mi tym samym. Wzięła jednak tackę, którą podsunęła jej Liz i bez słowa wyszła z kuchni.

       Musieliśmy się nieco ścisnąć, aby wszyscy mogli się zmieścić przy ogrodowym stole Hemmingsów. W sumie było nas, aż dziesięć osób. Co chwile ktoś wybuchał śmiechem, ktoś o czymś mówił, ktoś podnosił głos. Ogólnie panował kontrolowany harmider, który był naprawdę bardzo przyjemny i miły. Nie powiem, ale brakowało mi takich rodzinnych spotkań. W sumie, po śmierci rodziców, nie miałam ich za wiele, dlatego pałałam się każdą chwilą.
       Musiałam bardziej nachylać się w stronę Liz i Celeste, które siedziały naprzeciwko mnie, bowiem faceci skutecznie potrafili nas zagłuszyć. Polubiłam narzeczoną Jacka. Była sympatyczna, spokojna i naprawdę zaliczyć ją można było do tych normalnych panien. Widziałam, że i Liz darzy ją sympatią. Szybko znalazłyśmy wspólny język.
- Zaraz mnie coś strzeli – powiedział Ben, wybuchając śmiechem, kiedy całe męskie grono zaczęło dyskutować na temat sportu. – Malia chyba potrzebuję pomocy medycznej! - Odwróciłam się słysząc swoje imię, a najstarszy z braci Hemmings wyszczerzył się do mnie szeroko.
- Czyżby podniosło ci się ciśnienie? – odparłam, unosząc brwi. – Zalecam dokładniejsze przyjrzenie się statystykom i tabelom rozgrywek.
- Bez jaj, znasz się na piłce nożnej?- wydusił z siebie zaskoczony.
- Nie wnikam w waszą ligę, ale słyszałam, że dyskutujecie o Premier League – odpowiedziałam, prostując się. Odłożyłam widelec na talerz i złapałam za łagodny sos. – W poprzednim sezonie zwyciężyło Manchester City, ale teraz to Manchester United wysuwa się na prowadzenie w tabeli, choć oba zespoły rozpoczynają ligę z dobrą passą. Chociaż moim zdaniem dużo do gadania będzie miało też Chelsea, które znów obkupiło się nowymi dobrymi zawodnikami, a także Arsenal, który też miał poprzedni sezon dość udany, bo znalazł się w pierwszej trójce. No i nie mieli, aż tak dużo problemów z formą, czy kontuzjami. Według mnie – wycisnęłam sos na talerz, a następnie odłożyłam go na miejsce – wszystko rozegra się pomiędzy tą czwórką, oczywiście, jeśli żaden z zespołów przedwcześnie nie spuchnie i nie zawali najważniejszych spotkań – powiedziałam, odrywając wzrok od talerza i spoglądając na nich. Siedem męskich par, wielkich, jak spodki oczu wpatrywało się we mnie, jakbym miała im zaraz przyłożyć. Usłyszałam chichot Celeste.  
- No, co? – wypaliłam, wzruszając ramionami.
- Boże, skąd oni cię wytrzasnęli i czy jest was więcej – skwitował Ben i uśmiechnął się szeroko. – To było genialne. Wśród moich koleżanek nie ma żadnej, która by, choć w połowie zrozumiała to, co powiedziałaś.
- Ona jest nasza – rzucił Calum ze śmiechem, zarzucając mi jednocześnie rękę na ramię. – I nie oddamy jej.
- Się okaże- powiedział Ben i prychnął pod nosem, a potem znów zaczął się śmiać.
- Nic się nie okaże – skwitował Michael. – Jest nasza.
- Słodko chłopcy, że traktujecie Malię, jak przedmiot – odezwała się Liz.
- Wcale nie – rzucił Hood. – Wcale nie – powtórzył, wpatrując się we mnie. Parsknęłam śmiechem, widząc jego przepraszającą minę. Już chciałam się odezwać, ale uprzedził mnie Luke.
- A prawda jest taka, że Malia jest moja.
- Uuu... Braciszku może Malia zostanie twoją dziewczyną? – zaśmiał się Jack. Najmłodszy Hemmings wyszczerzył się do niego triumfalnie.
- Już została – odparł z zadowoleniem. Zerknęłam na niego, a on puścił mi oczko. Faceci…

       Wyszłam z łazienki, gasząc światło. Odgarnęłam z ramion mokre włosy. Zatrzymałam się i spojrzałam na wyciągniętego na moim łóżku blondyna. Miał na sobie tylko bokserki w Batmana. Szczerze, to nawet nie wiedziałam, kiedy wlazł mi do pokoju. Luke odwrócił się w moją stronę i uśmiechnął szeroko. Odłożył swój telefon na szafkę.
- A tobie, co? - zapytałam ze śmiechem.
- Nie będę przecież spał sam – mruknął, udając obrażony ton.
       Przekręciłam oczami, a on skrzyżował ręce na klatce piersiowej. Pokręciłam głową i ze śmiechem poszłam w stronę przełącznika. Zgasiłam w pokoju światło. Następnie podeszłam do łóżka. Weszłam na materac i przybliżyłam się do blondyna, który nadal się dąsał. Wiedziałam jednak, że udaje, bo zanim zgasiłam światło, zauważyłam zdradziecki cień uśmiechu, który przemknął po jego twarzy.
- No, już bez fochów – powiedziałam, pukając go palcem w ramię. Prychnął pod nosem, nawet na mnie nie patrząc. – Mam ci tak zacząć słodzić, że aż cię zemdli? – Zero reakcji. – Ej, Pingwinku…
       Zanim zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, usiadłam na nim. Nachyliłam się w jego stronę. Luke spojrzał na mnie i zaśmiał się pod nosem.
- Wiedziałam – odparłam, prostując się i lekko pukając go w klatkę piersiową. - Ściemniacz.
- No, co ty Skarbie.
       Złapał mnie za ręce i pociągnął w swoją stronę. Znów znalazłam się tuż nad nim. Odgarnął mi z twarzy mokre włosy, a ja poczułam przyjemny dreszcz, spowodowany jego dotykiem. Uniósł się nieco i połączył nasze usta. Przechyliłam głowę, by pogłębić pocałunek. Mogłabym to z nim robić bez końca i nie mieć dość. Byłam od niego uzależniona…
- Miodzio – wydusiłam z siebie, kiedy opadł z powrotem na poduszki. Spojrzałam na jego uśmiechniętą twarz. Objął mnie w tali, a potem szybkim ruchem, przewrócił na bok. – Ej! 
       Uniósł się na rękach, tuż nade mną i znów mnie pocałował. Przywarł do mnie mocniej, a jego lewa ręka powędrowała w stronę mojego uda. Jego palce znalazły się pod materiałem moich spodenek.
- Luke…
- Tak? – odparł, odrywając się ode mnie.
- Twoi rodzice jeszcze nie śpią- powiedziałam, a ten prychnął pod nosem i grzecznie położył się obok mnie. – Chyba nie chcesz…
- Nic nie mów – rzucił, ale po tonie jego głosu słyszałam, że się uśmiecha. – Jakby moja mama nas usłyszała, to weź… Nawet wolę sobie nie wyobrażać jej pytań i tego wzroku.
       Zaśmiałam się, a Luke przybliżył się do mnie jeszcze bardziej. Wtuliłam się w jego klatkę piersiową, a on zaczął bawić się moimi mokrymi włosami, nawijając je na palec. Przez chwilę między nami panowała przyjemna cisza.
- Co nie zmienia faktu – powiedział szeptem, przerywając ją, a ja zerknęłam na niego. – Że mnie Skarbie maksymalnie kręcisz.
- Co nie zmienia faktu – rzuciłam ze śmiechem. – Że musisz Pingwinku znaleźć inny moment.
- Znajdzie się –odpowiedział z pewnością w głosie, a ja uśmiechnęłam się pod nosem.  Nie miałam nic przeciwko temu. 


***
Powoli zbliżamy się do końca tej części opowiadania - Malia w końcu będzie musiała wrócić do Londynu. W sumie do tego wydarzenia zostały tylko dwa rozdziały. 

Kolejna część w środę lub w czwartek - przyznam się, że mam sklerozę. Zapomniałam wziąć grafiku i nie pamiętam, jak pracuję XD

Pozdrawiam!

3 komentarze:

  1. Nieeee, proszę, niech Malia nie wraca :(
    Jack i Ben, o jezu, chyba wszyscy Hemmingsowie są tak cholernie idealni. Ja to nie wiem gdzie ta sprawiedliwość :/
    GIFa na końcu widzę nie pierwszy i nie dziesiąty raz, ale i tak za każdym razem śmieję się tak samo :D
    Pozdrawiam i życzę weny! ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja również nie chcę, by Malia wracała. Ona nie może zostawić swojego Pingwinka!!!!! Liz jesteś ze swoimi tekstami mistrzem :) aaaw i bracia Hemmings. Cukierasy w komplecie ;) końcówka świetna, ktoś tu miał ochotę być niegrzeczny ale no... nie wyszło bo rodzice nie śpią. Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział.
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń