piątek, 9 października 2015

S3 - Rozdział 5

Sydney, 2 grudnia 2012 roku


         W Sydney mieszkałam od niedawna, a już zdążyłam wyłapać pewną relację między chłopakami, a mną. Byłam dziewczyną Luke'a, ale jego kumple z pewnością mogli zaliczyć się do grona moich bliskich przyjaciół. To skutkowało tym, że nie tylko Hemmings był regularnym gościem w moim mieszkaniu. Calum, Michael i Ashton przyjęli je, jak swoje gniazdko i często okupowali mi salon do późnych godzin wieczornych. Zaczynałam przyzwyczajać się do tego, że wpadali bez zapowiedzi, wchodząc, jak do siebie – czym bardzo przypominali mi Sharon. Często pozostawiali po sobie w miarę kontrolowany bałagan oraz czyścili mi lodówkę i szafki z wszelkiego jedzenia, na jakie się natknęli. Na szczęście, gdy przeginali potrafili się ogarnąć i wysprzątać mi mieszkanie na błysk co, jak mniemam było ich formą udobruchania mnie, gdy niczym matka jęczałam jacy to z nich bałaganiarze do kwadratu. Ot, co… Takie dodatkowe uroki mieszkania w Australii. Mimo wszystko nadal ich uwielbiałam.

             Rano byłam nieprzytomna. Musiałam wstać o czwartej, by zdążyć na dyżur, który zaczynał mi się równo o szóstej. Chciałam położyć się wcześniej spać, ale wczoraj wieczorem wpadł Ashton z Calumem i skutecznie udaremnili mi tą próbę wyspania się do pracy. Liczyłam na to, że puszka energetyka tchnie we mnie trochę życia, dlatego praktycznie się z nią nie rozstawałam, gdy szykowałam się do wyjścia.
           W autobusie myślałam, że zasnę, ale dzielnie walczyłam z opadającymi powiekami. Nie mogłam przegapić przystanku, na którym musiałam wysiąść. Ludzi o tej porze nie było za wiele, ponieważ największy ruch w komunikacji miejskiej był od wpół do siódmej do ósmej. Dlatego bez problemu mogłam zająć miejsce siedzące.
           Wysiadając z autobusu, poczułam lekki wietrzyk na twarzy, który nieco mnie obudził. Sięgnęłam do torby, by wydobyć kolejny napój energetyczny w puszce. Otwierając ją miałam tylko nadzieję, że się na to nie uodporniłam i że faktycznie dzięki temu słodkiemu napojowi dostanę trochę więcej energii do życia.
           Zatrzymałam się pod drzwiami szpitala. Wyciągnęłam komórkę, sprawdzając czas. Byłam o wiele szybciej, niż zamierzałam i przez chwilę zastanawiałam się, jakim cudem mi się to do cholery udało. Nie chciałam tkwić w naszym pokoju i nudzić się, jak mops, dlatego postanowiłam wykonać telefon do mojej przyjaciółki, której nie słyszałam od trzech –czterech dni. Odnalazłam odpowiedni kontakt i połączyłam się z Sharon.
           Podczas rozmowy przechadzałam się w tą i z powrotem, podążając wzdłuż budynku szpitala. Co jakiś czas upijałam mały łyk napoju, słuchając głosu i śmiechu blondynki, która nadawała teraz na uczelnię i pracę w hotelu, jakby tego naprawdę nie znosiła. Wiedziałam jednak, że jest całkiem inaczej, więc przytakiwałam jej z uśmiechem, dając jej możliwość mocnego wygadania się i wyżalenia.
            Zakończyłam rozmowę po jakiś dwudziestu minutach, czując, jak zdrętwiała mi ręka, w której trzymałam komórkę. Schowałam ją z powrotem do kieszeni, odwracając się w stronę wejścia. Nagle zauważyłam wywieszony na szybie plakat. Mimo tego, że często używałam tego wejścia, to jednak robiłam to tak automatycznie i szybko, że nie zwracałam uwagi na to, co tam zarząd wywiesza. Teraz jednak kolorowy plakat skutecznie przykuł moją uwagę.
            Podeszłam bliżej, wpatrując się w krzykliwie czerwony napis – Festyn z okazji Dnia Pacjenta. Festyn ten, z tego co wiem, organizowany był co roku i cieszył się nawet sporą popularnością wśród personelu i pacjentów. Z początku byłam pewna, że plakat informuje, tylko o tym zbliżającym się dniu, jednak wczytując się dalej w jego treść, zrozumiałam, że jest to ogłoszenie. Ogłoszenie dla zespołów, które byłby chętne zagrać dla szpitala. Liczba miejsc oczywiście ograniczona. Prawie uderzyłam głową w szybę, gratulując sobie w myślach to, jaką sierotą nieraz jestem, że nie zwracam na takie rzeczy uwagi. Przecież byłaby to idealna okazja dla 5 Seconds of Summer, by mogli zagrać przed jakąś publicznością. Dostrzegłam jednak znane mi imię i nazwisko osoby, która odpowiadała za organizację tego dnia. Znałam faceta, bo poznaliśmy się, gdy ja i Chris czyściliśmy karetkę, a Marcus Krause wyszedł na zewnątrz w celu dotlenienia się miętowym papierosem. Był to znajomy bliźniaka, który od razu poznał mnie z kolegą.
           Spojrzałam raz jeszcze na plakat, a potem niewiele myśląc zerwałam go. Zgięłam go w pół, aby przypadkiem nie zwrócić nim uwagi babki z recepcji – w końcu selekcja plakatów wywieszanych na zewnątrz, nie leżała do moich obowiązków. Zerknęłam szybko na zegarek w telefonie. Miałam jeszcze trochę czasu do rozpoczęcia dyżuru. Wzięłam głęboki oddech, wyrzuciłam niedopitą puszkę z napojem, a potem w trybie natychmiastowym udałam się w stronę drzwi, by zrobić szybki nalot na dział marketingu. Gdzieś w środku łudziłam się, że być może Marcus spojrzy na mnie łaskawie i zastanowi się nad występem 5 Seconds of Summer na festynie.
            Byłam tak zaaferowana moim nagłym pomysłem, który teraz wydawał się tak świetny i rewelacyjny, że nie zauważyłam Dave’a, który wychodził z gabinetu naszego kierownika. Choć był ode mnie większy, to wleciałam w niego z taką siłą, że prawie powaliłam go na ziemię. Mężczyzna spojrzał na mnie zaskoczony, przyciskając do piersi teczkę z jakimiś dokumentami. Uśmiechnął się z politowaniem.
- Cześć. Co się dzieje?
- Cześć. Nic się nie dzieję. Muszę jeszcze… Muszę iść na górę. Na chwilę, dosłownie na chwilę. Obiecuję, że się nie spóźnię, ale to dla mnie bardzo ważne i…
- Malia – przerwał mi rozbawiony. Kiwnęłam głową, zagryzając jednocześnie wargę. W głowie miałam ułożoną szybką i dobrą mowę, którą chciałam wygłosić przed Marcusem. Znając jednak moje szczęście, ona tak szybko zniknie przed jego drzwiami, jak się pojawiła. – Bez nerwów. Idź. Do rozpoczęcia dyżuru mamy jeszcze trochę czasu. Nawet, jak nieco się spóźnisz, to będę cię kryć.
- Jesteś najlepszy – powiedziałam, mijając go.
- Powiedz to Chrisowi, bo on ciągle uważa, że jest tym lepszym bliźniakiem – odparł, zerkając na mnie. Uśmiechnęłam się do niego, a potem pognałam w stronę wind.
           Zatrzymałam się przed rzędem wind. O tej porze nikogo tu nie było. Nacisnęłam guzik raz, a potem drugi raz, jakby to miało przyspieszyć zjazd jednej z nich. Po chwili jednak usłyszałam znany dźwięk, oznajmujący mi, że jedna jest gotowa do tego, by zawieźć mnie na trzecie piętro. Weszłam do niej, opierając się o barierkę.
           Gdy wysiadłam na piętrze trzecim, opanowała mnie cisza. W tej części szpitala zawsze było cicho. Prace biurowe odbywały się w osobnych pomieszczeniach, a jedynym dźwiękiem, jaki można było wychwycić, to dzwoniący raz na jakiś czas telefon. Jednak tak było z pozoru. Bo gdy tylko minęło się oszklone drzwi, które prowadziły w głąb działów takich, jak sekretariat, księgowość, czy marketing do którego zmierzałam, gwar rósł. Dlatego, gdy znalazłam się w kremowym korytarzu, doszły do mnie głosy innych ludzi, ktoś gdzieś coś pokrzykiwał, ktoś wybuchł śmiechem, a gdzieś komuś coś spadło.
           Dotarłam do drzwi. Na górze wisiała metalowa tabliczka z napisem – Dział marketingu i public relations. Nie byłam pewna, o której tu ludzie zaczynają pracę, a widziałam ich o naprawdę różnych porach dnia. Przez chwilę zawahałam się. Teraz nagle pewność siebie gdzieś mi uciekła, a ja nie byłam pewna, czy w ogóle powinnam tam wchodzić. Jednak przed oczami stanęła mi czwórka uśmiechniętych chłopaków, którzy znów tchnęli we mnie chęć próby. Przecież nic mi się nie stanie, jak spróbuję. Najwyżej Marcus odmówi. Wzięłam, więc głęboki oddech i zapukałam.
- Wejść!
          Otworzyłam powoli drzwi, wchodząc do kwadratowego pomieszczenia zawalonego papierami, kolorowymi ulotkami i gazetami. W tle grał telewizor, nadając wiadomości z Sydney. Mężczyzna około trzydziestki siedział przy ciemnym biurku, zawzięcie stukając palcami w klawiaturę komputera. Jego zielone oczy przeniosły się na mnie, a na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
- Malia, tak? Dobrze zapamiętałem?
- Dobrze. Mogę przeszkodzić?
- Pewnie, siadaj – powiedział, dalej się uśmiechając i wskazując mi krzesło przed sobą. Podeszłam do wyznaczonego mi miejsca i usiadłam na nim, nie odrywając od niego wzroku. – W czym mogę ci pomóc? – Wyciągnęłam z kieszeni plakat, który zerwałam.
- Z góry przepraszam, że go ściągnęłam.
- Dobrze się stało, sam miałem to dzisiaj zrobić. Jak mniemam twoja sprawa dotyczy organizowanego przez nas festynu.
- Dokładnie go dotyczy. A konkretnie występów tych zespołów. Nie wiem czemu nie zauważyłam tego wcześniej, ale… Mam jednych kandydatów i pomyślałam, że…
- Nabór już się skończył.
- Tak, wiem. Pomyślałam, że może jednak masz jeszcze jedno wolne miejsce i gdyby ci się spodobali, to dałoby radę ich gdzieś wcisnąć.
- Chciałbym najpierw ich usłyszeć. Bo jeśli grają ostrą muzykę metalową, to raczej mogą nie wpasować się w grupę docelową.
- Możesz ich przesłuchać nawet i teraz. Mają kanał na YouTube – powiedziałam, a Marcus znów zaczął stukać palcami w klawiaturę. W ruch poszła też myszka.
- Jak się nazywają?
- 5 Seconds of Summer.
- Czekaj… To mi coś mówi – rzucił, pukając się palcem w policzek. – Czy to nie jest czwórka chłopaków? – Uniosłam lekko brwi do góry, kiwając głową. – Chyba moja siostra coś mi o nich mówiła. Zaraz to zweryfikuję. Dasz mi chwilę?
- Jasne.
           Marcus uśmiechnął się po raz kolejny, a potem złapał za leżące obok niego białe słuchawki. Nałożył je na uszy, a następnie znów zaczął klikać. Po chwili oparł się o fotel, zapewne wsłuchując się w puszczoną muzykę. Z jego twarzy nic nie mogłam wyczytać i być może to sprawiło, że zaczęłam się w jakiś sposób denerwować.
          Po długich minutach, które dla mnie ciągnęły się w nieskończoność, Marcus wyprostował się. Ściągnął słuchawki, odkładając je na biurko. Odwrócił się w moją stronę, a jego usta znów obdarowały mnie pogodnym uśmiechem.
- To oni. O nich mówiła mi siostra. Była kiedyś na ich występie na plaży. Są nieźli.
- Da się ich wcisnąć?
- W sumie… Dobrze, że się zjawiłaś. Zgłosiło się całkiem dużo zespołów, ale połowa z nich nie była dość dobra albo zupełnie mi nie pasowała. Są jeszcze miejsca. Zaklepię jedno dla nich, jeśli będą chcieli zagrać.
- Z pewnością będą chcieli zagrać.
- Jesteś ich menadżerem? – zapytał ze śmiechem.
- Co? Nie, nie…
- Na plakacie masz podany mój numer telefonu. Przekaż go im. Jeśli będą chcieli wystąpić, mają miejsce gwarantowane. Podeślę im papierki do wypełnienia, bo trochę biurokracji być musi. Moja siostra z pewnością się ucieszy, że znów będzie mogła posłuchać ich na żywo.
- Serio? – wydusiłam z siebie.
- Serio. Chętnie wezmę to twoje 5 Seconds of Summer.

          W przerwie między jednym a drugim zgłoszeniem, napisałam sms-a do Luke'a, by zwołał chłopaków i wstawił się z nimi u mnie o ósmej wieczorem. Podkreśliłam tą sprawę, jako bardzo pilną. W sumie nie powinnam być zdziwiona tym, że Hemmings odpisał, że zaczął się denerwować i co i rusz zasypywał mnie pytaniami, czy wszystko jest w porządku. Uspokoiłam go na tyle, że dał mi spokój, a ja mogłam wyjechać do kolejnego przypadku.
           Mój dyżur nieco się przeciągnął, bo na samym końcu zostaliśmy wezwani do wypadku. Pacjent był w naprawdę kiepskim stanie, więc trochę więcej nam zeszło na tym, by utrzymać jego stan na poziomie stabilnym tak, by bez komplikacji dotarł na SOR. Przez to miałam mały poślizg czasowy. Byłam pewna, że zaliczę mocne spóźnienie i chłopaki długo na mnie poczekają, ale Chris był tak miły i podrzucił mnie pod dom. Moja tak zwana obsówka czasowa wynosiła, więc nie więcej, jak dwadzieścia minut.
            Luke miał zapasowe klucze, więc nie zdziwiłam się tym, że chłopaki rozwalili się w moim salonie pod moją nieobecność. Jak weszłam do domu, ci już pałaszowali chipsy i paluszki, które kisiłam w szafce. Michael odwrócił się od lodówki, z której wyciągał puszki z piciem. Posłał mi szeroki uśmiech, dokładnie mi się przyglądając, jakby oceniał, czy to nagłe zebranie będzie przeprowadzone pod kątem pozytywnym czy negatywnym.
- Malia! – krzyknął Calum. – Nareszcie!
- Przepraszam za spóźnienie – powiedziałam i już chciałam się wytłumaczyć, ale Hood machnął na mnie ręką.
- Nic się nie stało. Zdarza się – odpowiedział Mulat.
- Co to za sprawa? – zapytał na wstępie Luke, który nie spuszczał ze mnie swoich błękitnych oczu.
- Nic złego – powiedziałam, odstawiając torbę w kąt pokoju. – Mam do was sprawę.
- Wal śmiało – odparł Ashton, rozkładając się na kanapie, prawie zwalając przy tym siedzącego obok blondyna. Hemmings obrzucił go niezadowolonym spojrzeniem.
- Raczej nie taką sprawę, która byłaby prośbą – pociągnęłam. – Choć z drugiej strony będę wdzięczna, jak nie wyżrecie mi wszystkiego. – Calum zaśmiał się pod nosem, wciskając do ust kolejną porcję solonych chipsów.
- No, wyduś to z siebie – jęknął zniecierpliwiony Luke. Kiwnęłam głową, siadając na krześle. Michael wyłonił się zza blatu, by lepiej mnie widzieć. Dzięki temu w zasięgu wzroku miałam całą ich czwórkę.
- Chodzi o festyn pacjenta, który odbędzie się przed świętami – powiedziałam powoli.
- Co z nim? – zainteresował się Ashton. – Parę razy na takim byłem. Jest całkiem fajnie. Chcesz iść tam z nami?
- Coś w tym stylu.
- Powiedz to – mruknął Luke, poruszając nerwowo nogą. Zaśmiałam się pod nosem, a on przekręcił oczami. W końcu jednak uśmiechnął się do mnie.
- Chodzi o to, że jeśli chcecie możecie tam zagrać – wyrzuciłam z siebie jednym tchem, dokładnie sprawdzając ich reakcję. Chłopaki popatrzeli po sobie, jakbym miała zaraz im oznajmić, że jest to jakiś żart, a potem znów cztery pary oczu zwróciły się w moją stronę.
- Jak... Tak na festynie? U nich? – zapytał Michael. Pokiwałam głową. – To oni jeszcze zbierają kandydatów?
- Zbierali do wczoraj – poinformowałam go, a on zmarszczył czoło nie za bardzo wiedząc, o co mi chodzi. – Jakiś czas temu poznałam faceta z marketingu, który jak się okazało zajmuje się organizacją tego festynu. Gdy znalazłam plakat, pomyślałam, że warto byłoby spróbować was tam wcisnąć. Przypasowaliście mu, a są wolne miejsca, więc jeśli chcecie możecie tam zagrać.
- Bez jaj- powiedział Calum  z uśmiechem. – Serio?
- Serio. – Wstałam z miejsca i podeszłam do torby. Wyciągnęłam z bocznej kieszonki plakat, a następnie podałam go Cliffordowi. – Na dole jest do niego numer telefonu. Macie się z nim skontaktować, a on prześle wam mailowo formularz do wypełnienia.
- O w dupę! – rzucił ze śmiechem Irwin. – Naprawdę nas chce?
- Widać umie docenić wasz talent i to, co tworzycie – powiedziałam, nie mogąc przestać się uśmiechać. – To, co? Decydujecie się?
- Pewnie, że tak! – odparł Luke, przejmując plakat od Ashtona.
- Świetnie, trzeba to uczcić – powiedziałam, wracając na swoje poprzednie miejsce. – Z tej okazji, któryś z was może zaserwować mi kolację i ciepłą herbatę. – Chłopaki wymienili spojrzenia po raz kolejny. – No, co? Aż tak dużo wymagam?
- Jesteś najlepsza – rzucił Hood, podchodząc do mnie. Objął mnie, a ja poczułam od niego zapach chipsów.
- Mówcie mi to częściej – skwitowałam, kiedy się ode mnie oderwał.
- Bo się przyzwyczaisz – powiedział Ashton. Przekręciłam oczami, słysząc ich śmiech. Po chwili dołączyłam do nich.


***
Dzisiaj trochę mniej chłopaków, ale za to zabawa Malii w ich menadżera. Mam nadzieję, że rozdział przypadł wam do gustu, choć ja uważam go za kolejną małą przejściówkę :)

Dziękuję wam za miłe słowa, które są naprawdę mocnym "kopniakiem" w tyłek, do dalszej pracy :) Dzięki wielkie!

Kolejny rozdział tradycyjnie w następny piątek!

Pozdrawiam! 

2 komentarze:

  1. Rozdział świetny <3
    Malia menadżer XD Podoba mi się w tej roli
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Podoba mi się ten rozdział :) Malia w roli chłopaków menadżera mi pasuje - powinna częściej pojawiać się w tej roli, bo dobrze jej idzie. Fajnie, że chłopaki zagrają :)
    Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział!
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń