piątek, 23 października 2015

S3 - Rozdział 7

Sydney, 22 grudnia 2012 roku


         Było coraz bliżej świąt. Teraz już niemalże na każdym rogu atakowały cię bożonarodzeniowe ozdoby, a po ulicach przechadzało się mnóstwo czerwonych Mikołajów. W dalszym ciągu ciężko było mi się przyzwyczaić do tego słońca i upałów, które tu zagościły. Wszystko to dla mnie było nie na miejscu. Mimo to za wszelką cenę chciałam poczuć ten klimat.
         Wigilia miała odbyć się w domu Liz i Andrewa. Zaproponowałam mamie Hemmingsa pomoc, aby nie została z przygotowaniami sama. Oprócz tego musiałam zaopatrzyć się w prezenty, a znając podejście Luke'a do zakupów, postanowiłam go w tym wykorzystać. Wiedziałam, że nie lubi zakupów, ale potrzebowałam kogoś, kto będzie taszczył za mną torby i kto choć trochę podpowie mi w kwestii wyborów. Co prawda chłopak niemiłosiernie się męczył, kiedy przeciągnęłam go przez największe centrum handlowe w Sydney, a potem po powrocie do domu nadal jęczał, jak bardzo jest wykończony. Na szczęście prezenty były wszystkie skompletowane.
         Dzisiaj jednak Festyn Pacjenta przyćmił zbliżające się święta. Dziś najważniejsze było 5 Seconds of Summer, którzy tam zagrają. Sama nie mogłam się doczekać, by w końcu zobaczyć ich na scenie. Nigdy wcześniej nie miałam takiej możliwości. Byłam podekscytowana chyba jeszcze bardziej, niż oni. Chciałam, by ich występ się udał i by bawili się tak samo dobrze, jak tłum zgromadzonych tam ludzi.
         Niestety przed festynem musiałam odbębnić zajęcia na uczelni. Na szczęście miałam je do godziny dwunastej, więc byłam w stu procentach pewna, że zdążę na ich występ. Chłopaki mówili, że zaczną grać dokładnie o trzeciej.
         Obudziłam się rano. Ledwo przytomna, ruszyłam do łazienki. Wczoraj tak mocno nakręciłam się na ten festyn, że skutkowało to tym, że nie mogłam zasnąć. Teraz musiałam tchnąć w siebie odrobinę życia, by zacząć normalnie funkcjonować. Czuję, że na uczelni będzie ciężko. Jak nie zasnę, to będzie to pełen sukces.
          Będąc w łazience, usłyszałam, jak ktoś wchodzi do mieszkania. Od razu zorientowałam się, że musi być to Hemmings, bo tylko on posiadał zapasowe klucze do mojego gniazdka. Po chwili usłyszałam ciche pukanie w drzwi.
- To ja – rzucił, a ja uśmiechnęłam się pod nosem.
- Wiem, Pingwinku.
- Podrzucę cię.
- Jesteś najlepszy.
           I to była prawda, bo Luke często przychodził wcześniej, tylko po to, by zwieźć mój tyłek do centrum Sydney. Odstawiał mnie pod uczelnie, dzięki czemu nie musiałam się gnieździć w komunikacji miejskiej z innymi pasażerami. A zresztą nie lubiłam z niej korzystać. W Londynie przyzwyczaiłam się do własnego samochodu, a tu musiałam radzić sobie w inny sposób. Mimo to wizja posiadania własnego auta dalej wisiała w powietrzu, a ja już odbyłam kilka rozmów z Lukiem, który miał mi doradzić w tej kwestii. Co, jak co, ale blondyn znał się na tym lepiej, niż ja.
           W końcu byłam gotowa do wyjścia. Opuściłam łazienkę. Przeszłam do pokoju. Spojrzałam na Luke'a i uniosłam brwi do góry. Blondyn bowiem szperał mi po szafkach. Odchrząknęłam, a chłopak od razu odwrócił się w moją stronę, robiąc niewinną minę.
- Szukasz czegoś konkretnego? – zapytałam, nie odrywając od niego swoich ciemnych oczu. Bardzo dobrze wiedziałam, za czym tak niucha Luke. Był pewny, że uda mu się znaleźć gwiazdkowy prezent dla niego. Pod tym względem chłopak był tak przewidywalny, niczym prawdziwy dzieciak.
- Nie… Niczego konkretnego. Tak tylko…
- Tak sobie patrzysz? – Pokiwał głową, lekko zaciskając usta, robiąc do tego minę zbitego psa. Nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem.
- No, co?
- Nie znajdziesz go.
- Nie wiem, o czym mówisz – brnął w zaparte.
- Ty już dobrze wiesz, o czym mówię, Pingwinku – powiedziałam, podchodząc do niego. Poklepałam go po policzku, a on mruknął pod nosem. – Swój prezent dostaniesz dopiero na gwiazdkę.
- Ale… No, skarbie… Nie możemy wcześniej?
- Nie. – Luke z niezadowoleniem skrzyżował ręce na klatce piersiowej. – No, już… Uśmiechnij się. Nie moja wina, że taka jest tradycja.
- Trzymasz się tradycji?
- Tak. Pod tym względem trzymam się tradycji.
- To chociaż opisz to tak żebym nie zgadł, co to jest. – Uniosłam jedną brew do góry. – Jak wygląda?
- Jest czerwone Luke – powiedziałam dla świętego spokoju.
- Czerwone?
- Tak. Przynajmniej taki był kolor papieru, w jaki to pakowałam- dodałam, a potem wybuchłam śmiechem na widok jego zawiedzionej miny. – To tylko dwa dni. Tyle wytrzymasz. – Znowu wymruczał coś pod nosem, co wywołało u mnie kolejne parsknięcie śmiechem.

            Z uczelni do szpitala miałam kilka przystanków autobusem. Dojechałam na miejsce, w którym już rozpoczęła się zabawa. Było pełno osób. Zresztą wiedziałam, że tak będzie. Z tego co słyszałam, Festyn Pacjenta zawsze cieszył się w Sydney popularnością. Skorzystałam z okazji, że jestem w swoim miejscu pracy i poszłam szybko zanieść swoje rzeczy do pokoju, aby nie musieć łazić z torbą. Przebrałam się też w biało czarną koszulkę z nazwą i logiem zespołu chłopaków – ot co, takie dodatkowe wsparcie. Następnie wyszłam z powrotem na zewnątrz i w towarzystwie Chrisa i jego chłopaka, którzy też pojawili się wcześniej, by posłuchać muzyki, poszliśmy coś zjeść.
           Przed drugą dostałam sms-a od Luke'a, że zaraz będą na miejscu. Odłączyłam się od chłopaków i ruszyłam na spotkanie ze swoimi przyjaciółmi. Poczekałam na nich przy scenie, za którą gromadziły się inni grający. W końcu z daleka wyłapałam białą czuprynę Michaela. Uśmiechnęłam się szeroko, a chłopak od razu to odwzajemnił. Gdy tylko zobaczył moją koszulkę, rozpromienił się jeszcze bardziej.
- Ale czad – powiedział, nie kryjąc entuzjazmu, wskazując jednocześnie na nią palcem.
- Podoba się?
- Pewnie! Chodź. Mam cię zabrać do reszty. Trzymaj. – Wcisnął mi w ręce wejściówkę na tyły.
            Założyłam ją, a potem ruszyłam za Cliffordem w stronę małego tłumu, który zebrał się przy wejściu. Minęliśmy barierki oddzielające bawiących się ludzi od reszty ekipy. Następnie zostaliśmy skontrolowani przez ochroniarza. Sprawdził nam przepustki, a potem odsunął taśmę tak, byśmy mogli przejść dalej.
- Malia! – krzyknął Ashton, rzucając się na mnie, jakby nie widział mnie z tydzień, jak i nie dłużej.
- Gotowy do dania czadu? – zapytałam, kiedy się ode mnie odsunął.
- Jak zawsze.
- Ej, kurwa! – syknął po chwili Irwin, gdy odepchnął go Calum, aby móc się ze mną przywitać. Na samym końcu podeszłam do blondyna, sprzedając mu szybkiego całusa w usta w ramach przywitania.
- Widziałaś już swoją przepustkę? – zapytał ze śmiechem Hood.
- Nie przyglądałam się jej – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- To lepiej to zobacz – kontynuował Mulat. Złapałam ją w dłoń, obracając dookoła. Parsknęłam śmiechem widząc napis Menadżer. – Idealnie, co nie?
- Dobra fucha – skwitowałam, nadal się uśmiechając.
- Dzięki temu możesz tu być z nami – powiedział Luke, zarzucając mi rękę na ramię. – Ej, dopiero teraz widzę twoją koszulkę! Podoba mi się!
- Skąd ją wytrzasnęłaś? – zainteresował się Irwin.
- Zrobiona na zamówienie.
- Czadowo – skwitował Calum. – To, co? Musimy przyszykować sprzęt.
- A co ja mam robić?
- Najlepiej nam nie przeszkadzaj – rzucił Michael, a ja trzepnęłam go w ramię. Chłopak zaśmiał się pod nosem, a potem zmierzwił mi włosy na głowie, przez co myślałam, że urwę mu tą łapę, którą do tego wykorzystał. – Żartowałem.
- Spoko, będę robić to, co robi menadżer- odparłam, poprawiając się.
- Czyli?- wydusił z uśmiechem Luke.
- Ciągły nadzór. Chcę mieć pewność, że niczego nie spieprzycie.
- Urocze i pocieszające – powiedział Ashton.
- Nie gadać, a brać się do roboty – pociągnęłam poważnym tonem, klaszcząc jednocześnie w ręce. Chłopaki spojrzeli po sobie, a potem wybuchli śmiechem.

            W końcu przyszła pora na występ 5 Seconds of Summer. Aby lepiej widzieć, stanęłam w tłumie innych zgromadzonych tu osób. Zostałam też odnaleziona przez Chrisa i jego chłopaka. Całą trójką przecisnęliśmy się do przodu, by być jeszcze bliżej sceny. Nie mogłam się odczekać, kiedy ich zobaczę. Przez to, że wcześniej mieszkałam w Anglii, omijały mnie tego typu rzeczy. Prawie podskakiwałam w miejscu, wyczekując tej chwili.
           Po kilku długich minutach, które dla mnie ciągnęły się w nieskończoność, na scenę wszedł facet z marketingu, którego nie znałam. Zapowiedział chłopaków. Zdążył się schować, a wtedy wyskoczył Ashton, zasiadając za swoją perkusją. Rozległy się oklaski. Zaraz po nim na scenę kolejno weszli Michael, Luke i Calum. Ludzie w dalszym ciągu bili brawo. Ja też. I robiłam to tak mocno, że aż rozbolały mnie ręce. Ustawili się, przywitali z publicznością, a potem rozpoczęli swój mały koncert.
- Podobają mi się. Są od ciebie? – zapytał Chris, nachylając się w moją stronę.
- Są moi – powiedziałam z dumą, nie odrywając od nich wzroku.
- Podoba mi się ten ciemny – rzucił jego chłopak.
- A mi ten w jasnych włosach.
- Których jasnych?
- Tych w białych – sprecyzował Chris. – Ale śpiewają naprawdę znakomicie.
- Wiem – powiedziałam z pewnością w głosie i niemalże wybuchłam z dumy.
          Od samego początku było widać, że scena jest miejscem dla nich. Ich miejscem. Czuli się tam, jak ryby w wodzie. Od czasu do czasu rozbawiali publikę śmiesznymi tekstami, by zaraz znów wrócić do swoich utworów. Zaprezentowali też dwa covery. 
         Dłonie bolały mnie coraz mocniej, bo za każdym razem przyłączałam się do tłumu klaszczących. Dodatkowo podśpiewywałam ich kawałki pod nosem. Ledwo mogłam się bujać w ten znany mi rytm, bo po prostu moja ekscytacja tym widokiem sięgała zenitu. Kiedy spojrzałam w bok, zauważyłam grupkę dziewczyn, które też znały słowa ich piosenek. Czyżby chłopcy zyskali większe grono fanek? Mogłam się założyć, że teraz ich kanał na YouTube zyska więcej odsłon. A przynajmniej taką miałam nadzieję.

          Chłopaki grali przez godzinę. Gdy tylko zeszli ze sceny, wśród licznych oklasków, odłączyłam się od Chrisa i jego chłopaka, by dotrzeć z powrotem do 5 Seconds of Summer. Ochroniarz szybko przepuścił mnie na tyły, ówcześnie sprawdzając moją przepustkę.
- I jak ci się podobało? –zapytał Michael.
- Jesteście niesamowici! – powiedziałam, obejmując każdego po kolei. Luke w gratisie za status mojego chłopaka, dostał szybkiego cmoka w usta. – W końcu mogłam was zobaczyć na scenie i naprawdę mi się podobało.
- Nie było widać spięcia? – zapytał Calum.
- Co ty… Nic a nic.
- Z chęcią bym tam wrócił – powiedział Ash, z rozmarzeniem. – Albo wyobraźcie sobie zagranie na wielkim stadionie, wypchanym po brzegi ludźmi.
- Dobre marzenia, stary – odparł Luke, klepiąc go po ramieniu.
- Całkiem do spełnienia – wtrąciłam się, a oni uśmiechnęli się do mnie. – To, co? Wykonaliście kawał dobrej roboty, więc w ramach nagrody zabieram was na obiad.
- O tak… Jestem głodny – rzucił blondyn.
- Żadna nowość- skwitował Clifford. – Spakujmy sprzęt i zróbmy najazd, na jakieś jedzenie. O ile jeszcze coś im zostało.
- Zostało – powiedziałam z pewnością w głosie. – Mieli tego pełno. Poczekam na was.
- Lepiej chodź z nami, bo jeszcze się gdzieś zgubisz – zarządził Irwin. Kiwnęłam tylko głową, a potem zaczęła się mniej przyjemna praca, mianowicie pakowanie samochodu.


***
Malia w końcu miała okazję zobaczyć ich na scenie. Rozdział ten mogę zaliczyć do przejściówek - ale już niedługo u nich Święta! :) 

Dzięki wam bardzo za miłe i bardzo przyjemne komentarze :) 
Milena - tak, w tym roku też będą pierniki! :D

Kolejny rozdział tradycyjnie w następny piątek.

Pozdrawiam!  

3 komentarze:

  1. Koncert chłopaków !!:D zazdroszczę jej ...
    Jak zwykle cudowne tylko dziś troszkę krócej ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Koncert 5SOS! No wreszcie ;-)
    Święta zbliżają się dużymi krokami i coraz bardziej nie mogę się ich doczekać. Cały czas uważam że Luke i Malia są mega słodcy ♥
    Rozdział świetny
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie mogłam powstrzymać głupiego uśmieszku, jak czytałam o porannych poszukiwaniach prezentu przez Luka :) biedny blondyn musi poczekać do świąt ;) w końcu Malia mogła posłuchać ich na żywo. Oby to zdarzało się co raz częściej :) czekam na kolejny rozdział!
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń