piątek, 2 października 2015

S3 - Rozdział 4

Sydney, 23 listopada 2012 roku


        Usłyszałam dzwoniący budzik. Wyłączyłam go i przekręciłam się na plecy. Czas mojego nic nierobienia dobiegł końca i dziś zaczynam nie tylko zajęcia na uczelni, ale także pierwszy dyżur w australijskim pogotowiu. Przejechałam dłońmi po twarzy, zastanawiając się, czy na pewno jestem gotowa na to wszystko. Wiedziałam, że odwrotu nie ma. Musiałam w końcu zwlec się z łóżka i zabrać się za szykowanie, by nie zaliczyć spóźnienia. A to by w pierwszym dniu była porażka po całości.
         Poszłam do łazienki licząc na to, że szybki prysznic doda mi trochę energii i może tchnie we mnie ciut więcej entuzjazmu. Odkąd otworzyłam oczy, wisiała nade mną chmura porażki, choć tak naprawdę nie wiedziałam skąd ona w ogóle się wzięła. Starałam się zawsze myśleć w miarę pozytywnie, ale dzisiaj chyba te moje myślenie nie za bardzo mi wychodziło.
         Przetarłam dłonią zaparowane lustro, a następnie owinęłam się białym puchowym ręcznikiem. Umyłam zęby. Wysuszyłam włosy. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. No, tak… Nie wzięłam ubrań. Szybko jednak wykonałam makijaż, aby nie straszyć ludzi na ulicy. Ruszyłam w stronę drzwi. Ściskając w dłoni biały ręcznik, bo co chwilę się rozwiązywał, przeszłam do pokoju.
- Cześć. 
         Podskoczyłam, prawie mając zawał na miejscu. Spojrzałam z wyrzutem na blondyna, który rozłożył się na mojej kanapie, mając gdzieś to, że ładuje mi się w ubraniach na pościel.
- Cholera, Luke!
- Wystraszyłem? – zapytał z tym swoim niewinnym uśmieszkiem, mierząc mnie od góry do dołu.
- Co ty tu robisz? I jak tu wszedłeś?
- Po pierwsze pomyślałem, że przed pracą podrzucę cię na uczelnie – powiedział, wstając z miejsca. Podszedł do mnie, a następnie szybko pocałował w usta. – A po drugie, mam zapasowe klucze.
- O których mi nie powiedziałeś – mruknęłam, odpychając go od siebie. Zaśmiał się cicho pod nosem.
- A, co? Planowałaś romantyczne spotkania z jakimś innym kolesiem?
- Tak… Pokrzyżowałeś mi plany Pingwinku.- Luke zrobił udawaną smutną minę. – To był taki przystojniak… Młodszy ode mnie, z blond włosami i takimi niesamowicie błękitnymi oczami. Wyższy ode mnie, gra na gitarze. Znasz go?
- Nie znam typa. Pewnie jakiś nudziarz – skwitował, siadając dla odmiany na krześle. – Takie ciasteczko?
- Dokładnie ciasteczko – odparłam, przybliżając się do niego. Objęłam jego szerokie ramiona swoimi, wtulając twarz w jego policzek. – Moje ciasteczko. – Hemmings zaśmiał się, a następnie klepnął mnie w pośladki.
- Przyspiesz ruchy kochanie, może i pracuję u mojego ojca, ale on nie lubi, jak się spóźniam. Ty też powinnaś być na uczelni na czas.
         Przekręciłam oczami, a Luke zaśmiał się. Już chciałam się odsunąć, ale chłopak złapał mnie za nadgarstki i przyciągnął do siebie tak, że wpadłam w jego klatkę piersiową. Odgarnął mi z twarzy brązowe kosmyki włosów i szybko uraczył krótkim, ale intensywnym pocałunkiem.  
- Teraz możesz się szykować – powiedział, posyłając mi po raz kolejny szeroki uśmiech.

          Uniwersytet Sydney był tak samo wielki, jak uczelnia, do której uczęszczałam w Londynie. Na szczęście też był dobrze oznakowany, więc bez problemów znajdowałam poszczególne aule i sale, w których miałam zajęcia z reklamy, marketingu, czy public relations. Ludzie z mojego roku okazali się być mili i sympatyczni i choć rok akademicki trwał w najlepsze, to szybko wciągnęli mnie do swojego grona, nie dając zbytnio odczuć mi tego, że jestem nowa. Byłam też dla nich czymś w rodzaju ciekawostki, w końcu przyjechałam tu, aż z Anglii, a raczej w naszej grupie – z tego, co zdążyłam się dowiedzieć- nie było ludzi spoza Australii.
          Zaraz po zakończeniu zajęć, skierowałam się na przystanek, aby podjechać do szpitala, który mieścił się prawie w samym centrum miasta. Liczyłam na to, że i tam wszystko pójdzie tak łatwo i płynnie, jak na uczelni. Nie chciałam od samego początku narobić sobie jakiegoś kwasu.
          Weszłam do środka. Podeszłam do rejestracji, aby uzyskać informacje, gdzie powinnam się zgłosić, ale zanim zdążyłam otworzyć usta, obok mnie pojawił się wysoki mężczyzna około trzydziestki. Zmierzył mnie wzrokiem od góry do dołu, a potem uśmiechnął się szeroko.
- Malia Morell? – Kiwnęłam głową. – Dave Masterson, twój nowy partner.
- Miło poznać.
- Czekałem na ciebie. Nie chciałem byś się gdzieś zgubiła – odparł, przeczesując dłonią swoje brązowe włosy. Zauważyłam na jego palcu złotą obrączkę. – Zapraszam.
          Przeszliśmy przez izbę przyjęć, a potem przez oddział ratunkowy. Poprawiłam torbę, którą miałam na ramieniu, starając się być cały czas za Dave’em, jednocześnie rozglądałam się po moim nowym miejscu pracy. Mężczyzna w końcu skręcił w mały korytarz, a następnie pchnął drzwi z napisem Ratownictwo Medyczne. Przepuścił mnie w drzwiach.
          Weszłam do bladoniebieskiego dużego pokoju, w którym oprócz stołów i krzeseł, stały też dwie kanapy, telewizor i rząd metalowych szafek, a także regały z pękatymi segregatorami. Przy ekspresie do kawy urzędował kolejny mężczyzna. Gdy tylko się odwrócił, zrobiłam wielkie oczy. Był bliźniakiem Dave’a. Byli identyczni.
- Chris to Malia. Malia to mój brat Chris, a także nasz kierowca i dodatkowa para rąk do pracy.
- Cześć. Miło w końcu poznać – powiedział Chris, podchodząc do nas. – Niezła będzie z nas drużyna. Bliźniaki i takie maleństwo do kompletu. Nie żeby… Wiesz… Nie chciałem powiedzieć nic złego – wydukał, a ja zaśmiałam się. Dobra, może faktycznie nie należałam do najwyższych osób, więc mógł wygłaszać takie komentarze. Zresztą obydwoje nade mną górowali i naprawdę będziemy dość dziwną grupą.
- On jest tym głupszym bliźniakiem- skwitował Dave, przepraszającym tonem. Przynajmniej nie są drętwi. – Ale zaraz zaczynasz swój pierwszy dyżur i musisz ubrać takie boskie wdzianka, jak my. – Wskazał na swój czarny uniform. - Trzy komplety widzą w twojej szafce – numer siedem. Twój klucz – podał mi maleńki kluczyk. – Tam jest łazienka – wskazał na drzwi po lewej. – Po drugiej stronie jest nasz pokój do spania.
- Jasne, dzięki. Dajcie mi chwilę.
- Jesteś Angielką? – zapytał Chris. Kiwnęłam głową. – Czadowo. – Uśmiechnął się do mnie, a ja odpowiedziałam tym samym.

          Siedziałam przy stole gadając z Chrisem, z którym od razu znalazłam wspólny język. Okazało się, że lubimy te same filmy, a nawet słuchamy tej samej muzyki. On też uwielbiał mocniejsze brzmienia. Dave leżał na kanapie z książką w ręku, co jakiś czas wtrącając swoje trzy grosze do naszych poruszanych tematów. Dwa razy nasz pokój odwiedziła inna trójka ratowników, w którego w skład wchodzili sami mężczyźni.
          Nagle drzwi od naszego pokoju otworzyły się po raz trzeci. Tym razem do pomieszczenia wpadł starszy mężczyzna, ubrany w biały kitel. Dave od razu zerwał się na równe nogi, a ja z ciekawością wlepiłam w niego oczy.
- Macie wezwanie. Posterunek policji na Wattle Street. Mają tam poranionego gościa, który demolował ławki, kosze i płot przy plaży. Prawdopodobnie może być chory psychicznie, więc uważajcie. Zgłoszenie wgrałem do waszego komputera.
- Dzięki Pete – rzucił Dave, a następnie spojrzał na mnie. – Gotowa do pierwszego zadania? – Uśmiechnęłam się i kiwnęłam głową, podnosząc się z miejsca.
- Taki miły smaczek na początek – odezwał się Chris. – Wariat na komendzie. To będzie boskie zadanie.
- Wyluzuj, braciszku – odparł Dave, uderzając go w ramię.
- Jasne, jasne. No, księżniczki pakujcie się do swej karocy – rzucił ze śmiechem, zaganiając nas do drzwi.

           Zatrzymaliśmy się przed Komendą Główną Policji Sydney. Dave kazał Chrisowi na nas poczekać, a mężczyzna wcale nie był z tego powodu zadowolony. Jego brat jednak uznał, że we dwójkę damy sobie radę.
          Oboje weszliśmy do środka. Od razu obok nas znalazł się policjant, który nas wezwał. Poprowadził nas wąskim kremowym korytarzem na sam jego koniec. Zatrzymaliśmy się przy drzwiach od jego gabinetu. Otworzył je, przepuszczając nas w drzwiach.
          Spojrzałam na zakrwawionego łysego mężczyznę, który bez ruchu siedział na jednym z krzeseł tuż przy biurku. Jego wzrok był pusty, wpatrzony w jeden punkt przed sobą. Miał rozdarte ubranie na plecach, brakowało mu jednego buta. Dłonie i ramiona nosiły liczne ślady rozcięć i zadrapań, jakby poszkodowany wleciał w drut kolczasty i wszelkimi siłami chciał się z niego uwolnić. Z jego nosa też musiała wcześniej wypływać krew, bo na linii warg znajdowało się kilka zaschniętych ciemnych skrzepów posoki.
- Oliver – powiedział policjant, przybliżając się do mężczyzny. – Są tu ratownicy, którzy udzielą ci pierwszej pomocy.
- Oczywiście szefie – odparł cicho Oliver.
          Dave postawił czarną torbę na ziemi. Oboje schyliliśmy się w jej stronę. Pokazał mi ruchem dłoni, że mam się zająć jego ranami, a on w międzyczasie go zbada. Wyciągnął ciśnieniomierz, a ja złapałam za paczkę z gazami, aby zabezpieczyć mu największe rany.
          Przybliżyłam się do niego, zakładając rękawiczki. Następnie otworzyłam opakowanie, stawiając je na biurku. Poczułam, że na mnie spojrzał. Odwróciłam głowę w jego stronę. Uśmiechnął się, pokazując rząd żółtych i krzywych zębów.
- Kobieta…
- Oliver bądź grzeczny.
- Oczywiście szefie, ale to kobieta – pociągnął dalej, a ja zerknęłam na policjanta. Kiwnął mi głową.
          Zdążyłam przyjrzeć się jego pierwszej ranie, gdy rozpętał się chaos. Oliver zadziałał tak szybko, że nikt z naszej trójki nie zdążył na czas zareagować. Pierwsze, co poczułam, to mocne szarpnięcie, a potem rozchodzący się ból w twarzy, który swój początek miał przy wardze i dziąsłach. Oliver uderzył mnie żółtym grubym segregatorem, który leżał na biurku. Poczułam gromadzącą się w ustach krew. Jego cios był tak silny, że zwalił mnie z nóg, a ja odczołgałam się na bok. Ubrudziłam podłogę plamami krwi, którą wyplułam.
          Zerwał się ze swojego miejsca, rozrywając paski, którymi był przywiązany do krzesła. Podniósł go obiema rękoma, a następnie uderzył nim w policjanta. Mebel rozwalił się na jego plecach, z głośnym hukiem. Z jego ust wydobył się cichy jęk, gdy upadał na podłogę.
          Oliver odwrócił się w kierunku Dave’a i zanim on zdążył odskoczyć, złapał za faks i cisnął nim w mojego partnera z pracy, trafiając go prosto w głowę. Poleciał na dół, a potem z grymasem bólu na twarzy i ściekającej krwi po policzku, odsunął się od niego na bezpieczną odległość. Mężczyzna jednak utkwił w nim rozwścieczony wzrok. Ze spokoju przeszedł do furii i to mi się, ani trochę nie podobało.
           Z początku byłam pewna, że tą agresję wywołała moja osoba, ale Olivier stracił mną zainteresowanie i skupił się wyłącznie na Dave’wie. Ukucnął obok niego, łapiąc go za czarną koszulę. 
           Podniosłam się z podłogi, analizując szybko w myślach cały plan. Nie miałam zbyt wiele czasu na jakiekolwiek zastanawianie się nad tym, co chciałam zrobić. Złapałam za leżące na biurku opaski zaciskowe. Włożyłam je do kieszeni, a potem sama złapałam za faks, którym to zaatakował Dave’a.
           Podeszłam do niego tak cicho, jak tylko umiałam. Oczy mojego kolegi rozszerzyły się, gdy zobaczył mnie stojącą tuż nad nim. Zamachnęłam się i uderzyłam go w głowę. Oliver upadł na niego, przygniatając go swoim ciałem do ziemi. Złapałam go za ubranie i z całej siły pociągnęłam do tyłu, niczym szmacianą lalkę. Usłyszałam, jak z jego ust wydobywa się pojedyncze warknięcie, jakby Oliver odzyskiwał świadomość po moim nagłym ataku na jego osobę. Usiadłam na jego plecach, łapiąc za jego ręce i wykrzywiając je do tyłu. Szybko spięłam je opaskami.
- Co tu się dzieje? – zapytał policjant, który wszedł do pokoju, zapewne zwabiony dziwnymi hałasami. Spojrzał najpierw na swojego kolegę po fachu, a potem na nas. – O! Czy pani nie minęła się z powołaniem? Może powinna pani pracować u nas?  - powiedział z lekkim uśmiechem, pomagając wstać swojemu kumplowi.
           Dave również podniósł się z miejsca. Podszedł do torby, wyciągając z niej strzykawkę. Następnie napełnił ją środkiem uspakajającym. Zbliżył się do nas. Zerknął na mnie, a ja kiwnęłam mu głową na znak, że nic mi nie jest. Podał mu lek, a potem pomógł mi wstać.
- Chris – powiedział do krótkofalówki, którą miał przyczepioną na ramieniu. – Potrzebujemy nosze z pasami. Facet jest agresywny.
- Jasne, zaraz tam będę – odpowiedział jego brat.
- Opatrzymy go w szpitalu.
- Za to ty siadaj –powiedziałam, podsuwając mu krzesło. 
           Dave przewrócił oczami, ale i tak usiadł. Podeszłam do torby. Wyciągnęłam z niej dwa suche lody, a także bandaż na głowę. Jeden suchy lód podałam znokautowanemu policjantowi, który przyłożył go sobie do karku. Zanim skończyłam robić opatrunek na głowie Dave’a, drzwi od pokoju znów się otworzyły i do środka wszedł Chris.
- No, nie wierzę – jęknął z zawodem. – Ominęła mnie akcja!

           Odwieźliśmy naszego bojowego pacjenta na SOR, a stamtąd skierowano go na oddział psychiatryczny. Ja i Dave również musieliśmy zostać, by przejść podstawowe badania, które zagwarantują naszemu pracodawcy to, że nic nam nie jest.
          Tylne drzwi od karetki były otwarte na oścież. Siedziałam tam z Chrisem, czekając na jego brata, który miał odebrać nasze wyniki i przekazać także raport z całego zajścia. Przysnęłam do ust suchy lód, który przyjemnie koił. Oliver nie tylko rozwalił mi dolną wargę, ale także naruszył górne dziąsła i to one najbardziej bolały. Na szczęście przestała mi lecieć krew. Z pewnością będę mieć pięknego strupa na ustach.
           W końcu z budynku wyłonił się drugi bliźniak, niosąc w rękach pęk papierów. Podszedł do nas, a potem usiadł na stopniu, prowadzącym do wnętrza karetki. Spojrzał na nas. Zauważyłam, że wygląda dużo lepiej. Być może dlatego, że jego twarz nie pokrywała się czerwienią, a na łuku brwiowym założono mu kilka szwów.
- Będziemy żyć? – zapytałam, starając się nie śmiać, bo wtedy warga mocno mnie rwała.
- Nic nam nie jest. Żadnych wstrząsów, pęknięć, ani złamań.
- To dobra wiadomość – skwitował Chris, popijając colę prosto z puszki.
- Nasza grupa ma na resztę dnia wolne, ale mamy wypełnić dodatkowe papiery.
- To też dobra wiadomość – pociągnął Chris, a potem zarzucił mi rękę na ramiona. – Witamy w Sydney! 
           I mimo tego, że bardzo się starałam tego nie robić, to widząc jego roześmianą twarz, sama wybuchłam śmiechem. Zaraz do nas dołączył jego brat. Na całe szczęście ta cała historia skończyła się tak, a nie inaczej i wszyscy wyszli z tego cało.

          Zadzwoniłam do Luke'a informując go o tym, że dziś jednak skończę szybciej. Hemmings zaoferował się, że po mnie przyjedzie i podrzuci do domu. I wielkie mu dzięki za to, bo nie musiałam się tłuc do domu autobusem.
          Ogarnęliśmy w końcu papiery, a trochę tego było, bo musieliśmy zdać szczegółową relację z całego zajścia. Kiedy skończyliśmy wybiła dziesiąta, a ja zadzwoniłam po mojego faceta, który oznajmił mi, że będzie na miejscu za piętnaście minut. Miałam więc czas, by się spakować i przebrać.
         Pożegnałam się z bliźniakami, którzy ruszyli w kierunku swoich aut, które były identyczne, jak oni sami. Zastanawiałam się, czy w innych aspektach też są tak podobni. Z charakteru byli inni, jeden z nich miał żonę, a drugi chłopaka. Coś więc ich tam różniło.
          Uśmiechnęłam się szeroko, widząc znajomy samochód. Na szczęście dziąsła i warga bolały znacznie mniej, więc mogłam to robić częściej, niż na początku. Luke siedział za kierownicą, a gdy tylko mnie zobaczył, obdarzył mnie promiennym uśmiechem. Wsiadłam na miejsce pasażera i nachyliłam się w jego stronę, by skraść mu szybkiego całusa, ale blondyn zatrzymał się, spoglądając na mnie, marszcząc do tego czoło.
- Co jest?- wydusiłam z siebie, nadal znajdując się blisko niego.
- To ty mi powiesz. Jezu… Co ci się stało?
- A, to – rzuciłam, machając ręką. – Oberwałam segregatorem od pacjenta…
- Co?!
- Takie rzeczy się zdarzają. Na szczęście rzadko. Był agresywny i…
- Naprawdę nieraz nie lubię tej twojej pracy – wydusił, kręcąc nosem.
- Daj buzi! – Luke spojrzał na mnie, a potem zaśmiał się pod nosem. W końcu otrzymałam szybkiego całusa, więc mogłam normalnie usiąść.
- To i tak nie zmieni mojego zdania o tym, że nie lubię twojej pracy. Powinnaś ją rzucić w cholerę – pociągnął, odpalając silnik. Spojrzałam na niego, jak na kosmitę, gdy wyjechaliśmy na główną ulicę.
- I z czego bym płaciła rachunki?
- Z mojego konta.
- Ale żeś wymyślił. Długo nad tym myślałeś, Pingwinku? – prychnęłam z niedowierzaniem. – Nie ma mowy.
- Jesteś zbyt ambitna…
- Tu nie chodzi o ambicje, Luke – przerwałam mu szybko, a on zerknął na mnie, by po chwili znów utkwić swoje błękitne oczy w drodze. – Tu chodzi o zasadę. Nie mogę żerować na twoich pieniądzach. Może i jesteśmy razem, ale to nie znaczy, że musisz mnie utrzymywać. A zresztą jest tak, jak powiedziałam. Takie akcje są rzadkością.
- Mam nadzieję – powiedział cicho. Przekręciłam oczami. – Dobra, już kończę ten temat.
- I dobrze. Obejrzymy jakiś film, czy za późno?
- Obejrzymy – powiedział z uśmiechem.
- A zostaniesz na noc? – pociągnęłam, wlepiając w niego swoje ciemne oczy. Przejechałam dłonią po jego udzie. Blondyn zachichotał i na światłach przysunął się do mnie, by pocałować mnie szybko w nos.
- Myślałem, że już nie zapytasz.
- Byłam pewna, że sam się wprosisz. W końcu masz u mnie tyle swoich rzeczy, jakbyś mieszkał już na dwa domy.
- Przeszkadza ci to?
- Ani trochę – odpowiedziałam, dotykając jego policzka. Znów się uśmiechnął, by po chwili ponownie skoncentrować się na jeździe. 


***
W tym rozdziale więcej z pracy Malii, no i trochę naszego Hemmo :) Mam nadzieję, że rozdział przypadł wam do gustu :)

Dziękuję wam za wasze komentarze, które uwielbiam :) To naprawdę duża motywacja :)

Oliwia - Malia nie ściągnęła Luke'a do Londynu na stałe, bo nie chciała rozbijać zespołu chłopaków :)

Na sam koniec krótkie info - otóż, jest nowy blog z nowym opowiadaniem. Byłam pewna, że nowa historia wystartuje później, ale jakoś udało mi się ogarnąć bloga i już jest! 
Mam nadzieję, że i ona wam się spodoba. Zainteresowanych zapraszam na:


Poniżej dla ciekawych zwiastun do obejrzenia- to cudo, jak zwykle wykonała dla mnie Monia (jesteś genialna!)


Pozdrawiam i do następnego piątku!

3 komentarze:

  1. Genialny rozdział!
    Mam ogromnego banana na twarzy, bo są nowe rozdziały na twoich 3 blogach !!!!! Ja. Cię. Kocham. !!! XD No i jeszcze nowy blog... Na prawdę cię podziwiam!
    Czekam na następny rozdział, a teraz idę czytać rozdziały na The Great Escape, Dwa Plus Jeden i jeszcze muszę obejrzeć zwiastun Pokochać ciszę <333 Bardzo się cieszę, że odkryłam twoje blogi, bo cały dzień myślałam o chwili, kiedy będę mogła już poczytać twoje blogi
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Kocham twoje blogi sa genialne czekam na następne rozdziały i pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jenyyyyy Uwielbiam scenki Luke-Malia :D Oni są tacy super razem :) Nigdy przenigdy nawet nie próbuj ich rozdzielić. Kolejna scenka z pracy Malii i lekko nie było, ale SIŁA KOBIET bo gdyby nie ona to by było kiepsko :)
    Czekam na kolejną część.
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń