piątek, 30 października 2015

S3 - Rozdział 8

Sydney, 23 grudnia 2012 roku


         Jeden dzień… Został jeden dzień do Wigilii. Choć od śmierci rodziców nie przepadałam za tymi Świętami, to w jakiś sposób nie mogłam się ich doczekać. Mój entuzjazm zaskakiwał mnie samą. Nie byłam pewna, czym jest to spowodowane. Może tym, że spędzę je u boku ukochanej osoby? A może też, że oprócz niego, będę mieć blisko siebie namiastkę rodziny, bo Andrew i Liz nigdy nie dali mi odczuć tego, że jestem obca? Nie mogłam znaleźć właściwej odpowiedzi. Mimo wszystko Sharon i tak traktowałaby to, jak czysty postęp. Wspomagany odrobiną miłości, ciepła i bliskości.

         Ostatni dzień na uczelni dłużył mi się niemiłosiernie. Nie mogłam się doczekać przerwy świątecznej i odrobiny lenistwa. Na całe dwa tygodnie odejdą zajęcia, a ja zyskam nieco więcej wolnego czasu, bo chodzić będę musiała, tylko do pracy.
         Nieświadomie zabębniłam długopisem w notatnik. Moja uwaga nie była skupiona na wykładowcy, który rozprawiał na temat zarządzania kryzysem. Być może to było spowodowane tym, że podobny temat miałam już wałkowany wielokrotnie w Londynie. Być może też to, co działo się za oknem, było znacznie ciekawsze, niż senny głos profesorka. Zresztą my wszyscy byliśmy już myślami w innych miejscach.
          Przyjrzałam się uważniej kolorowej ciężarówce, która tkwiła w długim korku. Dostrzegłam na niej namalowane kwiaty, a także szyld firmy. Gdzieś z daleka dało się słyszeć klakson. A zaraz po nim odezwał się kolejny. Tłum przechodniów gnieździł się na wąskich chodnikach, zmierzając w przeróżnych kierunkach. Wielu z nich taszczyło obszerne siatki z zakupami.
          Nagle drgnęłam, czując wibrację na udzie. Powoli, jak w zwolnionym tempie, spojrzałam na profesora, który skupił wzrok na notatkach, odczytując kolejny przykład, który ma nam bardziej rozjaśnić temat, o którym rozprawiał. Zerknęłam na najbliższe rzędy na auli. Miałam wrażenie, że większość ludzi najnormalniej w świecie przysypia. Uśmiechnęłam się lekko pod nosem, wyciągając z kieszeni telefon. Odblokowałam go i od razu sprawdziłam wiadomość.

Od Luke:
Mama się pyta, czy w drodze do nas kupisz jej kilka rzeczy, o których zapomniała?

Do Luke:
Niech Liz zrobi listę. A ty już w domu?

Od Luke:
Dzisiaj miałem wolne :D Szach mat studencino!

            Prawie, że warknęłam pod nosem. Wyobrażałam już sobie ten zadowolony uśmieszek Hemmingsa, kiedy jego tatuś oznajmił mu, że nie musi ruszać swojego seksownego tyłka do biura. Dobra, z pewnością Andrew nie użył słowa seksowny, ale to można pominąć. I tak wychodziło na to, że Luke miał za dobrze. Zazdrościłam mu tego wolnego, szczególnie, że dziś nudziłam się na uczelni, jak mops. Po chwili moja komórka zawibrowała po raz kolejny, a moim oczom ukazała się spora lista tych kilku rzeczy.

          Wrzuciłam drobniaki do automatu z kawą. Nie była ona może rewelacyjna, ale złapałam takiego lenia, że nawet nie chciało mi się iść do studenckiego bufetu, by zaopatrzyć się w jej lepszą wersję. Kubeczek wyleciał na zewnątrz, a ja wpatrywałam się w lecący do niego gorący napój.
          Wzięłam kawę. Podeszłam do długiej sofy, siadając niedaleko trójki nieznanych mi dziewczyn. Miałam dłuższą przerwę, bo babeczka od Autoprezentacji postanowiła nam skrócić zajęcia. Do kolejnego wykładu zostało mi prawie czterdzieści minut, więc postanowiłam na nowo przestudiować swój kalendarz. Wpisałam sobie do niego rozpiskę dyżurów w pogotowiu i teraz sprawdzałam poszczególne terminy. Całe Święta miałam wolne, więc powoli zaczynałam się zastanawiać, co ja też pocznę z taką wielką ilością wolnego czasu. Zawsze alternatywną opcją było siedzenie Lukowi na głowie, mając jednocześnie nadzieję, że chłopak nie zmęczy się moją ciągłą obecnością.
- Grali wczoraj na festynie – powiedziała podekscytowanym głosem brunetka, która siedziała najbliżej mnie.
- Nie pierdol! Jak mogłam to przegapić! – odezwała się druga.
- Boże… Byli boscy! – powiedziała trzecia. – Żałuj, że cię nie było. Było fantastycznie!
- Jestem ciekawa, kiedy wrzucą jakąś swoją nową piosenkę na YouTube.
- Uwielbiam Caluma- zaświergotała brunetka.
- Nie, to Ashton jest najlepszy. Mam słabość do perkusistów.
- Luke i Michael, gitary rządzą. – A potem spojrzała na koleżankę. – I nie mam tu na myśli basów.
- Tylko Calum.
- Ja jestem w Team Ashton i nic tego nie zmieni.
- Biorę blondyna i Michaela do kompletu.
- Czemu dwóch na raz?
- A, co? Od przybytku głowa nie boli – skwitowała, wzruszając ramionami. – Są mega słodcy.
            Uśmiechnęłam się pod nosem, starając się nie zaśmiać na głos. Nie powiem, ale dziwnie było słuchać tych zachwytów, gdy znało się 5 Seconds of Summer osobiście. Cieszyłam się, że chłopaki zostali docenieni, a ich piosenki naprawdę podobają się innym. No, w tym przypadku została też zauważona ich uroda, bo dziewczyny dalej spierały się, który z nich jest najprzystojniejszy. A dyskusja była coraz to bardziej zacięta.
- Przepraszam – usłyszałam po raz kolejny znajomy głos. Oderwałam od ust tekturowy kubek z kawą i spojrzałam na brunetkę. Jej zielone oczy lśniły z ekscytacji.
- Tak?
- Możemy ci na chwilę przerwać? – pociągnęła dalej, a potem przysunęła się bliżej mnie. Odruchowo zamknęłam kalendarz, w którym miałam zdjęcie chłopaków.
- Jasne.
- Może to zabrzmi głupio, ale może ty nam pomożesz. Chodzi o to, by wybrać tego, który jest najprzystojniejszy – odparła, wyciągając przed mój nos telefon komórkowy. Miała odpalonego Facebooka i z tego, co się zorientowałam, była na profilu zespołu, który dobrze znałam.
- Najprzystojniejszy? – zapytałam dla pewności, a ona szybko pokiwała mi głową.
- To Calum – wskazała na pierwsze zdjęcie – Michael – następne – Luke – kolejne – i Ashton - który znajdował się na ostatniej fotce. – Więc, jak? Który ci się podoba?
- Trudne pytanie. Wszyscy coś w sobie mają.
- Szybka decyzja. Cała czwórka zaprasza cię na randkę, ale możesz pójść, tylko z jednym. Który to będzie?
- Luke.
- Wygrałam! – rzuciła z zadowoleniem jej koleżanka. – Dzięki za pomoc.
- Nie ma za co – odpowiedziałam z uśmiechem. 
           Nagle poczułam wibrację w kieszeni. Zanim brunetka zdążyła się ode mnie odsunąć, wyciągnęłam telefon z kieszeni. Dziewczyna ukradkiem zerknęła w jego kierunku, ale i tak nie mogła dostrzec, kto dzwoni. Uśmiechnęłam się do niej raz jeszcze, a potem odebrałam.
- Tak?
- Skarbie, kupisz mi też te czekoladowe wafelki w białej czekoladzie?
- Jezu, Luke… Znowu? Która to już dzisiaj twoja paczka?
- Będzie trzecia.
- To uzależnienie.
- To przyjemność z jedzenia. – Przekręciłam oczami. Dalsza sprzeczka nie miałaby sensu, bo Hemmings i tak wie przecież lepiej. 
          Dopiłam kawę i podniosłam się z miejsca. Trójka dziewczyn nie spuszczała ze mnie wzroku. Uśmiechnęłam się do nich na odchodnym, a potem ruszyłam w kierunku kosza na śmieci. Wyrzuciłam pusty kubek. Następnie, dalej prowadząc rozmowę z blondynem, ruszyłam w stronę auli, w której miałam mieć kolejne zajęcia.

           Nienawidzę korzystać z komunikacji miejskiej w godzinach szczytu. Nienawidzę też dźwigać ciężkich zakupów, modląc się w duchu, by nie poszły mi siatki. Chcę z powrotem mój mały niebieski samochód, bym mogła nim wozić swoje leniwe i wygodnickie cztery litery. Muszę przycisnąć w końcu Luke'a, by pomógł mi wybrać, jakieś niedrogie auto. Marzyłam o tym, by porzucić dojeżdżanie wszędzie autobusami.
           W końcu jednak dotarłam do białego znanego mi domu. Czułam, jak siatki wrzynają mi się w dłonie. Chciałam je już, jak najszybciej donieść do miejsca docelowego, czyli do kuchni Liz. Udało mi się zebrać w sobie więcej siły, by unieść prawą rękę nieco wyżej i sięgnąć do dzwonka. Nacisnęłam mały guziczek, słysząc za drzwiami znany dźwięk. Odczekałam chwilę i drzwi otworzyły się. Luke uśmiechnął się do mnie szeroko, od razu zabierając ode mnie ciężkie siaty.
- Po co dzwonisz? – rzucił, sprzedając mi szybkiego całusa w usta.
- Jak to, po co? To nie mój dom, tylko…
- Wchodź, jak do siebie – skwitował, dalej się uśmiechając. Przekręciłam oczami, co go dodatkowo rozbawiło. – Czemu po mnie nie zadzwoniłaś?
- Co?
- Przyjechałbym po ciebie i zabrał z tymi zakupami do domu.
- Nie chciałam ci zawracać głowy, takimi pierdołami.
- Masz mi zawracać głowę takimi pierdołami. Co? Boisz się, że od ciebie ucieknę?
- Może?- zapytałam, unosząc teatralnie jedną brew do góry i wchodząc do środka, bo Luke w końcu przesunął się na bok.
- Nigdy – powiedział, muskając moje usta po raz kolejny. Od razu poczułam, jak zrobiło mi się cieplej. Oboje przeszliśmy do kuchni, w której krzątała się Liz. Po drodze rzuciłam swoją torbę na sofę, by nie plątała nam się pod nogami.
- Cześć kochanie – rzuciła blondynka, obejmując mnie szybko.
- Cześć. Jak widzę masa roboty przed nami.
- Najpierw coś zjesz i…
- Podziękuję- przerwałam jej szybko. – Jadłam na ostatniej przerwie. Poszliśmy na zapiekanki.
- W takim razie bierzmy się do roboty.
- Kupiłaś mi czekoladowe wafelki? – zapytał Luke, nurkując w siatkach.
- Jakie czekoladowe wafelki? – odparłam, udając zaskoczenie.
- No, serio? – jęknął zawiedziony, zaciskając mocniej usta.
- Szukaj. Są w siatce, wariacie – powiedziałam, klepiąc go po ramieniu. Hemmings uśmiechnął się, jak małe dziecko, które dostaje wymarzoną zabawkę. Lukowi do szczęścia nie wiele trzeba było.

            Po jakieś godzinie w domu Hemmingsów zjawiło się pozostałe 5 Seconds of Summer. Tradycyjnie wlecieli do środka, pomijając pukanie czy dzwonienie. Zrobili nalot na kuchnię, dobierając się do szafki ze słodyczami. Liz spojrzała na nich z lekkim uśmiechem, jednocześnie musztrując ich w kwestii jedzenia zbyt dużej ilości cukru. Odkąd się pojawili, w pomieszczeniu zrobiło się dużo głośniej. Na szczęście chłopaki mieli popracować nad jedną z nowych piosenek, więc szybko zmyli się do garażu, by rozpocząć pracę. Dzięki temu ja i Liz znów zyskałyśmy spokój.
- Kiedy dokładnie Jack i Celeste się pobierają? – zapytałam, nakładając pierwszą warstwę puszystego, białego kremu do wnętrza ciasta.
- Dwudziestego pierwszego lutego.
- To niedługo.
- Mogę się założyć, że szybko zleci.
- Podekscytowana? – odparłam z uśmiechem, nie odrywając od kobiety ciemnych oczu.
- Jeszcze jak! – rzuciła ze śmiechem.
            Nagle frontowe drzwi otworzyły się, a my podskoczyłyśmy w miejscu. Usłyszałyśmy szybkie kroki. Po chwili do kuchni wleciał uśmiechnięty Andrew ubrany w swój służbowy garnitur, a zaraz za nim w pomieszczeniu pojawi się Ben.
- Część Malia! – rzucił, podchodząc do mnie. Poklepał mnie po plecach, a ja posłałam mu szeroki uśmiech. – Mamo, jak zwykle wyglądasz prześlicznie. Obie wyglądacie wprost pięknie.
- Co tym razem, Ben?- odparła Liz, kiedy jej syn wyszczerzył się do niej w szerokim uśmiechu.
- Czy ja muszę od razu coś chcieć? – Blondynka zlustrowała go wzrokiem. – Naprawdę, nic nie chcę – wyjęczał, spoglądając na zastawiony stół. Podszedł do mnie, złapał za łyżkę i miskę po kremie, a następnie zaczął wyjadać resztki, jakie zostały. – Zostaję, tylko na noc. A … I byłem dziś z tatą oglądać samochody.
- Kupujesz jakiś? – zapytałam szybko.
- Nie ja. Tata chce zmienić wóz. Jeden został wybrany.
- Już? – odparła Liz. Faceci pokiwali głowami. – Kiedy go zobaczę?
- Umówiłem się z nimi na jutro. Próbna jazda i tak dalej. – Widząc spojrzenie swojej żony, szybko dodał. – Wyrobimy się przed kolacją. To nie zajmie nam dużo czasu. Jeśli wszystko mi się spodoba, to go wezmę. Będzie gotowy do odbioru po nowym roku.
- A co ze starym samochodem? – pociągnęła Liz.
- Sprzedamy go – odpowiedział Andrew, siadając na krześle. Liz zaparzyła kawy i po chwili na stole znalazły się cztery parujące kubki.
- Chcesz go sprzedać? – zapytałam, a mężczyzna kiwnął mi głową. – Za ile?
- Zainteresowana? – odparł Andrew.
- Myślę właśnie o kupnie samochodu. Tyle, że twój jest dość duży.
- Ale utrzymany w stanie idealnym – wtrącił Ben. – Do tego ma dopiero cztery lata, więc stary nie jest. Wszystko w nim chodzi, jak w zegarku. Nie ma żadnej ryski, nie jest powypadkowy, bo tata jest znakomitym kierowcą.
- Czy ty próbujesz mnie namówić do jego kupna? – rzuciłam ze śmiechem, a Ben poruszał zabawnie brwiami.
- Samochód idealny dla kobiety takiej, jak ty – dodał w dalszym ciągu uśmiechając się szeroko.
- W sumie to nie głupi pomysł- odparłam, a Ben klasnął w ręce, wskazując na swojego ojca.
- Mamy pierwszą zainteresowaną klientkę, tato – powiedział, a Andrew zaśmiał się. – Może się dogadacie.
- Naprawdę jesteś zainteresowana? – zapytał najstarszy Hemmings. Pokiwałam głową. 
             Widziałam jego samochód. Widziałam, w jakim jest stanie. Choć był dużo większy, niż moje niebieskie auto, jakim dysponowałam w Londynie, to jednak byłam skora postawić na jego wóz. Szczególnie, że Andrew nie sprzeda mi złomu i nie wciśnie mi badziewia.
- Jestem. Co prawda nie znam się na samochodach, ale myślę, że to by była dobra inwestycja.
- Mało pali, wszystkie części ma oryginalne. Jeszcze nic się w nim nie popsuło i nadal jest pod opieką salonu, z którego go brałem – powiedział Andrew.
- A cena?
- Do negocjacji – odpowiedział najstarszy z uśmiechem.
- Pasuje.
- Zróbmy tak. Na razie nie wystawiam go na sprzedaż. Zatrzymam go dla ciebie. Po świętach obgadamy sobie wszystko. Wtedy dasz mi znać, czy go chcesz czy nie.
- Świetnie, umowa stoi – powiedziałam, kiwając głową.
- Malia, dobrze się robi z tobą interesy – rzucił Ben. – Luke w domu?
- Z chłopakami w garażu.
- Bosko, pójdę im poprzeszkadzać.
- Ben, zostaw ich – powiedziała surowym tonem Liz. – Pracują nad piosenką i…
- Tym bardziej pójdę im poprzeszkadzać. – Zanim ktokolwiek z nas zdążył się zorientować, blondyn odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę drzwi. Usłyszałam ciężkie westchnienie Liz. – Czołem, moje ulubione frajerstwo!
- Ben! – warknęła Liz. Ja i Andrew wymieniliśmy spojrzenia, a potem zaczęliśmy chichotać pod nosami.

           Mieliśmy trochę spokoju w kuchni, kiedy Ben i Andrew zaszyli się w salonie. Potem jednak męska część załogi znów zrobiła nam nalot na kuchnię. Do nich dołączyli też chłopaki, którzy skończyli swoją próbę. Teraz wszyscy przeszkadzali nam w pracach, a ja i Liz musieliśmy pilnować tej męskiej zgrai, bo panowie postanowili powyjadać nam trochę rzeczy.
- Zabieraj łapy! – warknęła Liz na swojego męża i niewiele myśląc, trzepnęła go drewnianą łyżką w ręce, kiedy ten próbował wykraść jeszcze jedno ciastko. – Wypad stad!
- Ale mamo – jęknął Luke, w momencie, kiedy starałam się odciągnąć od ciasta, śliniącego się na jego widok Caluma.
- To jedzenie na jutro! – kontynuowała Liz. – Wypad stąd, bo inaczej sobie z wami pogadam.
- To może ja zostanę i pomogę – zaproponował Michael. Liz zmierzyła go wzrokiem. Widząc jednak kawałek ciasta w jego dłoni, zazgrzytała zębami.
- Wszyscy macie natychmiast opuścić moją kuchnię! Od jutra będziecie mogli się napychać do woli. Nawet wy – wskazała na kumpli swojego najmłodszego dziecka. – Ale to dopiero od jutra! Możecie tu przychodzić codziennie i wtedy to jeść, ale nie teraz!
- Dobra, dobra już idziemy – zarządził Ben. – Się już nie unoś, mamusiu!
- Męskie pasożyty – podsumowała ich Liz, kiedy faceci w końcu opuścili kuchnię. - Nie mam pojęcia, jak ja przez całe życie to wytrzymywałam.
- Może się uodporniłaś – powiedziałam ze śmiechem, zawijając mięso w folię, by zaraz ułożyć je na blaszce i wsunąć do piekarnika.
- Zwariuję przy nich. – Spojrzała na mnie, gdy odsunęłam się od piekarnika. – Ustawiłam ci dobrą temperaturę?
- Dobrą.
- Dobrze, że chociaż ty nie jesteś facetem – rzuciła, a ja zaśmiałam się. - Mam ich po dziurki w nosie. – Jej słowa zniknęły wśród gromkiego wybuchu śmiechu, który dochodził z salonu, w którym ulokowali się panowie.

           Wyszłam z kuchni, czując się naprawdę zmęczona. Dochodziła północ, a ja miałam wrażenie, że czuję na sobie zapach przypraw, których używałam. Moje ubranie było też naznaczone mąką i czekoladą. Marzyłam o prysznicu.
           W salonie zastałam, tylko Luke'a. Blondyn leżał na kanapie i wlepiał swoje błękitne oczy w ekran telewizora. Chłopaki wyszli jakiś czas temu, a Andrew i Ben musieli zniknąć na górze. Usiadłam na sofie obok niego, a Luke przesunął się w bok, by zrobić mi więcej miejsca. W końcu zajmował prawie całą jej powierzchnię.
- Skończone? – zapytał cicho.
- Skończone. Podrzuciłbyś mnie do domu?
- Możesz tu zostać na noc – powiedział, podnosząc rękę. Po chwili jego dłoń wsunęła się pod moją koszulkę, a ja poczułam przyjemne ciepło, gdy dotknął palcami skóry na moich plecach.
- Nie, nie mogę.
- Możesz zostać – usłyszałam głos Liz. Odwróciłam się w jej stronę. –Jest już późno. Zresztą jutro przyda się chłopakom pomoc przy porannym ubieraniu choinki, skoro ja i Andrew mamy jechać zobaczyć ten samochód. Ktoś musi ich nadzorować.
- Mamo, czy ty uważasz, że ubranie choinki nas przerośnie?
- Nie uważam, ja to wiem – skwitowała, a Luke prychnął pod nosem.- Ma być idealna, dlatego przyda wam się kobieco oko. Więc, jak Malia? Zostaniesz?
- Zostanę – powiedziałam, a Liz i Luke uśmiechnęli się szeroko.
- Możesz zająć pokój Jacka.
- Malia będzie spała u mnie – rzucił szybko Luke.
- Niech ci będzie – odparła blondynka, machając na niego ręką. – Idę na górę. Nie siedźcie długo, bo jutro macie być wypoczęci.
- Jasne – powiedzieliśmy razem. Liz uśmiechnęła się do nas, a potem ruszyła w stronę schodów. 
            Gdy tylko zniknęła na górze, Luke podniósł się do góry. Usiadł obok mnie. Spojrzałam na niego, a on niewiele myśląc, ujął moją twarz w dłonie i złączył nasze usta. Od razu oddałam pocałunek, wsuwając dłoń w jego blond włosy, które teraz roztrzepane były na wszystkie strony. Poczułam przyjemne motylki w brzuchu. Kiedy się ode mnie odsunął, westchnęłam cicho wprost w jego wargi.
- Uwielbiam, gdy to robisz – wyszeptał, przejeżdżając palcami po moim policzku. Uśmiechnęłam się do niego. Luke spojrzał na zegarek, a potem znów wlepił we mnie swoje błękitne oczy.
- Co?
- Jest po dwunastej.
- Czyli?
- Wesołych Świąt, Kochanie – powiedział, a ja uśmiechnęłam się do niego jeszcze bardziej.
- Wesołych Świąt, Pingwinku.


***
Tutaj zaczynają im się Święta, w innym opowiadaniu wysyłam swoich bohaterów na wakacje :D - O to, takie pomieszanie :D
Mam nadzieję, że rozdział się wam podobał - był kolejny z serii, chłopaki przeszkadzają w kuchni :) No i jest więcej Liz :D

Dziękuję wam za miłe słowa w komentarzach, a także za zaglądanie na tego bloga :)

Kolejna część tradycyjnie w następny piątek!

Pozdrawiam!

3 komentarze:

  1. Wspaniały rozdział ♥
    Kocham święta <3 Jestem bardzo ciekawa jakby to było święta jak jest gorąco... Mam nadzieję, że kiedyś pojadę w zimę do Sydney i to sprawdzę
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Ben hahahahah do tego jest też Liz, którą ubóstwiam w tym opowiadaniu! Świetny rozdział :) Luke i Malia - 4ever :D Nie mogę doczekać się tego, aż będą ubierać tą choinkę hahahah :D
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń