piątek, 28 sierpnia 2015

S2 - Rozdział 8

Londyn, 17 listopada 2012 roku


          Obudziłam się z samego rana. Wyszykowałam się, a potem zabrałam za przygotowywanie śniadania dla chłopaków. Pozwoliłam im pospać trochę dłużej. Ale tylko trochę, bo w planach już miałam przyszykowaną wycieczkę po Londynie. Zadzwoniłam też do Oscara – przy okazji go budząc, za co przepraszałam go trzy razy z rzędu, zanim przyjaciel nie odparł w końcu ze śmiechem, że mi to wybacza – i załatwiłam nam wejście do Muzeum Figur Woskowych. Co prawda Oscara nie ma dzisiaj w pracy, ale bocznym wejściem ma wpuścić nas jego kumpel. I całe szczęście, bo kolejki do muzeum były naprawdę ogromne.
        Weszłam do pokoju, który robił za moją sypialnię. Luke dalej był pogrążony we śnie. Ledwo go widziałam, bo zakopał się w pierzynie prawie po sam czubek głowy. Podeszłam do łóżka, a potem nachyliłam się nad nim. Przejechałam palcami po jego blond włosach, odchylając nieco pierzynę. Hemmings drgnął i wyszeptał coś pod nosem, z czego zrozumiałam tylko pięć minut.
- Hej, Pingwinku – powiedziałam, głaszcząc go palcami po policzku.
- Rób mi tak dalej – odezwał się lekko zachrypniętym głosem, uśmiechając się przy tym.
- Wstajemy – zarządziłam, szarpiąc go za kołdrę. Zrobił niezadowoloną minę. – No, już. Mamy dzisiaj trochę rzeczy do zobaczenia.
- Ja już je widziałem.
- Wiem, ale i tak idziesz z nami.
- A nie możemy puścić ich samych? – zapytał, spoglądając na mnie z niewinnym uśmieszkiem. Uniósł się na łokciach i przejechał palcem po mojej dłoni. – A my… My spędzimy więcej czasu w twoim łóżku.
         Przekręciłam oczami, a potem złapał za poduszkę i rzuciłam w niego. Odbiła się od jego głowy, a Luke pacnął z powrotem na łóżko, śmiejąc się. Utkwił we mnie swoje błękitne oczy. Przejechał dłonią po twarzy i włosach, a potem westchnął ciężko.
- Wstawaj, Pingwinku – rzuciłam, odwracając się i idąc w stronę drzwi.
- A nie chcesz przyjść tu do mnie?
- Jedzenie stygnie.
- Jedzenie… Nie... I tak od jedzenia wolę cię w łóżku – skwitował, a ja parsknęłam śmiechem.
         Wyszłam z pokoju mając nadzieję, że Luke wstanie z łóżka, a nie, że wróci do krainy snów. Przeszłam do salonu, w którym spała reszta. Spojrzałam na nich i zaśmiałam się cicho pod nosem. Wyglądali naprawdę uroczo. Ashton leżał na kołdrze, obejmując poduszkę ramionami, Michael spał na wznak, z pierzyną podciągniętą po samą brodę, a Calum na boku tak, że jego ręka zjeżdżała z kanapy, dotykając lekko podłogi. Mulat miał lekko rozchylone usta i pochrapywał pod nosem.
         Zbliżyłam się do nich, a potem potrząsnęłam każdym po kolei. Dwójka z nich poruszyła się, a Clifford nie zareagował w ogóle.
- Moje drogie 5 Seconds of Summer, zapowiadam, że Londyn przyszykował nam na dziś dość ładną pogodę. Mamy na zewnątrz lekkie słońce i nie jest w cale tak zimno, więc możemy opuścić moje cztery ściany – powiedziałam, zerkając na nich. – Oprócz tego już czeka na was śniadanie.
- Która godzina? – zapytał Ashton, przekręcając się na plecy.
- Po dziewiątej. Im szybciej się zbierzecie, tym szybciej wyjdziemy.
- Już wstaję – odezwał się Calum, pocierając dłońmi oczy.
- Michael – rzuciłam, znów podchodząc do kanapy. – Panie Clifford, zapadł pan w sen zimowy? - Chłopak mruknął coś pod nosem, nie otwierając oczu. – Hej, kolorowy facecie!
- No? – wydusił z siebie.
- Wstajemy.
- Jeszcze trochę.
- Tak, wiem, zmiana czasu i te sprawy, ale dasz radę. Jesteś dużym chłopcem – powiedziałam, potrząsając nim. – Michael, bo zje cie zły potwór spod łóżka!
         Calum i Ashton wstali z miejsc i wybuchli śmiechem. Usłyszałam, jak z pokoju obok wychodzi blondyn, a potem idzie do łazienki. Znów spojrzałam na Clifforda, który raczej nie kwapił się do tego, by ruszyć się z miejsca.
- Michael!
- Malia?
- No…
- Pięć minut.
- Pięć minut nigdy nie działa. Wstawaj! – powiedziałam i znów nim potrząsnęłam. 
        On jednak nic sobie z tego nie robił. Jęknął tylko pod nosem, wyduszając się siebie soczyste przekleństwo, które rozbawiło mnie jeszcze bardziej. Teraz przypominał mi małego chłopca, który nie chce iść do szkoły.
        Niewiele myśląc złapałam za kołdrę i zabrałam mu ją, a on skulił się. Na oślep wymacał pierzynę Hooda i przykrył się nią. Pokręciłam nosem i zabrałam mu także i ją, a Michael prychnął z niezadowoleniem.
- No, Mikey – rzuciłam, klepiąc go po pośladkach, kiedy przekręcił się na bok, odwracając się do mnie plecami. – Wstajemy! Jedzenie będzie zimne!
- Nie zostawisz mnie, dopóki nie wstanę?
- Dokładnie.
- Jesteś jeszcze gorsza pod tym względem, niż moja matka – skwitował, a ja zrobiłam oburzoną minę. W końcu spojrzał na mnie swoimi zaspanymi zielonymi oczami i wyszczerzył się do mnie w szerokim uśmiechu. – Żartowałem. Ał! – krzyknął, kiedy przyłożyłam mu jeszcze mocniej, w prawy pośladek. – Ał! – Zrobiłam to ponownie, a on, aż podskoczył. – Dobra! Dobra! Dobra! Już wstaję!
- I tak ma być – rzuciłam z triumfem, kiedy Clifford w końcu stanął na nogi.
- To było nawet całkiem przyjemne – odparł z uśmiechem. – Mam zgrabne pośladki, czyż nie?
- O tak! Fantastyczny tyłek – rzuciłam, wskazując na niego, a on parsknął śmiechem.
- Ja się chyba przesłyszałem – usłyszałam za plecami. Odwróciłam się. Luke stał w wejściu, ze skrzyżowanymi na piersiach rękami.
- Pingwinku, chyba twój tyłek ma konkurencje w oczach Malii – powiedział Michael, dumnie prostując się. A potem sam uderzył się w pośladek, śmiejąc się, jak nienormalny.
          Blondyn zazgrzytał zębami. Clifford minął go i przeszedł do kuchni. Podeszłam do blondyna, który zrobił nadąsaną minę. Oplotłam go w pasie, mocniej przywierając do niego. Luke westchnął, a potem objął mnie. Podniosłam głowę, by móc na niego spojrzeć.
- Twój tyłek nie ma konkurencji – powiedziałam powoli, a on zaśmiał się. – Twój tyłek jest najlepszy wśród męskich tyłków.
- To chciałem usłyszeć – odparł, delikatnie całując mnie w skroń. – A gdzie to śniadanie?  - Prychnęłam pod nosem, przekręcając jednocześnie oczami. Klasyka w jego wykonaniu.

         Pogoda w Londynie naprawdę była dziś dla nas łaskawa. Jak na listopad było całkiem ciepło, dlatego, aż miło spacerowało się po mieście. Zabrałam chłopaków w najciekawsze miejsca, które warto zobaczyć, choć i tak najdłużej zeszło nam w Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds. Zjedliśmy też obiad w jednej z restauracji, dzięki czemu nie musiałam stać przy garach w domu. Sądząc po minach i entuzjazmie chłopaków, wnioskowałam, że podobała im się ta cała wycieczka, jaką zaplanowałam.
         W końcu jednak musieliśmy wrócić do domu. O ósmej miała się zjawić Sharon z Oscarem, więc trzeba było przygotować wszystko do naszego pożegnalnego spotkania. Zaangażowałam w nie także i chłopaków, choć niektórzy z nich bardziej mi przeszkadzali, niż pomagali, ale nie narzekałam. Było widać, że się starają, więc trzymałam buzię na kłódkę.
        Podałam kolejny pełny talerz z jedzeniem Calumowi, który ruszył do salonu, by zanieść go na stół. Spojrzałam na blondyna, który włożył kolejną porcję chipsów do buzi. Podniósł głowę znad miski i uśmiechnął się do mnie niewinnie.
- Nie jedz tego teraz – rzuciłam, niemalże wyrywając mu czerwoną miskę z rąk. – Będziesz mógł to spałaszować później, ale nie teraz.
- No… Okej – odparł, a potem podszedł do mnie i objął mnie w pasie. – Musi być idealnie, prawda?
- Jak zawsze. To źle?
- Nie. Taka umiejętność organizacji jest naprawdę przydatna. -Pocałował mnie lekko w usta, a ja poczułam smak zielonej cebulki. Uśmiechnęłam się, a on odpowiedział mi tym samym. – Naprawdę cieszę się, że wracasz do Australii.
- Obyś tego nie żałował – skwitowałam, a Luke przekręcił oczami.
- Wiesz, czego żałowałem? – Pokręciłam głową, wpatrując się w niego z ciekawością. – Żałowałem, że wcześniej nie powiedziałem ci tego, co do ciebie czuję. Że bunkrowałem się z tym przez tak długi czas. Żałowałem też, że w ogóle pozwoliłem ci odejść…
- Odejść?
- Wyjechać. Że w ogóle pozwoliłem ci wyjechać z Sydney – wyszeptał. Dotknęłam jego twarzy, przejeżdżając kciukami po jego policzkach, a Luke przymknął oczy. Po chwili znów na mnie spojrzał.
- Kocham cię – powiedziałam cicho.
- Kocham cię – odpowiedział, delikatnie muskając moje usta swoimi. – Tak bardzo…
- Tak bardzo – powtórzyłam po nim, a on uśmiechnął się.
         Odsunęłam się od niego, słysząc otwierające się drzwi wejściowe. Wiedziałam, kto to. W końcu Sharon nigdy nie pukała, ani nie dzwoniła domofonem, chyba, że zapomniała wziąć kluczy od mojego mieszkania. Ruszyłam w stronę wchodzących.
         Uśmiechnęłam się szeroko na widok przyjaciół. Już chciałam się odezwać, kiedy z łazienki wyłonił się Michael. Sharon z automatu pisnęła z entuzjazmem, a biedny Clifford miał chyba mały atak serca, z powodu tej zaskakującej go reakcji. Podskoczył, prawie wpadając na drzwi od łazienki. Zrobił wielkie oczy, nie za bardzo wiedząc, co się dzieje.
- Michael – rzuciłam rozbawiona, kiedy Clifford z uniesionymi brwiami wpatrywał się w blondynkę. Chyba dalej był w szoku, jak moja przyjaciółka na niego zareagowała.  – Poznaj Sharon i Oscara.
- Stary! – odezwał się chłopak, wyciągając do niego rękę. – W końcu mogę cię zobaczyć na żywo!
- W końcu – odpowiedział z uśmiechem Michael. – Trochę to trwało. - Potem spojrzał na Sharon. – Ciebie też miło poznać. Dużo o tobie słyszałem.
- Od niego, czy od niej? – zapytała, wskazując na Oscara, a potem na mnie.
- Od nich.
- W takim razie nie wierz w to, co mówią – skwitowała, a Clifford roześmiał się.
- Sharon! – warknęłam na przyjaciółkę, a ona wyszczerzyła się od mnie szeroko.
- Gdzie twoje blond ciasteczko? Stęskniłam się za nim! No i chcę poznać resztę zespołu!
- Luke jest w kuchni, a Calum i Ashton w pokoju.
        Sharon kiwnęła mi głową, a potem minęła mnie, ciągnąc za sobą Oscara. Michael spojrzał na mnie rozbawiony.
- Ona tak zawsze?
- Zawsze.
         Weszłam do kuchni, a Luke już witał się z blondynką i jej chłopakiem. Sharon zgarnęła go w ramiona z taką siłą, że Hemmings ledwo ustał na nogach. Potem przywitali się panowie, klepiąc się wzajemnie po plecach. Weszłam razem z nimi do salonu, przedstawiając ich pozostałej dwójce. W końcu byliśmy w komplecie i mogliśmy oficjalnie zacząć spotkanie.

          Musiałam tak poustawiać wszystkie siedzenia przy stole, byśmy się przy nim pomieścili. A mój stół w salonie do największych nie należał. Jednak jakoś daliśmy radę. Chłopaki szybko przekonali się do moich przyjaciół i wzajemnie. Dlatego nie było dziwnego skrępowania, a totalnie wyluzowana atmosfera. Chciałam, by obie paczki się polubiły i wychodziło na to, że miało to pokrycie w rzeczywistości.
- Uwielbiam wasze piosenki – powiedziała Sharon, popijając drinka. – Znam je na pamięć.
- Tak, macie kolejna fankę – odparłam, a potem spojrzałam na przyjaciółkę. – Ale to ja jestem fanką numer jeden.
- Wal się Malia – rzuciła, a chłopaki zareagowali śmiechem. – Bo, co? Bo ich znasz lepiej? Bo jesteś się ze swoim blond cukierkiem?
- Bo wszystko słyszę, jako pierwsza. A do tego mam fanowską bransoletkę – dodałam, wyciągając rękę przed jej oczy.
- Idź ty – mruknęła, kręcąc nosem z niezadowoleniem. – To niesprawiedliwe.
- Przytulić cię? – zapytałam ze śmiechem.
- Ty? Nie – rzuciła, udając obrażony ton. – Jestem na ciebie zła. Oscar przytulisz mnie?
- Teraz? – zapytał, a Sharon spojrzała na niego z niedowierzaniem. Ryknęliśmy śmiechem.
- Nie, jutro... Boże… Co za ludzie…
- Po prostu to tak zabawnie wygląda, jak się na was patrzy- skwitował Oscar.
- Weź się nie pogrążaj.
- Ja cie przytulę – powiedział Luke, a Sharon uśmiechnęła się szeroko. Wyciągnęła w moją i Oscara stronę środkowy palec, a potem zadowolona wstała z miejsca. Podeszła do blondyna, który ją objął, lekko klepiąc po plecach.
- Jestem jedynką?
- No… Nie – powiedział, a my parsknęliśmy śmiechem po raz kolejny. – Ale jesteś mocną dwójką.
- Dobra, numer dwa wcale nie jest, aż taki zły- skwitowała, wzruszając ramionami, kiedy Luke ją puścił.

         Byłam z Sharon w kuchni. Chłopaki od dłuższego czasu pogrążyli się w rozmowie, na jakiś temat, kompletnie mając gdzieś wszystko inne. Cieszyłam się, że tak szybko znaleźli ze sobą wspólny język. Całe spotkanie przebiegało w tak rewelacyjnej atmosferze, że naprawdę byłam ogromnie zadowolona, że nie wniknęła z tego żadna stypa.
         Sharon wyjęła z lodówki kolejny napój, a ja dosypałam przekąsek do misek. Mając tyle facetów w domu, jedzenie ze stołu znikało w zaskakująco szybkim tempie. Na szczęście miałam zrobione duże zapasy, więc nie bałam się, że czegoś nam zabraknie.
         Przyjaciółka usiadła na krześle, wlepiając we mnie swoje zielone oczy. Podniosłam głowę do góry, czując na sobie jej wzrok. Nachyliłam się lekko w jej stronę, bo po jej minie wnioskowałam, że nie chce, by ktoś poza mną usłyszał to, co chce mi powiedzieć.
- Co jest? – zapytałam w końcu, bo Sharon dalej milczała.
- Chciałam się zapytać o Logana, czy on… No, wiesz?
- Nie wiem, o co dokładnie ci chodzi, ale jeśli chodzi o niego, to pożegnaliśmy się ze sobą na płaszczyźnie: znajomi z pracy. Odkąd się zwolniłam, kontakt mamy naprawdę sporadyczny. Chociaż ostatnio w ogóle przestał się do mnie odzywać.
- I dobrze.
- Chociaż po tym, co mi wyznał, nasza relacja była dość… Nie wiem, napięta? Miałam wrażenie, że też jest nieco sztuczna. Ale chyba dobrze się stało.
- Chyba? Bardzo dobrze się stało, że Logan się od ciebie odczepił. Szczególnie, że mocno na ciebie leciał.
         Zamarłam słysząc kroki. Sharon zrobiła neutralną minę, odwracając się w stronę wchodzącego do kuchni blondyna. Uśmiechnęła się do niego, a potem zeskoczyła z krzesła, wzięła dwie miski do rąk i napój pod pachę i ruszyła do salonu, w którym znajdowała się reszta.
         Spojrzałam na Luke'a i po jego minie już widziałam, że słyszał o czym rozmawiałyśmy, choć bardzo starał się udawać, że wszystko jest w porządku. Poczułam, jak zrobiło mi się gorąco. Nie chciałam, by w ogóle dowiedział się o tej całej sytuacji. W końcu to była skończona historia. Podszedł do mnie, a ja zagryzłam wargę. Luke wziął głęboki oddech i spojrzał mi w oczy.
- Chcę wiedzieć, co to za Logan i co się stało – powiedział cicho.
- Logan to… - zawahałam się. – Logan to kolega z mojej byłej pracy – odpowiedziałam powoli. – I nic się nie stało. Nic, przysięgam.
- Sharon powiedziała, że na ciebie leciał – pociągnął Luke, dokładnie mi się przyglądając. Kiwnęłam głową. – Zrobił coś?
- Nie, nic nie zrobił. On tylko…
- Malia?- Kiwnęłam głową. – Po prostu mi to powiedz. Obiecaliśmy sobie, że nie będziemy mieć przed sobą tajemnic. – Wzięłam głęboki oddech, wpatrując się w te jego błękitne tęczówki.
- Po prostu przyznał mi się do tego, że się we mnie zakochał – wyrzuciłam z siebie jednym tchem. Luke zacisnął usta. – I to tyle. Do niczego nie doszło, ani nic się nie wydarzyło. Dałam mu jasno do zrozumienia, że nie jestem zainteresowana jego podchodami. Szczególnie, że mam już swojego Pingwinka. – Luke w dalszym ciągu bacznie mnie obserwował.- Naprawdę, chodzi tylko o to. Chyba nie myślisz, że mogłabym mieć kogoś na boku?
- Nie, nie… Pewnie, że nie – odparł, a ja odetchnęłam z ulgą. – Dlaczego mi nie powiedziałaś?
- Bo nie chciałam cię denerwować.
          Hemmings kiwnął tylko głową. Przez chwilę myślałam, że odwróci się i wróci do pokoju. On jednak objął mnie i przyciągnął do siebie. Wtuliłam się w jego klatkę piersiową, czując przyjemny zapach jego perfum, które tak bardzo lubiłam. Poczułam jego dłonie na plecach, które spowodowały szybki dreszcz, jaki przebiegł mi po kręgosłupie. Przywarłam do niego jeszcze mocniej. Uwielbiałam być tak blisko niego. A po mojej przeprowadzce do Australii będę miała go obok siebie znacznie częściej, co niesamowicie mi odpowiadało.

          Nasze spotkanie przeciągnęło się do tego stopnia, że w końcu wszyscy mieliśmy dobry stan imprezowy. Namówiliśmy Sharon i Oscara, by zostali na noc, choć w dalszym ciągu nie wiedziałam, jak wszyscy pomieścimy się w moim domu. Na szczęście udało mi się w szafie znaleźć jeszcze jeden materac, więc było dodatkowe spanie.
         Tym razem to Calum wylądował na kanapie z Ashtonem, bo Michael i Oscar tak sobie popili, że mieli szybciej zarządzony kierunek spanie. Clifford zasnął na materacu, na którym wcześniej spał Irwin, a Oscar położył się na drugim. Obaj mieli gdzieś to, że my nadal urzędowaliśmy w tym samym pokoju, co oni. Nic ich nie ruszało.
         Byłam pewna, że wszyscy już śpią. Wyszłam cicho z łazienki. W kuchni zastałam Luke'a i Sharon. Przyjaciółka świdrowała go spojrzeniem. Chłopak uniósł brwi do góry, nie wiedząc, o co jej chodzi. Podeszłam do nich.
- Co jest?
- Właśnie chcę coś powiedzieć twojemu facetowi – odezwała się Sharon.
- Mam wyjść?
- Nie, zostań – odparła blondynka, a potem wskazała na Luke'a. – A ty mnie uważnie posłuchaj.
- Tak? – wydusił z siebie Hemmings.
- Lubię cię, naprawdę. Równy z ciebie gość, ale nie mogę wybaczyć ci tego, że wywozisz mi moją przyszywaną siostrę na drugi koniec świata.
- Sharon – powiedziałam z uśmiechem, obejmując ją ramieniem.
- Nie, nie… On musi to wiedzieć – pociągnęła, machając palcem. – Dlatego, jak dowiem się, że w jakikolwiek sposób ją skrzywdziłeś, czy nie daj Boże, złamałeś jej serce, to wiedz, że będziesz umierał w okropnych męczarniach. Jasne? – rzuciła, pukając go placem w klatkę piersiową.
- Jasne. Załapałem. Ale nic takiego się nie stanie.
- Mam nadzieję – powiedziała, a ja uśmiechnęłam się do niej, kiedy przytuliła mnie mocno. – A tak po za tym, to naprawdę się obrażę, jak mnie do siebie nie zaprosicie.
- Sharon, ty nie potrzebujesz do tego zaproszenia – odpowiedziałam, a ona wyszczerzyła się do mnie szeroko. – Masz ochotę, to wsiadasz w samolot i przylatujesz. I rób to, jak najczęściej.
- W też odwiedzajcie mnie, jak najczęściej, okej?
- Okej – powiedział Luke, a ona wyciągnęła do niego rękę. Uścisnął ją. Nagle Sharon pociągnęła go tak, że teraz ściskała całą naszą dwójkę.
- Jesteście moją ulubioną parą! 


***
W tym rozdziale bardziej skupiłam się na Sharon i Malii, a to dlatego, że ona niedługo wyjeżdża i jej przyjaciółka będzie taaaak daleko :)

Do końca sezonu został jeden rozdział - i tak... Trzeci sezon będzie :)

Dziękuję za wasze pozytywne komentarze i mega motywujące słowa do dalszej pracy! Wielkie dzięki :)

Kolejna część w następny piątek!

Pozdrawiam!

2 komentarze:

  1. Jak słoooodko :D Szkoda mi Sharon i Malii :( Niby fajnie, że wyprowadza się do Australii i będzie mogła spędzać dużo więcej czasu z Lukiem, ale jednocześnie opuści swoją przyjaciółkę :/ Tak źle i tak niedobrze no, jakby wszyscy nie mogli mieszkać w Londynie, albo w Sydney! :D Świetny rozdział, tak jak zawsze i już nie mogę się doczekać piątku, mimo że wtedy już zacznie się szkoła..:c To i tak chce ten dzien ze względu na opowiadanie! :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Znowu będę płakać. ;-; to się chyba już nie skończy. Kochany rozdział. :3 taki słodki. Naprawdę świetny. I rozbił mnie emocjonalnie Michael. Uwielbiam go! Wszystkich uwielbiam, ale jego szczerość jest jedyna!

    OdpowiedzUsuń