sobota, 17 października 2015

S3 - Rozdział 6

Sydney, 17 grudnia 2012 roku


           Wielkimi krokami zbliżało się Boże Narodzenie. Od początku grudnia w Sydney coraz częściej można było natknąć się na świąteczne ozdoby. Miałam wrażenie, że z każdym dniem ich przybywa. Dla mnie – typowej osoby mieszkającej w Londynie, gdzie o tej porze roku było zimno, chłodno i śnieżnie – widok Mikołajów, reniferów i choinek, które stały w pełnym słońcu, a obok nich przechadzali się ludzie w krótkich spodenkach i bluzkach na ramiączkach, był co najmniej dziwny. Choć nie specjalnie przepadałam za tym okresem, to jednak brakowało mi tu białego puchu i tego mrozu, który szczypał cie w twarz. Brakowało mi skrzypiącego śniegu pod butami i zamarzniętych chodników, na które tak bardzo narzekałam mieszkając w Anglii. Czułam się, jakbym była w zupełnie innym świecie, do którego niezbyt pasuję. Musiałam jednak się do tego w jakiś sposób przyzwyczaić, choć nie było to łatwe.

           Dzień wcześniej rozmawiałam z Sharon, a ona napomknęła mi o piernikach, które co roku robiłyśmy razem. Przyjaciółka już zaczynała mi jęczeć, jak ona wytrzyma w tym roku bez tych moich wypieków. W tym momencie włączyła mi się tęsknota za nią i za tymi wszystkimi wspólnie spędzonymi chwilami, bo Sharon uwielbiała święta i naprawdę pod tym względem dostawała bzika. Było to całkiem urocze, bo zachowywała się, jak słodkie pięcioletnie dziecko. No… czasami wkurzające cię dziecko, ale taka już była. Po rozmowie z przyjaciółką musiałam mocno się postarać, by nie wybuchnąć płaczem. Na szczęście jakoś się pohamowałam.
           Temat ciast i wypieków podsunął mi pomysł, by i tu tchnąć trochę świątecznego nastroju – mimo, że się zawsze przed nim wzbraniałam. Postanowiłam sama upichcić pierniki. Chciałam, by ten ich zapach – imbiru i cynamonu – rozniósł się po moim mieszkaniu tak, bym choć na chwilę poczuła się, jakbym była w Londynie. W pewnej chwili sama byłam zaskoczona, z jak wielkim entuzjazmem podeszłam do tego pomysłu. Sharon pewnie uznałaby to za kolejny spory postęp.
            Ja i Luke mieliśmy wolny cały dzień – zarówno od pracy, jak i zajęć – dlatego postanowiłam wcielić swój wymyślony pomysł i zaangażować w lepienie pierników blondyna. Hemmings, co prawda miał dwie lewe ręce do pichcenia, ale w końcu miała to być zabawa. Dlatego z samego rana wyciągnęłam go z łóżka, a nie było to łatwe, dając mu czas na zjedzenie śniadania i ogarnięcie się. Potem ruszyliśmy na zakupy, w celu kupienia wszystkich potrzebnych nam rzeczy. Co prawda Luke z początku nie był zadowolony, że tak szybko – była dziesiąta – wyciągam go z łóżka, ale jak tylko usłyszał o piernikach, jego nastawienie diametralnie się zmieniło. Z przyszykowaną listą – a ciastek postanowiłam zrobić więcej, by dać je także rodzicom Hemmingsa oraz chłopakom – wyjechaliśmy na podbój dużego hipermarketu.

           Raz jeszcze przejrzałam listę, by sprawdzić czego nam brakuje. Połowa rzeczy już była w naszym wózku, na którym uwiesił się Luke. Zerknęłam na niego, przekręcając oczami, gdy zaczął się na nim bujać, jak pięciolatek znudzony zakupami z rodzicami. Nagle kółka wózka ruszyły do przodu. Blondyn z pewnością poleciałby na twarz, ale w ostatniej chwili złapałam go za koszulkę i pociągnęłam do pionu, znów skupiając się na liście.
- Dzięki – rzucił rozbawiony.
- Normalka – powiedziałam z uśmiechem, podchodząc do pułki z foremkami.
- O! Ale fajne! – Usłyszałam jego podekscytowany głos. Luke minął mnie w zastraszająco szybkim tempie, co może zawdzięczać swoim długim nogom, doskakując do półki tuż przed moim nosem.
- Są jakieś świąteczne?
- Pewnie. Zobacz – odparł, biorąc pierwsze z brzegu, które składały się z dwóch gwiazdek różnych wielkości, choinki i czapki Mikołaja.
- W tym opakowaniu jest ich więcej- pociągnęłam, biorąc przezroczyste pudełko do ręki. Tu oprócz gwiazdy i choinki, był także Mikołaj, renifer, dzwonek, bałwan, serduszko, ludzik i śnieżynka. – Weźmy te.
- I to!
           Musiałam się odsunąć, by nie dostać kartonowym opakowaniem po głowie. Hemmings wyciągnął je przed mój nos z taką prędkością, że pewnie by mi przyłożył, gdyby nie mój całkiem dobry refleks. Złapałam go za nadgarstek, zniżając nieco pudełko, by lepiej je widzieć. Blondyn zachichotał pod nosem. Uniosłam lekko brwi do góry.
- Te nie są świąteczne. – Opakowanie zawierało, bowiem same zwierzęta.
- Ale zobacz – pociągnął, pukając palcem w plastik. – Jest pingwin.
- Co ma pingwin do świąt?
- Lubię pingwiny.
- Co ma pingwin do świąt?
- Bardzo lubię pingwiny. – Przekręciłam oczami raz jeszcze. Dalsza dyskusja nie miała sensu. – I jest też pies. Coś dla ciebie.
- Niech ci będzie – odparłam, machając ręką.- Weź dwie płaskie blachy do pieczenia.
- Co?
- Dwie płaskie blachy do pieczenia.
- Czyli, że jakie?
- Jezu, Luke.
- Nie znam się na tych rzeczach do gotowania –jęknął, a potem zacisnął usta w wąską linię.
            Uśmiechnęłam się do niego, a potem szybko cmoknęłam go w nos, by go jakoś udobruchać. Poskutkowało od razu. Kąciki jego ust znów powędrowały ku górze. Bez sprzeciwu złapał za wózek i ruszył za mną w stronę blach do pieczenia, które były kawałek dalej od foremek.
- Chodziło mi, o coś takiego – powiedziałam, biorąc dwie płaskie blachy do ciastek.
- Nawet nie wiedziałem, że takie są. – Spojrzałam na niego z politowaniem, pozostawiając to bez komentarza. – Co teraz?
- Lukier i…
- Mazaki!
- Co?
- W domu mówiłaś, że są takie mazaki do dekorowania. Chodźmy po nie. – Zanim zdążyłam się zorientować, Luke znów złapał za wózek – i za moją rękę- ciągnąc mnie w stronę kolejnej alejki.
- Luke.- Zero, nadal idzie. – Luke – powiedziałam nieco głośniej. Blondyn spojrzał się na mnie z uśmiechem. Kiwnął mi głową. – Lukry i te mazaki są w drugą stronę. Ciągniesz mnie na początek sklepu.
- O! Okej – rzucił, drapiąc się lekko po głowie.
- Jesteś uroczy, gdy robisz z siebie czubka – powiedziałam ze śmiechem.
- Czubka?
- I tak cię kocham – dodałam, a blondyn znowu się uśmiechnął. – Posypki też weźmiemy?
- Takie kolorowe?
- Kolorowe, w formie kuleczek i…
- Weźmy wszystkie – zarządził, tym razem idąc w dobrą stronę.
- Ale się nakręciłeś.
- Nigdy nie robiłem ciastek.
- Wcale się nie dziwę. Liz pewnie bała się, że się uszkodzisz, spalając jej przy okazji kuchnię – pomyślałam, ale zamiast powiedzieć to na głos, uśmiechnęłam się tylko do niego.

           Korzystając z tego, że byłam na zakupach z Lukiem, a co za tym idzie, miałam do dyspozycji jego i samochód, postanowiłam zainwestować też w świąteczne ozdoby, małą choinkę i czapki Mikołaja. Luke czuł święta bardziej ode mnie i jego entuzjazm dobrze na mnie działał, bo sama zaczęłam bardziej się w to wszystko angażować. W tym przypadku blondyn zmieniał się w Sharon, która też zawsze popychała mnie ku świątecznemu nastrojowi.
           Weszliśmy do domu, obładowani do granic możliwości. Ja zrobiłam tylko jedną rundkę, a Luke dwie, bo za pierwszym razem i tak wszystkiego nie udało nam się przynieść. Kiedy Hemmings zszedł na dół po ostatnie zakupy, ja zabrałam się za rozpakowywanie tych już przyniesionych.
           Wrócił do domu, stawiając na stole ostatnie siatki, przetrzymując brodą komórkę. Usłyszałam fragment rozmowy i od razu zorientowałam się, że rozmawia z którymś z chłopaków. Spojrzał na mnie z uśmiechem, a potem rzucił szybkie – to do zobaczenia. Uniosłam lekko brwi do góry i z nieukrywaną ciekawością zerknęłam w jego stronę, w dalszym ciągu wypakowując zakupy. Luke usiadł na krześle, wlepiając we mnie swoje błękitne oczy.
- Co jest?
- Wpadną chłopaki – poinformował mnie. Dla mnie żadna nowość. – Gdy usłyszeli o pieczeniu pierników, też chcieli wziąć w tym udział. – Bosko, więcej facetów do ogarnięcia. Czuję, że po tej wizycie będę mieć w kuchni Armagedon. – Chyba… Chyba nie jesteś zła?
- Pewnie, że nie – odparłam i faktycznie tak było. Nie miałam nic przeciwko. – Więcej rąk do pracy. Może dzięki temu wyrobimy się przed wakacjami.
- Myślisz, że jesteśmy, aż tak kiepscy?
- W kuchni? – Kiwnął głową. – Nie myślę, ja to wiem.
             Luke zrobił urażoną minę. Zaśmiałam się pod nosem. Odłożyłam blachy do zlewu, by potem je umyć, a następnie podeszłam do niego. Objęłam go ramionami, przyciskając do siebie. Pogłaskałam go po głowie.
- Nie możesz być dobry we wszystkim – rzuciłam, a blondyn wymruczał coś pod nosem. – W kuchni jesteś beznadziejny. Ale może to uda nam się małymi krokami zmienić.
- Pocieszające.
- No, rozchmurz się mój pomocniku – powiedziałam ze śmiechem, pukając go palcem w nos.
- Za buziaka. – Uśmiechnęłam się do niego, a potem szybko moje usta odnalazły jego usta, które połączyły się w powolnym i delikatnym pocałunku. Gdy poczułam jego dłoń na swoich pośladkach, odepchnęłam go lekko. – No, co?
- Jak to, co? Pieniki nie upieką się same. Rusz tyłek, myj ręce i chodź mi pomóż. Długa droga przed nami. – Hemmings uśmiechnął się.

             W moim mieszkaniu nie zjawiły się dodatkowo trzy osoby, a cztery, bo młodszy brat Ashtona – Harry- też nakręcił się na pieczenie i za nic nie chciał odpuścić, więc Irwin zabrał go ze sobą. Lubiłam tego dzieciaka, więc nie miałam nic przeciwko, by i on zaszył się z nami w kuchni.
            Po zrobieniu masy i jej wystygnięciu, dodałam do niej ostatnie składniki, a następnie wymieszałam. Nie było to proste, bo ciasta było sporo, więc musiałam w to włożyć dużo siły. W końcu kiedy poczułam, że ręce odmówiły mi posłuszeństwa, do wyrabiania ciasta zaciągnęłam Caluma, któremu całkiem nieźle to wychodziło. Następnie rozwałkowałam je na blacie, a chłopaki zaczęli odciskać foremkami wzory. Po chwili pierwsze dwie blachy z ciastkami, wylądowały w piekarniku.
            Po jakimś czasie, gdy upieczonych ciastek przybyło, zagoniłam chłopaków do stołu, by zabrali się za dekorowanie pierników. Z początku myślałam, że to Harry będzie miał przy tym najwięcej zabawy, ale starsi też bawili się przednio. Zresztą mówi się, że faceci przez całe życie są, jak dzieci. 
           Gdy oni byli pochłonięci pracą i kłótnią o lukry i posypki, ja wstawiłam kolejne blachy do piekarnika. Przygotowałam sobie kolejne ciastka, a potem umyłam ręce i podeszłam do szafy. Męska część załogi nie zwracała uwagi na to, co robię, więc miałam okazję nieco ich zaskoczyć. Pomyślałam, że to dobra okazja do tego, by zrobić im słodką fotkę i przesłać ją do Sharon. Wyciągnęłam z szafy kupione dzisiaj czapki Mikołajów- sztuk pięć – więc starczy dla nich wszystkich. Pościągałam metki, a potem ze śmiechem podeszłam do siedzącego najbliżej mnie Michaela.
- Ej! – krzyknął, gdy niespodziewanie czapka wylądowała na jego głowie. – Co ty?
- Jesteś teraz moim elfem - powiedziałam, chichocząc pod nosem. – Wy wszyscy jesteście moimi elfami od pierników – dodałam, wciskając czapki pozostałym. Harry wybuchł śmiechem. – Jesteście słodcy. Będzie foto.
- Co? No… Malia! – krzyknął Calum.
- Cicho. To dla Sharon – powiedziałam, wyciągając telefon i odsuwając się od nich. 
           Musiałam naprawdę mocno się postarać, by nie ryknąć śmiechem, bo obrazek przede mną naprawdę był zabawny. Szczególnie uroczo wyglądał Clifford, któremu spod czapki wychodziły niemalże białe włosy. Gdy fotka została zrobiona od razu wysłałam ją mms-em do przyjaciółki. Odpisała po kilku minutach, pytając się, czy może ich pożyczyć do hotelu, bo pasowaliby do wystroju, jaki zrobił jej ojciec.
- Malia, zobacz! – powiedział roześmiany Harry, wyciągając w moją stronę pokolorowany lukrem piernik.
- Masz do tego talent – rzuciłam, nachylając się nad nim. – To mi się podoba – dodałam, widząc czerwone serduszko z moimi imieniem. Napis był biały, a litery krzywe, ale mimo wszystko było to naprawdę miłe i słodkie.
- To jest tylko dla ciebie – poinformował mnie, kiwając głową, a dzwoneczek na jego czapce cichutko zadzwonił.
- Dzięki, jest naprawdę śliczne. Schowam je sobie, co by mi go nie zjedli.
- Czy to była jakaś aluzja? – wtrącił się Ashton.
- Nie zjesz serca, Malii! – warknął Harry, machając w jego stronę palcem.
- A co ja zombie? – Mały prychnął pod nosem. – Nie jem ludzkich serc.
- Ashton – jęknął jego brat, a Irwin tylko zaśmiał się pod nosem, wracając do kolorowania na zielono bałwana. Czemu zielony? Do tej pory nie mam pojęcia.
- Mały, połóż mi je, gdzieś na wierzchu żeby się nie zapodziało – powiedziałam, klepiąc Harry’ego po ramieniu.
- Nie jestem już taki mały – rzucił ośmiolatek.
- Pewnie, że nie. Duży z ciebie chłopak.
- Pokolorować ci jeszcze jedno serduszko?
- Pewnie.
- Usiądziesz obok? – zapytał, spoglądając na mnie swoimi dużymi brązowymi oczami.
- Nie rozpędzaj się tak, ona jest zajęta – odezwał się Luke, a ja zerknęłam na niego, jak na kosmitę. Harry też na niego spojrzał, a potem wytknął mu język. Hemmings uniósł brwi do góry, a reszta parsknęła śmiechem. Blondyn niewiele myśląc też pokazał mu język. Jak dzieci…
- Nie mogę usiąść, bo muszę iść wyciągnąć kolejne pierniki – powiedziałam, znów klepiąc go po ramieniu. Młody uśmiechnął się do mnie szeroko. – W końcu musi ich być dużo, by dla wszystkich starczyło.
- A potem?
- Potem usiądę. – Odwróciłam się i ruszyłam do kuchni.
- Harry podoba ci się Malia?- zapytał rozbawiony Michael.
- Lubię ją. Jest fajna – powiedział przyciszonym tonem, choć ja to doskonale słyszałam. Uśmiechnęłam się pod nosem, wyciągając kolejną blachę z gotowymi piernikami. Od razu w pomieszczeniu mocniej zapachniało imbirem i cynamonem. Rany… Ubóstwiam ten zapach.
- Wiesz, że Luke to jej chłopak? – ciągnął dalej Clifford. Zerknęłam w ich stronę. Wszyscy ukradkiem przysłuchiwali się tej wymianie zdań, próbując się nie śmiać.
- Niedługo przestanie nim być – odpowiedział pewnym głosem Harry, a ja musiałam mocno zacisnąć usta, by nie wybuchnąć śmiechem na widok miny Luke'a, który teraz wyglądał tak, jakby na środku kuchni pojawił się prawdziwy elf.
- A dlaczego? – Rozbawiony Michael dalej drążył temat.
- Bo będzie moją dziewczyną. Tylko muszę urosnąć.
- Nie sądzisz, że jest między wami za duża różnica wieku?
- Chodzi ci o to, że jest stara? – Clifford kiwną głową.- Nie. To, że jest stara, to nic. Jest ładna. Jest dorosła. I ładnie się uśmiecha.
- O, tak… Malia jest stara – rzucił rozbawiony Hood. – Jest starsza od nas, co kwalifikuje ją do starej os… - Ale nie dokończył, bo dostał rozpędzoną ścierką w plecy. – No, wiesz?! Tak w swojego elfa?!
- Bo ten mój elf przegina!
- Lep te ciastka, kobieto –odparł Calum, wracając do przerwanej pracy.
- Jeszcze mi rozkazuje- mruknęłam pod nosem. Usłyszałam jego cichy śmiech.
- Wracając do tematu – pociągnął Michael. – Więc, jak podrośniesz to ty i Malia…
- Pobierzemy się – powiedział pewnym siebie głosem Harry.
- Po moim trupie – rzucił Luke. Poczułam, jak boli mnie szczęka od powstrzymywania chichotu, który tak bardzo chciał się wydostać na zewnątrz.
- Właśnie, a co z Lukiem? – ciągnął dalej Clifford, wskazując na kumpla.
- Nic. On będzie miał inną żonę.
- Zostawi Malię?
- Tak.
- Dlaczego?
- Bo Malia będzie moją żoną, a nie jego.
- Nie uważasz, że będzie mu smutno?
- Jest duży, poradzi sobie – skwitował Harry, wzruszając ramionami. Chłopaki wymienili spojrzenia, a potem zdusili w sobie śmiech.
- Wgląda na to Hemmo, że rośnie ci konkurencja – oznajmił Ashton. – Malia chyba zostaniemy rodziną!

           Prace nad piernikami skończyliśmy dopiero wieczorem. Było ich naprawdę mnóstwo. Rozdzieliłam je tak, by każdy dostał mniej więcej tyle samo łakoci. Każda działka liczyła tyle ciastek, że i tak nie dałoby rady zjeść ich wszystkich na raz. Musiałam im je spakować do worków foliowych, bo nie miałam, aż tak dużych pojemników.
          Chłopaki zadowoleni ze swojej roboty, pożegnali się ze mną i Lukiem, a potem wyszli z mieszkania. Luke już się dobrał do pierników, więc podczas sprzątania rozbrzmiała między nami dyskusja. On twierdził, że jak trochę ich podje, to nic się nie stanie – tyle, że ja nie wierzyłam w te jego trochę. Próbowałam mu tłumaczyć, że ciastka te są dla nas na święta i połowa z nich jest przeznaczona dla jego rodziców, ale on i tak się uparł. W końcu widząc, jak kręci obrażony nosem, pozwoliłam mu odrobinę ich skubnąć, a jego humor od razu się poprawił.
            Padłam na sofę, czując się zmęczona. Lepienie, pieczenie i sprzątanie naprawdę mnie zmęczyło. Blondyn spojrzał na mnie, z zadowoleniem odgryzając głowę zielonemu bałwanowi, którego dekorował Ashton. Parsknęłam śmiechem widząc, jak lukier zabarwił mu zęby.
- Co?
- Masz zielone zęby i usta.
- Serio?
- Mocny barwnik- skwitowałam, wzruszając ramionami. – Ale bolą mnie plecy.
- Zrobić ci masaż?
- Serio? – Kiwnął głową. – Serio? – powtórzyłam, bo nie mogłam uwierzyć w jego propozycję.
- Jestem cudownym chłopakiem – rzucił, przybliżając się do mnie. Cmoknął mnie w policzek, a ja poczułam od niego zapach cynamonu.
- Jesteś – odparłam, wdrapując się na jego kolana i wtulając się jego klatkę piersiową. Luke zamlaskał mi nad uchem. Uśmiechnęłam się.
- Na którą masz zajęcia?
- Na ósmą.
- Powiozę cię. Wyprasujesz mi koszulę?
- Wyprasuję. Zostaw mi ją na wierzchu.
- Wisi w twojej szafie.
- No, tak – odparłam ze śmiechem. 
            Luke miał tu coraz więcej swoich ubrań i to na każdą okazję. Zresztą nocował u mnie tak często, że bez niego mieszkanie wydawało mi się dziwnie puste. A uwielbiałam, gdy był obok. Najchętniej w ogóle bym się z nim nie rozstawała, ale Liz pewnie by mnie za to zabiła. W końcu to syneczek mamusi.
- Malia. 
           Podniosłam się, by spojrzeć w jego błękitne oczy. Wytarłam mu palcem dolną wargę, która była brudna od czekolady, bo Luke dalej kontynuował zjadanie świątecznych pierników. Uśmiechnął się lekko i ujął wolną dłonią moją twarz. Przyciągnął mnie do siebie, muskając swoimi ustami moje. Odpowiedziałam mu podobnie, łącząc nas w dłuższym pocałunku, przez co poczułam na języku, nie tylko smak czekolady, ale także i samych pierników.
- Jesteś słodki – mruknęłam. – Jak piernik i czekolada. – Zaśmiał się. – Ale chyba chciałeś coś powiedzieć?
- Chodzi o święta.
- Co z nimi? – Przygryzł wargę, wpatrując się we mnie. – No, mów – ponagliłam go z uśmiechem.
- Co będziesz robić?
- W święta? – Pokiwał głową, nie odrywając ode mnie wzroku.
- Pomyślałam, że wezmę dwa, może trzy dyżury, dzięki czemu po świętach będę mieć luz. – Luke pokręcił nosem. – Co jest?
- Nie chcę byś brała dyżur. To twoje pierwsze święta w Australii – powiedział ciszej.
- Wolę to, niż siedzenie samej w domu. Przynajmniej się czymś zajmę.
- Wiem, że nie przepadasz za świętami…
- Myślę, że zaczynam je lubić – odparłam, a on znów się uśmiechnął. – Od zeszłorocznych świąt chyba je lubię– podkreśliłam, a Luke uśmiechnął się jeszcze bardziej. – Ale naprawdę nie chcę siedzieć sama w domu, dlatego dyżur będzie idealną opcją. – Blondyn pokręcił głową. – Dlaczego nie?
- Chcę byś te święta spędziła ze mną. U mnie…
- Luke – jęknęłam, a on przekręcił oczami. – Święta spędza się z rodziną.
- Spędzałaś je wielokrotnie z Sharon, a ona nie jest twoją rodziną. Czym od niej się różnię? Jestem z tobą i chcę z tobą spędzić te święta. Zresztą powiedziałem już mamie, że przyjdziesz…
- Luke…
- No, co? – Zrobił minę niewiniątka. – Proszę… Nie bierz tych dyżurów. Zrób to dla mnie. Zależy mi na tym.
           Spojrzałam na niego, nie mogąc oderwać wzroku od tych jego błękitnych tęczówek. Uśmiechnęłam się lekko, a potem cmoknęłam go szybko w usta. W sumie, dlaczego nie miałabym iść do niego na święta, skoro byłam tam mile widziana? Naprawdę nie chciałam zostać wtedy sama, a to było jeszcze lepszą opcją, niż praca.
- Przyjdę – powiedziałam cicho, a on od razu uśmiechnął się szeroko. Objął mnie, mocniej przytulając do siebie.
- Naprawdę?
- Naprawdę. Chętnie spędzę święta z tobą i twoją rodziną.
- To chciałem usłyszeć – dodał zadowolony. 


***
Ten rozdział miał się pojawić wcześniej, ale dzisiaj miałam awarię prądu i niedawno go dopiero przywrócili. Na szczęście obsuwa czasowa nie jest zbyt duża - przepraszam :)

Mam nadzieję, że rozdział się wam spodobał. Muszę przyznać, że naprawdę super mi się go pisało - aż samej zachciało mi się robienia corocznych pierników, mimo że to dopiero październik :)

Kolejny rozdział - tradycyjnie w następny piątek.

Pozdrawiam!

3 komentarze:

  1. Ja też chcę pierniki. Teraz, zaraz.
    Boże, zabiję Cię za to, że przez Ciebie zaburczało mi w brzuszku i jedyne o czym obecnie marzę, to pierniki ;(

    Ah... Malia i Luke już rok się znają :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przez ciebie teraz mam ochotę na pierniki!
    Rozdział genialny, poczułam magię świąt ♥
    Aż rok temu Malia i Luke się poznali... Jak ten czas szybko leci.
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. OOOO TAK PIERNIKI!!! Mam nadzieję Roxy, że w tym roku też je zrobisz, bo są MEGA ODJECHANE W KOSMOS - Już się zapowiadam, że się wbiję na tą wyżerę w grudniu :) Jezu... To było suuuuper i oni jako jej elfy hahah Harry - rozwaliłeś system i chyba ci się udało podkurzyć Luka. Minął już rok? Ale to zleciało :) A jeszcze rok temu się zapoznawali a teraz tak się kochają! Uwielbiam ich!
    Czekam na kolejną część.
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń