sobota, 19 września 2015

S3 - Rozdział 2

Sydney, 21 listopada 2012 roku


         Byłam tak zmęczona podróżą i tym co działo się potem, że spałam, jak zabita. Nie przebudziłam się, ani razu, choć obawiałam się tego, że w nowym miejscu będę mieć kłopoty z zaśnięciem. Na szczęście obeszło się bez tego problemu, a ja obudziłam się nad wyraz wypoczęta. I szczęśliwa. Przede wszystkim szczęśliwa.
         Spojrzałam na blondyna, który leżał obok. Był tak mocno wciśnięty w moje ciało, że musiałam się nieco odsunąć, by móc dobrze go widzieć. Jak tylko przesunęłam się w bok, Luke drgnął i powoli otworzył oczy. Błękitne tęczówki od razu spoczęły na mojej twarzy, a ja uśmiechnęłam się.
- Cześć kochanie – powiedział lekko zachrypniętym głosem. – Która godzina? – Spojrzałam na zegarek, a potem znów odwróciłam się do niego.
- Przed jedenastą.
- To luz – skwitował, obejmując mnie. Jego twarz była tak blisko mojej, że bez problemów pocałowałam go w nos. Uśmiechnął się szeroko. Przejechał dłonią po moim policzku. – Dobrze cię mieć na miejscu. I tak blisko…
- Ciebie też Pingwinku.
          Odchylił nieco kołdrę, a ja przysunęłam się jeszcze bliżej niego tak, że niemalże każdy skrawek mojego ciała stykał się z jego. Biło od niego przyjemne ciepło, a ja nie miałam ochoty się od niego odrywać. Przejechał dłonią po moich plecach, a ja westchnęłam w jego klatkę piersiową.
- Teraz jestem najszczęśliwszym facetem na ziemi.
- Zobaczymy, czy później też tak będziesz mówił.
- Będę, bo ty jesteś wszystkim, czego mi potrzeba.
- Mój Pingwinek – odparłam, muskając ustami jego skórę. 
         Uwielbiałam być tak blisko niego. Uwielbiałam czuć, że jest tak blisko. Luke też dawał mi wszystko, czego najbardziej potrzebowałam. Być może dlatego ta nasza więź ze sobą, mimo wcześniejszych tak licznych i olbrzymich kilometrów, była tak mocna. Miałam nadzieję, że tak będzie już na zawsze.

         Leżeliśmy w łóżku do dwunastej. Potem zarządziłam wstanie, bo musieliśmy pomału zacząć się ogarniać. W końcu wieczorem do mojego domu zbiegnie się banda głodnych facetów i rodzice Hemmingsa. Luke zaoferował mi pomoc w przygotowaniach, a ja zgodziłam się od razu. Przydadzą się dodatkowe ręce do pracy.
         Najpierw jednak musieliśmy wybrać się do dużego supermarketu, aby zrobić porządne zakupy. By nie dźwigać siatek, poszliśmy do Luke'a do domu, aby mógł wziąć swój samochód. Zabrał też dodatkowe rzeczy na zmianę. Po tej krótkiej wizycie u jego rodziców – zdążyliśmy wypić tam kawę i przekąsić ciasto upieczone przez Liz – udaliśmy się w końcu na zakupy. Listę z najpotrzebniejszymi rzeczami miałam już zrobioną wcześniej i trzymałam się jej, bo nie chciałam o niczym zapomnieć.
- Luke, no – jęknęłam, kiedy chłopak wrzucił mi do koszyka kolejne słodycze. Zrobił tą swoją minę niewiniątka, a ja przekręciłam ciemnymi oczami. – Mogłam nie wchodzić z tobą do tej alejki.
- Każesz mi teraz przejść na wysokowartościową i zdrową dietę? Jeśli tak, to urządzę ci strajk – powiedział ze śmiechem, pchając wózek.
- A jak ten twój strajk miałby się objawiać? Bo może zacznę się zastanawiać, czy nie przymusić cię do zdrowszego odżywiania.
- Sama się najpierw do takiej diety dostosuj – rzucił rozbawiony. Dobra, sama pod tym względem nie byłam taka poro elo spoko, ale nie jechałam na samej czekoladzie i chipsach od rana do wieczora.
- Co z tym strajkiem Pingwinku?- zapytałam, klepiąc go po pośladkach. Luke zaśmiał się i nachylił w moją stronę.
- Zero seksu – powiedział szeptem, a potem spojrzał na mnie zadowolony.
- Spoko – rzuciłam, wzruszając ramionami. Blondyn uniósł brwi do góry, patrząc na mnie z niedowierzaniem. – Zastanawiam się, kto będzie się takim strajkiem bardziej katował, ty czy…
- Dobra, zapomnij – przerwał mi, a ja zaśmiałam się. Wspięłam się na palce i szybko cmoknęłam go w policzek. Uśmiechnął się promiennie. Odwrócił się w stronę kolorowych półek.- O! Weźmy też to!
- Kolejne cukierki?
- To zdrowe cukierki.
- Od kiedy Skittlesy są zdrowe?
- Są niezbędne do życia.
- To może poproś lekarza, by wypisał ci je na receptę- rzuciłam ze śmiechem, a Luke prychnął pod nosem.
- Jesteś, jak moja matka.
- Bo się obie o ciebie troszczymy, Pysiaczku –pociągnęłam, klepiąc go po klatce piersiowej. Blondyn pokręcił nosem. – Dobra, dawaj te Skittlesy, bo sama je lubię.
- Wiedziałem – powiedział ze śmiechem.
         Odłączyłam się od niego i przeszłam kawałek dalej. Spojrzałam na słone przekąski, które ustawione były po drugiej stronie alejki. W sumie, musiałam się zaopatrzyć także i w te rzeczy, bo przy alkoholu najlepiej się sprawdza takie jedzenie, a nie czekolada i batony, które tak napchał do wózka Luke.
         Nagle podniosłam głowę, czując, jak ktoś intensywnie się we mnie wpatruje. Spojrzałam najpierw w jedną, a potem w drugą stronę. W końcu moje ciemne tęczówki trafiły na tą konkretną osobę. Uniosłam brwi do góry. Przede mną stała Beth. Beth, była wiedźmowata dziewczyna Hemmingsa. Była dziewczyna, która wykrakała nam to bycie razem, bo gadała o tym, zanim między mną, a Lukiem faktycznie coś mocniej zaczęło się dziać. Ta jego była dziewczyna, która nie znosiła mnie, a ja jej za to, że tak potrafiła się na nim wyżywać, tylko dlatego, że się ze mną przyjaźnił. Ta była dziewczyna, którą kiedyś też spotkałam w sklepie po ich zerwaniu i której powiedziałam, że Luke jest tylko mój – a wtedy jeszcze mój nie był. Ba, nawet nie wiedziałam, że coś do mnie czuł poza przyjaźnią, jaka wtedy nas łączyła. A teraz znów wpadamy na siebie, w innym sklepie, a ja jestem dziewczyną jej byłego chłopaka. Brzmi, jak fragment jakieś pieprzonej brazylijskiej telenoweli.
- Cześć Beth- usłyszałam za plecami głos Luke'a i prawie podskoczyłam, bo nie sądziłam, że chłopak jest tak blisko mnie.
- Cześć Luke – odpowiedziała blondynka bez entuzjazmu. 
         Rozstali się ponad trzy miesiące temu i mogłam się założyć, że może do końca jeszcze jej ta miłość do Hemmingsa nie przeszła. Po jej minie wnioskowałam, że mogła widzieć wcześniejszą naszą rozmowę, w której to nie zachowywaliśmy się, jak dwójka znajomych. Zrobiło się niezręcznie. A raczej niezręcznie dla mnie.
- Pójdę po chipsy – rzuciłam, aby jak najszybciej uwolnić się od jej towarzystwa.
- Co u ciebie słychać? –Usłyszałam jej pytanie. Skupiłam wzrok na błyszczących opakowaniach. Chciałam, by szybko się od niego odczepiła. Naprawdę jej nie lubiłam.
- Wszystko w jak najlepszym porządku – odpowiedział powoli. – A u ciebie?
- Też wszystko okej. Słyszałam waszą nową piosenkę, którą wrzuciliście na YouTube. Naprawdę jest niezła.
- Dzięki. Cieszę się, że ci się podoba.
- Nadal się z nią kumplujesz. – To nawet nie było pytanie. To było szybkie stwierdzenie, a ja zazgrzytałam zębami. Boże, zaraz tej małej blondynie zrobię krzywdę.
- Z kim? – dopytał Hemmings, który chyba nie ogarnął tak szybkiej zmiany tematu.
- Z nią. – Nie patrzyłam w ich stronę, ale byłam pewna, że Beth wskazała mnie palcem.
- Nie – odpowiedział Luke. – Malia jest teraz moją dziewczyną – dodał, wyraźnie akcentując słowo dziewczyna. Pingwinku wygrałeś tą rundę!
- Och… Czyli jednak cię złapała w swoje łapska…
- Beth, chyba ta rozmowa nie ma sensu. Będzie lepiej, jak rozejdziemy się w swoje strony – przerwał jej Hemmings, a ja miałam ochotę rzucić się na niego z głośnym okrzykiem triumfu. 
         Stałam jednak przy tej półce z chipsami, jak idiotka i w końcu nie mogłam tego przedłużać. Wzięłam kilka paczek, które już wcześniej wybrałam i wróciłam do nich, udając, że nie mam pojęcia, o czym rozmawiali. Wrzuciłam paczki do wózka.
- Musimy już iść, niedługo mamy gości – pociągnął Hemmings.
- Wy macie? – wtrąciła się, a ja spojrzałam na nią, jak na kretynkę. Co się tak dopytywała o szczegóły z naszego życia? Jej jest, aż tak nudne, że musi wiedzieć, co dzieje się dokładnie u jej byłego? A nie… Ona pewnie nadal coś do niego czuje. Logiczne.
- Mieszkamy razem – odpowiedziałam, by podsycić jej złość. Tak, wiem… Mimo tego, że jestem od niej starsza, to powinnam być mądrzejsza, ale Beth zawsze wyzwalała we mnie te najgorsze cechy, jakie posiadałam.
- O – wydusiła tylko. 
          Spojrzała na mnie, a jej wzrok dłużej zatrzymał się na mojej bransoletce z jego imieniem, którą kiedyś dostałam od Luke'a. Nosiłam ją zawsze i wszędzie tak, jak bransoletkę z nazwą zespołu chłopaków. Byłam pewna, że zaraz ją rozsadzi.
- Trzymaj się Beth. – Luke w końcu powiedział te magiczne słowa. 
- Ty też – rzuciła, biorąc koszyk. Wyminęła nas, by ruszyć w przeciwną stronę. Objęłam blondyna ramieniem, jakby młoda miała zamiar się obejrzeć, by raz jeszcze rzucić na nas okiem. Spadaj mała, to terytorium jest tylko moje!
- Mieszkamy razem? – odezwał się ze śmiechem Luke, gdy ruszyliśmy w stronę kolejnej alejki.
- Przepraszam, ale jakoś tak…
- Nie masz za co mnie przepraszać – stwierdził, wzruszając ramionami.
- Wszystko okej?
- Tak, jak najbardziej – powiedział, uśmiechając się do mnie po raz kolejny. – Beth to przeszłość. Zresztą nadal mam do niej żal za to, jak traktowała moich przyjaciół. A przede wszystkim ciebie i Ashtona. – Kiwnęłam tylko głową. Doskonale pamiętałam, że nie tylko ja byłam na cenzurowanym, bo Irwinowi też się obrywało. W sumie oboje byliśmy w jednym obozie, w którym to wtedy hasłem przewodnim było Nie lubimy Beth.

         Po powrocie ze sklepu, musiałam zabrać się za przyszykowanie jedzenia. Postanowiłam zrobić na kolację pieczone mięso z rozmarynem i do tego zapiekane ziemniaki. Oprócz tego oczywiście dwie surówki i dwie sałatki, a także deskę serów, szynek i pieczeni, co miało być zimną zagryzką do alkoholu. Do tego chipsy i krakersy, by było coś na słono.
         Gotowanie z Lukiem było wyzwaniem. Chłopak w ogóle nie miał zdolności kulinarnych, a jedyne co potrafił zrobić to kanapki. Dlatego bardziej mi przeszkadzał, niż pomagał, ale był tak w tą pracę zaangażowany, że nie miałam serca go wygonić. Miałam też nadzieję, że może dzięki temu czegoś się nauczy.
- O cholera – syknął, a ja spojrzałam na niego. Miał przyprawić mięso. – Chyba za dużo.
- Dużo za dużo.
- Co teraz?
- Weź ręcznik papierowy i zgarnij to nim. Jak nie będzie chciało się przyczepiać, to możesz go trochę namoczyć.
- Nie, nie, nie… Ty to lepiej zrób, bo znowu coś spierdolę – powiedział, kręcąc głową. Uśmiechnęłam się do niego i zajęłam się ściąganiem nadmiernej ilości przyprawy. Potem szybko dokończyłam jego pracę, wsuwając mięso do piekarnika.
- Możesz obrać ziemniaki.
- Tego przynajmniej nie spieprzę.
- Nie przesadzaj Pingwinku – powiedziałam, obejmując go w pasie. Poderwałam głowę do góry, by móc na niego spojrzeć. – Jesteś idealnym pomocnikiem.
- Jasne.
- Jesteś. Bo jesteś moim prywatnym pomocnikiem, który jest do tego tak cholernie przystojny – odparłam, a Luke zaśmiał się. Oplótł mnie swoimi ramionami, a potem szybko musnął swoimi ustami moje usta. Uśmiechnęłam się do niego. – Bierz się za ziemniaki.

         Chłopaki i rodzice Luke'a zjawili się u mnie, niemalże w tym samym momencie. Nie powiem, ale byłam zdziwiona, że mój stół w kuchni pomieścił nas wszystkich. W końcu nie należał do największych. Czas ten upłynął nam na rozmowie i śmiechu. Głównymi zabawiaczami, powodujących ból szczęki byli oczywiście panowie, w tym ojciec Luke'a, który opowiadał zabawne historie ze swojej pracy. Dwa razy popłakałam się ze śmiechu, a potem modliłam się w duchu, by moje mięśnie brzucha wytrzymały tą torturę, jaką teraz był dla mnie śmiech.
         Potem państwo Hemmings stwierdzili, że przyszedł czas na spotkanie bez staruszków i pożegnali się ze wszystkimi, by po chwili opuścić moje małe lokum. Wiedziałam, że opijanie mojego mieszkania – a także przyjazdu do Australii, jak co chwilę zaznaczał Hood – może się nieco rozciągnąć w czasie. Dlatego rzuciłam hasło, by chłopaki zostali u mnie na noc. Nawet nie musiałam ich na to długo namawiać. W trybie natychmiastowym zorganizowaliśmy sobie materace- Calum i Michael pojechali taksówką do Clifforda, aby je przywieźć- a ja przyszykowałam koce i poduszki. 
         Gdy wrócili zarządziłam, aby przed rozpoczęciem oficjalnego picia, przygotować wszystko do spania. Takim oto sposobem z kolacji, przeszliśmy niemalże do piżama party, bo zamiast przy stole siedzieliśmy wśród kocy i pościeli na rozłożonych materacach. I wszyscy byliśmy ubrani, jakbyśmy mieli zaraz faktycznie iść spać.
- Patrz pod nogi– powiedziałam głośniej, gdy Michael razem z paczką chipsów ruszył w naszą stronę. 
         Nie zauważył koca, który zwisał z materaca i poślizgnął się na nim. Jego upadek widziałam, jak w zwolnionym tempie. Poleciał do przodu, a paczka ze słoną przekąską wyleciała mu z ręki, uderzając w głowę Luke'a. Chłopak padł na materac prosto na twarz. Było to tak silne przyłożenie, że musiałam się podeprzeć ręką, aby utrzymać się w pionie, a Irwin, który był najbliżej prawie z turlał się na ziemię. Wszyscy popatrzyliśmy na siebie, a potem wybuchliśmy tak głośnym śmiechem, że chyba nas słyszeli w całym budynku.
- Nic ci nie jest?- zapytałam, próbując się opanować.
- Przeżyję –odpowiedział, unosząc się na łokciach. – Gdzie moje żarcie? Kurwa! Oddawaj! Przynieś sobie swoje! – odparł, próbując wyrwać z dłoni Luke'a kolorową paczkę. Hemmings już się dorwał do jej zawartości. Odsunął się jednak od kumpla, a Michael niewiele myśląc, rzucił się w jego kierunku, powalając go na plecy.
- Boże… - mruknął Calum, przekręcając oczami i patrząc na nich z politowaniem. – Zostawię ich zachowanie bez komentarza.
- Od kiedy zaczynasz zajęcia i pracę?- zapytał Ashton, ignorując turlających się Michaela i Luke'a, który dalej walczyli o chipsy, bo żadnemu nie chciało się ruszyć tyłka po kolejną paczkę. Przekręciłam oczami i sama po nie wstałam, bo przez to ich rzucanie się po materacu, bałam się, że ja i pozostali nabawimy się choroby morskiej.
- Jeszcze jutro mam wolne – odpowiedziałam mu, biorąc do ręki kolorowe opakowanie. Następnie wróciłam na miejsce i rzuciłam paczką w ich stronę. Poskutkowało. Oboje uspokoili się.
- Myślałem, że dłużej będziesz mieć wolne – pociągnął Ashton.
- Ja też, ale… trudno. Nie mogę mieć wiecznych wakacji – rzuciłam ze śmiechem. – Jestem ciekawa, na jakie grupy trafię.
- Może będziesz mieć jakieś fajne koleżanki – skwitował Calum.
- Myślisz o koleżankach dla siebie czy dla mnie? – odparłam, ze złośliwym uśmiechem na twarzy.
- Oczywiście, że dla mnie. Ale przetestowane przez ciebie.
- Słusznie. Z byle kim nie pozwolę ci się spotykać – powiedziałam, wzruszając ramionami, a Hood spojrzał na mnie z niedowierzaniem. – Jezu… Żartowałam – zaczęliśmy się śmiać. Po chwili jednak udałam poważną. Zmierzyłam Mulata wzrokiem. – W sumie chyba nie żartowałam. – To wywołało jeszcze większy śmiech u pozostałych.

         Siedzieliśmy prawie do rana, pijąc i rozmawiając. Pod koniec raczej nie było rozmowy, a zwykła głupawka, jaka nas ogarnęła. Znów czułam, jak od śmiania boli mnie brzuch i szczęka.
        Kiedy uznaliśmy, już mocno wstawieni, że tyle nam wystarczy, poszliśmy spać. Ja i Luke zajęliśmy kanapę, a chłopaki spali na złączonych ze sobą materacach. W sumie ich łóżko było o wiele większe, niż naszej dwójki. Dobrze, że byłam zmęczona i nieco wcięta, bo nie miałam problemów z zaśnięciem. A pewnie byłby problem, bo okazało się, że Calum dzisiaj postanowił zaszczycać nas głośnym chrapaniem. Jednak po takiej ilości wypitego alkoholu, było mi wszystko jedno.  



***
Niestety z powodu problemów z internetem rozdział trafia do was dopiero dzisiaj. Mam nadzieję, że już więcej takich nagłych problemów nie będzie i że mój net zechce znów ładnie i pięknie ze mną współpracować.

Pamiętacie jeszcze Beth? :D 

Mam też nadzieję, że rozdział przypadł wam do gustu :)

Kolejna część oczywiście w następny piątek!

Bardzo dziękuję wam za komentarze! Cieszę się, że nadal potrafię, w jakiś sposób was zaciekawić :)

Pozdrawiam!

3 komentarze:

  1. Super rozdział z resztą jak każdy ♥ tylko czemu musze tak długo czekać ? ;(
    Pozdrowienia ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniały rozdział ;-)
    Nie zapomniałam o Beth... Niestety. Mam nadzieję, że to było jednorazowe spotkanie...
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń
  3. HAHHA Malia i jej przemyślenia odnośnie byłej Hemmo XD Padłam :D Oczywiście, że pamiętam Beth i mała prośba do niej - Idź zaczepiać ludzi gdzieś indziej, bo nikt cię tu nie chce! Boże uwielbiam ich tutaj - Luke i Malia są tacy słodcy, a chłopaki uroczy. Michael i jego gleba XD Cały Clifford hahahah. Coś czuję, że rano będą mieć kaca.
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń