piątek, 3 lipca 2015

S1 - Rozdział 25

Sydney, 22 sierpnia 2012 roku


       Prawie całą noc spędziliśmy na wspólnym milczeniu lub cichych rozmowach. Nawet przez chwilę nie myślałam o tym, by iść spać. Chciałam być z nim, jak najdłużej. Chciałam wykorzystać każdą minutę, jaka nam została. 
       Obejmowaliśmy się ciasno, jakby wraz z pojawieniem się poranka, któreś z nas miało nagle zniknąć. Starałam się też przyszykować na ten moment, na moment rozstania, choć z góry wiedziałam, że jest to niemożliwe. Bo czy można przygotować się emocjonalnie na coś takiego? Wiedziałam, że uczucia wezmą w końcu górę, a ja bałam się, że nie będę w stanie nad nimi zapanować. Zasnęłam dopiero, kiedy na dworze zrobiło się jasno.

       Przewróciłam się na bok, wyciągając przed siebie dłoń, ale miejsce obok mnie było puste i chłodne. Westchnęłam z cichym zawodem. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła dziesiąta. Niechętnie wstałam z łóżka. Wzięłam rzeczy, a potem ruszyłam do łazienki, by doprowadzić się do tak zwanego stanu używalności.
       Kiedy wróciłam do pokoju, mój wzrok natrafił na spakowane do połowy rzeczy. Na walizce siedział brązowy kangur Calum, którego w zoo wygrał Hood. Uśmiechnęłam się na to wspomnienie i podeszłam do niego, przejeżdżając palcami po miękkim materiale maskotki. Zagryzłam wargę. Ten dzień będzie trudny. Trudny już od rana.
       Wzięłam głęboki oddech, przecierając palcami oczy, by rozpędzić łzy, które się w nich nagromadziły. Nie mogłam przecież płakać od samego rana. Znałam dobrze siebie, więc wiedziałam, co robić by ukryć stan, w jaki wpadałam. W końcu po śmierci rodziców musiałam opanować kilka technik, by nie załamać się totalnie.
       Przybierając na twarzy lekki uśmiech, wyszłam z pokoju. Z dołu dochodziły do mnie głosy Hemmingsów. Liz właśnie śmiała się głośno z czegoś, co pewnie powiedział, któryś z panów. Uśmiechnęłam się pod nosem jeszcze bardziej. Cholera… Tak bardzo będzie mi brakować tego domu i jego mieszkańców. A w szczególności jednego z nich…
       Zeszłam cicho po schodach, wsłuchując się w ich głosy, które teraz były dla mnie tak bliskie, a jednocześnie tak dalekie. Oparłam się o ścianę, by posłuchać ich jeszcze trochę tak, by wryły się w moją pamięć. W pewnym momencie usłyszałam dźwięk odsuwanego krzesła, a potem kroki, które zmierzały w stronę wyjścia. Przyjęłam naturalną pozycję, jakbym dopiero co zeszła na dół.
       Uniosłam głowę do góry, napotykając błękitne oczy Luke'a. Uśmiechnął się do mnie, a potem przybliżył, by sprzedać mi szybkiego całusa. Przejechał dłonią po mojej twarzy.
- Właśnie miałem iść cię obudzić. - Już chciałam się odezwać, kiedy rozległo się łomotanie do drzwi.
- Oni nie umieją normalnie pukać?! – zawołał Andrew ze śmiechem.
      Luke przekręcił oczami, a potem raz jeszcze uśmiechnął się do mnie. Następnie odwrócił się i poszedł otworzyć. Weszłam do kuchni i przywitałam się z państwem Hemmings. Usiadłam  na wolnym miejscu, a Liz od razu postawiła przede mną kubek z kawą.
- Dzięki.
- Za chwilę podam śniadanie – powiedziała z uśmiechem.
       W kuchni zapanował nieco większy harmider, kiedy czwórka chłopaków wpadła do pomieszczenia. Ashton, Calum i Michael zaczęli rzucać szybkie dzień dobry w stronę rodziców kumpla i witać się także i ze mną. Teraz dopiero zrozumiałam, jak bardzo będzie mi ich brakować. Usiedli przy stole z szerokimi uśmiechami.
- Nie spóźniliśmy się chyba na wspólne śniadanie?- zapytał Calum.
- Jesteście na czas. Malia też dopiero wstała – powiedziała kobieta.
- Wspólne śniadanie? – zwróciłam się do Hooda, który wyszczerzył się do mnie jeszcze bardziej.
- No, co? Musimy się tobą nacieszyć przed wyjazdem – powiedział Mulat, a ja uniosłam brwi ze zdziwieniem. Zaśmiałam się jednak pod nosem.
- Co byś łatwo o nas nie zapomniała –dodał Michael.
- Ty się o to nie martw – rzuciłam, spoglądając na niego, a Clifford uniósł kciuk do góry. – Macie przyjechać do Londynu.
- Za nic nie przepuszczę takiej wycieczki – odezwał się Ashton. – Zresztą nie musisz nas dwa razy namawiać. Kiedyś zrobimy ci nalot na chatę.
- Kiedyś – prychnęłam pod nosem.
- Kiedyś nie musi oznaczać długiego okresu czasu – powiedział Calum. W sumie… Miał rację. Ja jednak miałam nadzieję, że to ich kiedyś szybko nadejdzie.

       Im bliżej było do godziny zero, tym bardziej się denerwowałam. Po śniadaniu posiedzieliśmy jeszcze trochę przy stole, rozmawiając i śmiejąc się z zabawnych historyjek, jakie opowiadali chłopaki. W końcu jednak musiałam iść i dopakować wszystko, co jeszcze nie zostało spakowane. Jednym słowem, przyszykować się do wyjazdu na lotnisko.
       Z małą pomocą Luke'a, udało mi się zapiąć walizkę. Wyprostowałam się, wrzucając dokumenty do małej torebki, w której miałam najpotrzebniejsze rzeczy. Czułam na sobie wzrok chłopaków, którzy rozłożyli się na łóżku. Odwróciłam się w ich stronę.
- Mamy coś dla ciebie- powiedział Michael.
- Mały prezent – dodał Calum z uśmiechem. 
       Spojrzałam na Ashtona, który z kieszeni wyciągnął coś kolorowego. Dopiero po chwili zorientowałam się, że to pendrive. Chłopak uśmiechnął się i podał mi go. Obejrzałam go dokładnie i zaśmiałam się. Z jego dwóch stron widniała flaga Australii.
- Dzięki, takiego jeszcze nie mam – powiedziałam, podchodząc do nich.
- Ważne to, co jest w środku – odparł tajemniczo Clifford. – Ale o tym dowiesz się później.
- Tak, dokładnie – rzucił Calum, szybko kiwając głową. – Później.
- Wiecie, że teraz mam jeszcze większą ochotę go odpalić?
- Wiemy – powiedział Ashton. – O to chodziło. By mocniej wzbudzić twoją ciekawość.
- Pięknie.
- Obiecaj nam coś – ciągnął Calum, a ja spojrzałam w jego ciemne tęczówki. – Że odpalisz go dopiero, jak będziesz w domu.
- Dopiero? – jęknęłam. Usłyszałam cichy chichot Luke'a.
- Dopiero. Więc, jak?
- Dobra, niech wam będzie. Odpalę go w domu – powiedziałam, kręcąc nosem. Naprawdę miałam wielką ochotę zrobić to teraz. Dałam jednak słowo i musiałam go dotrzymać. Matko, tak długo muszę czekać…

       Miałam nadzieję, że będę się jakoś trzymać przy pożegnaniu, ale nie udało mi się. Uroniłam trochę dużych łez, zaraz po tym, jak rozkleiła się Liz. Kobieta tuliła mnie do siebie niczym matka, co dodatkowo wywoływało we mnie emocje. Potem pożegnałam się z jej mężem, na końcu zostawiając chłopaków. Wiedziałam, że z nimi będzie jeszcze trudniej. Przywiązałam się do nich, a ze zwykłych kumpli stali się przyjaciółmi. Uwielbiałam tych wariatów. I wiedziałam, jak bardzo będzie mi ich brakować.
- Pamiętaj, że to nie jest pożegnanie – wyszeptał mi do ucha Ashton, kiedy przytulił się do mnie po raz kolejny. Pokiwałam głową, wycierając z policzków łzy. – To tylko dłuższe do widzenia.
- Musimy już iść – odezwał się Luke, który od samego początku milczał i obserwował tą scenę z boku.
       Po raz kolejny kiwnęłam głową, a potem raz jeszcze szybko przytuliłam każdego z chłopaków, którzy odprowadzili nas do drzwi. Słyszałam, jak Liz pociąga nosem. Uśmiechnęłam się do niej, a ona pomachała mi.
       Wyszliśmy na zewnątrz. Luke już wcześniej spakował moje rzeczy do bagażnika. Bez słowa poszliśmy do samochodu. Usiadłam na miejscu pasażera, a blondyn usadowił się za kierownicą. Raz jeszcze pomachałam w stronę grupki ludzi, którzy stali się dla mnie tak bardzo bliscy, a potem odjechaliśmy w stronę lotniska.

       Uspokoiłam się nieco w czasie drogi i byłam pewna, że jakoś dam radę. Bo teraz czekało mnie najgorsze. Mianowicie rozstanie z blondynem. Niestety, jak tylko Luke zatrzymał samochód na parkingu, skąd doskonale było widać lotnisko, zwiesiłam głowę przełykając łzy. Kilka z nich i tak wypłynęło z moich oczu.
       Luke dotknął mojego ramienia, a potem złapał za mój podbródek, zmuszając mnie tym gestem do tego, bym na niego spojrzała. Oczy miał przygaszone, a na twarzy dodający otuchy uśmiech. Przybliżył się do mnie i musnął ustami moje usta, by po chwili połączyć je w głębszym pocałunku. Chciałam tu z nim zostać na zawsze i prosić go, by nigdy nie przerywał tego, co teraz robił.
- Będzie dobrze – wyszeptał, trącając swoim nosem mój nos. - Od czego w końcu są samoloty?
- Pocieszające – mruknęłam, a on po raz kolejny mnie pocałował.
- Będzie dobrze – powtórzył, a ja pokiwałam głową.
- Muszę iść.
- Wiem… Ale… Jeszcze jeden… Dosłownie jeden – powiedział cicho, obdarowując mnie ostatnim szybkim pocałunkiem. 
       Uśmiechnęłam się lekko do niego, a następnie wysiadłam z samochodu. Blondyn po chwili zrobił to samo. Z bagażnika wyciągnął moje rzeczy, a potem złapał mnie za rękę. Oboje ruszyliśmy w stronę hali odlotów.
       Z każdym kolejnym krokiem czułam, jak moje serce bije coraz szybciej. Tak bardzo bałam się tego momentu. Tak bardzo nie chciałam go zostawiać. Już zaczynałam tęsknić, a to powodowało ból, gdzieś w środku. Ból, którego nie mogłam kontrolować, a do którego musiałam się przyzwyczaić. Czy teraz właśnie tak będzie wyglądać nasze życie? Będziemy egzystować między jednym, a drugim spotkaniem? Widywać się od święta, a potem, jak gdyby nigdy nic wracać, do rutynowej codzienności? Wiedziałam, że związek na taką odległość będzie trudny, ale mimo wszystko wpakowałam się w to i nie żałuję, choć wiedziałam, że po jakimś czasie i tak wszystko może się zmienić.
       W końcu nastał moment pożegnania. Wtuliłam się w Luke'a bardziej, a on mocno przycisnął mnie do siebie. Teraz nawet nie próbowałam walczyć ze łzami. Pozwalałam im płynąć, a ja skupiałam się, tylko na nim. Na osobie, którą tak mocno kochałam.
       Odsunął się ode mnie, ujmując moją twarz w jedną dłoń, a drugą splatając z moimi palcami. W jego oczach widniał smutek. Zauważyłam, jak zadrżała mu dolna warga, co upewniło mnie w tym, że Luke też walczy. Walczy z tym, z czym ja walczyłam od rana.
- Kocham cię – wyszeptał, muskając moje usta.
- Kocham cię – odpowiedziałam, mocniej zaciskając palce wokół jego palców.
- Pamiętaj, że ja zawsze będę obok – powiedział, a ja szybko pokiwałam głową. – Mam nadzieję, że szybko się znów zobaczymy.
- Też mam taką nadzieję.
- Daj znać, jak dotrzesz na miejsce, okej?
- Okej. – Odwróciłam się w stronę bramki. Kolejka minęła. – Muszę już… - Ale nie dokończyłam, tylko mocniej zacisnęłam usta. Raz jeszcze spojrzałam w jego błękitne oczy, a on przytulił mnie po raz ostatni. Wcisnęłam twarz w jego ramię, wypuszczając kolejną porcję łez.
- Jezu, błagam... Nie zostawiaj mnie – wyszeptał, na co ja zareagowałam głośniejszym szlochem. – Przepraszam. Przepraszam… Nie powinienem…
- Nigdy cię nie zostawię – odparłam, dotykając jego twarzy. Przymknął oczy, biorąc głęboki oddech.
       Ponownie spojrzał na mnie, a ja uśmiechnęłam się do niego. Odwzajemnił to. Poszłam w stronę bramki. Luke nie ruszał się z miejsca. Zerknęłam na niego przez ramię, kiedy oboje puściliśmy swoje dłonie. Machnęłam do niego, a on odwzajemnił ten gest. 
       Odwróciłam się, mając wrażenie, że zaraz pęknie mi serce. Zostawiałam za plecami część siebie i to tak cholernie bolało. Ze spuszczoną głową poszłam przed siebie, walcząc z pokusą, by zerknąć na niego raz jeszcze. Wiedziałam jednak, że gdybym to zrobiła, to w środku rozpadłabym się na drobne kawałki i byłam pewna, że długo by mi zajęło pozbieranie się na nowo. Dlatego nie zrobiłam tego.

***
       Stał tam tak długo, dopóki nie zniknęła mu z oczu. Odwrócił się i szybko ruszył w stronę wyjścia. Chciał, jak najszybciej opuścić to miejsce. Zwiększył tempo swoich kroków jeszcze bardziej. Ostatnie kilka metrów w stronę samochodu pokonał niemalże biegiem.
       Otworzył go i wsiadł do środka, lekko dysząc. Nie zmęczył się pokonanym dystansem. Po prostu miał wrażenie, że od powstrzymywania tego wszystkiego, co w nim buzowało, zaraz się udusi. Oparł ramiona o kierownicę, a na niej ułożył głowę, starając się uspokoić oddech. Poczuł, jak pieką go oczy, więc szybko przetarł je palcami. 
       Tak samo, jak ona, tak i on doskonale wiedział, że ich rozłąka będzie bolała. Nie zdawał sobie sprawy tylko z tego, że będzie bolało, aż tak. Kochał ją tak bardzo, że teraz miał wrażenie, jakby ktoś wyrwał mu serce. A on ostatkiem sił, próbował je odzyskać. Wiedział jednak, że jest na straconej pozycji. I, że ta walka z góry jest przegrana.
       Ciężko westchnął po raz kolejny, a kilka słonych łez wypłynęło z jego błękitnych oczu. Tęsknił… Już tak bardzo za nią tęsknił…

***
       Byłam zdrętwiała i nieprzytomna, kiedy wróciłam do domu. Ledwo udało mi się zataszczyć walizkę na górę. Po tych wszystkich emocjach, po prostu nie miałam już siły. Myślałam, że uda mi się choć na chwilę zdrzemnąć w czasie lotu, ale niestety mój mózg miał zupełnie inne plany i pracował na pełnych obrotach do samego końca.
       Zamknęłam za sobą drzwi, a walizkę przepchnęłam do swojej sypialni. Szybko poszłam wziąć prysznic, a następnie rzuciłam się na łóżko. Chciałam od razu zasnąć, ale przypomniałam sobie o dwóch rzeczach – o wiadomości, którą miałam wysłać Lukowi i o tajemniczym pendrive'ie, który spoczywał na dnie mojej torebki.
       Poderwałam się z miejsca, wykrzesując z siebie jeszcze trochę siły. Złapałam za chłodnego laptopa, którego nie ruszałam od tak długiego czasu. Wróciłam z nim do łóżka i uruchomiłam go. W między czasie napisałam sms-a do Luke'a. Szybko dostałam od niego odpowiedź i uśmiechnęłam się szeroko.
       Wygrzebałam z torebki pendrive'a i podłączyłam go do laptopa. Odczekałam chwilę, a potem otworzyłam dysk. Zobaczyłam na nim jeden plik. Uniosłam lekko brwi do góry, spoglądając na format. Był to film, a raczej filmik. Kliknęłam na niego dwa razy, a potem powiększyłam obraz. Rozbrzmiała przyjemna muzyczka.
       Zakryłam usta dłonią i poryczałam się, jak małe dziecko, widząc to, co przyszykowali dla mnie chłopaki. Filmik ten składał się z pojedynczych scenek, które gdzieś tam któreś z nas nagrywało za pomocą telefonu. Wyjście na miasto, pobyt na plaży, wizyta w zoo, nasze wspólne ognisko, czy spotkania w barze. Do tego przeplatały się z naszymi wspólnymi zdjęciami. Mogłam śmiało powiedzieć, że ten niewinny plik, zawierał tak cenne dla mnie wspomnienia. Uśmiechnęłam się pod nosem, a następnie nacisnęłam przycisk play, by odtworzyć go raz jeszcze. Zanim poszłam spać, zrobiłam sobie trzy, czy cztery powtórki. 


***
Nadszedł w końcu czas pożegnania dla tej dwójki i jednocześnie koniec części pierwszej tego opowiadania. Przerwy dłuższej żadnej nie planuję, więc pierwszy rozdział drugiej części pojawi się po weekendzie :)

Pozdrawiam!

3 komentarze:

  1. Ryczałam razem z nimi, bez kitu, co to opowiadanie ze mną robi! Jak mogłaś pozwolić jej wyjechać! Ona powinna z nim zostać na zawsze, wtedy byłoby idealnie! Jak czytałam te ostatnie akapity z ich pożegnaniem, to aż mi się serducho mocniej ścisnęło. To było smutne i wzruszające. Z niecierpliwością czekam na drugą część opowiadania i też mam nadzieję, że szybko się zobaczą :)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
  2. Jejciu poryczałam się :(
    Myślałam, że będzie jakiś wypadek samolotowy...
    Cieszę się, że nie robisz jakieś przerwy :) Poświęcasz swój wakacyjny czas :)
    Pisz dalej i nie przestawaj !! :*

    OdpowiedzUsuń