piątek, 20 listopada 2015

S3 - Rozdział 11

Sydney, 31 grudnia 2012 roku


              Byłam pewna, że Luke nie będzie jednak chory. Obstawiałam po prostu, że chłopak zdrowotnie, tylko chwilowo zaniemógł. Jednak dzień przed Sylwestrem było widać, jak na dłoni, że Hemmings znowu nie czuje się dobrze. Znów dostał kierunek łóżko, przyjmując garść lekarstw, które miały go postawić na nogi. I miałam naprawdę nadzieję, że mu pomogą.
             Niestety nie mogłam monitorować stanu Luke'a w dzień imprezy. Z rana musiałam odbębnić dyżur w pogotowiu, który miał trwać do godziny czwartej. Dlatego poprosiłam Sharon, by to ona miał oko na Hemmingsa i w razie co dała mi znać, gdyby jego stan w ogóle się nie polepszył. Zastanawiałam się też, co zrobię, gdy Luke faktycznie nie będzie w stanie zwlec się z łóżka. Musiałam wymyślić, jakiś dodatkowy plan awaryjny.

***
             Miał wrażenie, że czuł się dzisiaj jeszcze gorzej, niż wczoraj. Od rana towarzyszył mu ból głowy i gardła. Dodatkowo zaczął dusić go kaszel, który tylko wszystko nasilał. Co jakiś czas oblewał się zimnym potem, jakby miał wysoką gorączkę. Wolał nawet nie zerkać w lustro, by nie wiedzieć, jak przeraźliwie blado może wyglądać.
            Mimo wszystko udawał, że wcale tak źle nie jest. Nie chciał psuć innym Sylwestra. Szczególnie Malii, Sharon i Oscarowi, którzy pierwszy raz spędzali go w Australii. Dlatego zaciskał zęby i zbierał się w sobie, spychając swój koszmarny stan na drugi plan.
            Usiadł przy stole. Blondynka postawiła przed nim kubek z gorącą herbatą. Wziął kilka łyków, czując, jak przyjemne ciepło lekko łagodzi ból gardła. Zaczął się zastanawiać, jak przełknie śniadanie, skoro nawet połykanie śliny było katorgą. Podniósł głowę, zdając sobie sprawę z tego, że Sharon od dłuższego czasu lustruje go wzrokiem.
- Co?- wydusił siebie, a jego głos zaszczycił ją lekką chrypą.
- Jak się czujesz?
- Tak, jak wyglądam – odpowiedział, wzruszając ramionami.
- Czyli nie dobrze.
- Nie jest źle.
- Wyglądasz, jak gówno – skomentował, wchodzący do pokoju Oscar.
- Ty to zawsze masz, jakiś komplement w zanadrzu – powiedział Luke, zerkając na kumpla.
             Chłopak uśmiechnął się szeroko, ukazując szereg białych zębów i zajął krzesło obok. Oderwał od niego swoje błękitne oczy, by znów skupić się na Sharon. Dziewczyna właśnie wyciągnęła z kieszeni komórkę. Westchnęła ciężko pod nosem, a potem zaczęła stukać palcem w ekran. Hemmings zmrużył na nią oczy.
- Co robisz?
- Dzwonię do Malii – odpowiedziała, jak gdyby nigdy nic.
- Nawet nie próbuj…
- Jesteś chory i…
- Nic mi nie będzie –rzucił, wstając z miejsca. Podszedł do niej i chciał jej wyrwać telefon, ale Sharon w tym momencie była szybsza i sprytniejsza. Luke był pewny, że gdyby nie był chory, to łatwiej przejąłby jej komórkę.
- Może kupi ci coś mocniejszego – ciągnęła dalej Sharon. Minęła go i przeszła w głąb pokoju. Luke warknął pod nosem, a potem ponowił próbę uniemożliwienia jej wykonania telefonu do jego dziewczyny.
- Nie rób tego…
- Zaraz to zrobię – odparła, odpychając jego ręce. Luke złapał ją za ramiona, ale ona wywinęła się pod jego dłońmi, uciekając na łóżko.
- Oddaj telefon!
- Za nic, złociutki!
- Sharon!
- Czy ty słyszysz, jak mówisz? Charczysz, jak zepsute radio!
- Przejdzie mi…
- Takiego! – Odepchnęła go z taką siłą, że Luke padł na łóżko. Sharon parsknęła śmiechem. – Punkt dla mnie.
- Nie dzwoń do niej – pociągnął Luke. Siedzący przy stole Oscar, który obserwował całą tą scenę, parsknął w końcu niepohamowanym śmiechem. Podniósł się, ale blondynka znów popchnęła go na łóżko.
- Hej, Lukey! – zawołała, a potem owinęła go pościelą, tak ciasno, że Hemmings myślał, że zaraz się udusi. Następnie usiadła na nim, przez co unieruchomiła go totalnie. – Nie rzucaj się młody. Chcę dobrze.
- Muszę zrobić zdjęcie – odparł Oscar, dalej dusząc się ze śmiechu.
- Sharon –próbował dalej Luke, ale dziewczyna już go nie słuchała. Wykręciła numer i przyłożyła telefon do ucha.
- Cześć kochana – powiedziała z uśmiechem do telefonu, a Hemmings jęknął pod nosem. W tym momencie czuł się przegrany. Nawet nie próbował się uwolnić. Spojrzał w stronę Oscara, który robił kolejną fotkę. Padł na wznak, czekając, aż Sharon w końcu go puści.

***
           Wychodząc z pracy, zahaczyłam o naszą szpitalną aptekę. Nie byłam pewna, co dokładnie powinnam kupić, bo Sharon za wiele nie mogła mi powiedzieć. Wiedziałam jednak, że jeśli Lukowi się nie polepszy, to będzie musiał iść w końcu do lekarza. I nawet jak będzie się stawiał, to zmuszę go do tego siłą. Wzięłam coś mocniejszego na zbicie gorączki, coś na gardło i na kaszel. Następnie pognałam do samochodu blondyna, który dzisiaj użyczył mi swoje auto. Wsiadłam do środka, odpaliłam silnik. Teraz kierunek dom.
            Gdy weszłam do środka, poczułam przyjemny zapach przypraw. Uśmiechnęłam się pod nosem, szybko ściągając buty. Oscar pewnie już stał przy garach i pichcił swoje specjały. Dobrze, że chociaż on z tej trójki umiał gotować. Sharon z Lukiem pewnie roznieśliby mi kuchnię, gdyby podjęli się tego zadania.
           Weszłam do pokoju. Miałam rację. Oscar krzątał się przy blacie, podrygując w rytm muzyki, która leciała z telewizora. Zamieszał coś w garnku, a potem zaczął robić małe kanapeczki, w które na końcu wbijał wykałaczki. Mieliśmy zacząć Sylwestra u mnie, a potem przenieść się na plażę, gdzie Calum zarezerwował nam stolik. Dlatego też Oscar i ja, mieliśmy robić za szefów kuchni, byśmy nie wyszli stąd głodni.
           Odwróciłam się, a potem zacisnęłam mocno usta, starając się nie parsknąć śmiechem. Luke siedział w łóżku, z założonymi na piersiach rękami. Minę miał nie za ciekawą. Wyglądał na niezadowolonego. Sharon siedziała niedaleko niego, co jakiś czas zerkając na chłopaka. Wyglądało to tak, jakby go pilnowała.
- Część – rzuciłam, przez co zwróciłam na siebie uwagę całej trójki.
- Dobrze, że jesteś – powiedziała z ulgą Sharon. – Luke chyba się na mnie obraził.
- Mówiłem, że się nie obraziłem – odpowiedział szybko, przekręcając jednocześnie oczami.
- To czemu nic nie zjadłeś?
- Nie mogę – jęknął, jakby tłumaczył jej to po raz setny. – Nie miałem ochoty.
- A teraz?
- Nie wiem – rzucił, wzruszając ramionami.
- Dobra, spokojnie – powiedziałam, podchodząc do nich bliżej. – Zaraz zobaczymy, jak się sprawy mają. - Usiadłam obok niego na łóżku. Przyłożyłam mu dłoń do czoła. Był cały rozpalony, spocony i blady. Ewidentnie był chory. - Co cię boli?
- Nic – odpowiedział szybko. Uniosłam jedną brew do góry.
- Ból głowy, gardła, kaszel, katar, trudności z oddychaniem, bóle mięśni i stanów, wymioty – zaczęłam wymieniać, używając do tego palców. Luke wlepił we mnie swoje błękitne oczy, lekko zaciskając usta.
- Cóż za oficjalny ton. Nie jesteś już w pracy – rzucił, a ja niewiele myśląc trzepnęłam go w ramię. – Ała! No, co? – Zaśmiałam się, a potem wyciągnęłam z torby siatkę z zakupami z apteki.
- Luke, powiedz mi prawdę. Jak się czujesz? – Chłopak westchnął pod nosem. – No?
- Boli mnie głowa, gardło i mam kaszel – powiedział powoli. – Tylko to.
- Plus gorączka.
- Nie mam gorączki.
- Och, jasne – odpowiedziałam, przekręcając oczami. – Jadłeś coś? – Pokręcił głową. – Okej… Dam ci jedną dawkę leków teraz. Potem będziesz musiał coś zjeść, by wziąć pozostałe. Może być?
- Okej – rzucił, zrezygnowanym tonem.
- Zrobiłem na obiad zupę, więc łatwiej to połkniesz – odezwał się Oscar, wychylając się w naszą stronę.
- Co z Sylwestrem? – zapytał. Zagryzłam lekko wargę. – No, weź…
- Twój udział w nim, jak na razie stoi pod znakiem zapytania, Luke – powiedziałam powoli, a on skrzywił się. 
             Położył się na boku, wlepiając oczy w telewizor. Nie musiałam zgadywać, widziałam, że zrobiło mu się przykro. W tym momencie było mi go żal, ale choroba nie wybiera. Przejechałam kilka razy dłonią po jego ramieniu, a potem szczelniej opatuliłam go kołdrą. Cmoknęłam go w policzek, a następnie wstałam, by zabrać się za robotę.

             Nie byłam w stanie zmusić Luke'a do leżenia w łóżku, szczególnie, że zbliżała się godzina zero. O ósmej miała się u mnie zjawić reszta i blondyn kategorycznie odmówił tego, by pozostać pod grubą i ciepłą pierzyną. Ubrał się i wyszykował, zapewniając mnie, że nic mu nie będzie. Z jednej strony w jakiś sposób go rozumiałam, bo żadna przyjemność chorować w taki dzień, z drugiej zaś miałam ochotę go udusić za to, że mnie nie słucha.
            Sharon przyszykowała stół. Całe jedzenie zrobione przeze mnie i Oscara i tak się na nim nie zmieściło, więc w kuchni zrobiliśmy coś na wzór szwedzkiego stołu. Talerze i sztućce ułożyliśmy na kupkach, a szklanki powystawialiśmy na stoliku w pokoju. Powciskałam, gdzie się dało talerze i miski z zakąskami.
            Punktualnie o ósmej, drzwi do mojego mieszkania otworzyły się i do środka wpadło pozostałe 5 Seconds of Summer. Przywitali się z nami, a potem pozajmowali miejsca. Sharon puściła muzykę, by coś nam grało w tle.
- Przykro mi, ale nie pijesz – powiedziałam, zabierając Lukowi szklankę z drinkiem sprzed nosa.
- No… Malia – jęknął tonem pięcioletniego dziecka.
- Jedziesz na mocnych tabletkach, które mają ci pomóc – przypomniałam mu, a blondyn ciężko westchnął.
- Zrobiłem ci coś innego – powiedział Oscar, wstając z miejsca. Przeszedł do kuchni. Po chwili wrócił, niosąc w dłoni wysoki dzbanek z gęstą różową cieczą. – Koktajl truskawkowo-bananowy.
- Dzięki – mruknął Luke, posyłając mu lekki uśmiech. Brunet nalał mu pełną szklankę jego prywatnego napoju.
- To, co? Za Nowy Rok? – zaproponował Calum, wyciągając swojego drinka do góry.
- Za Nowy Rok! – zawtórowaliśmy mu.

             Do końca nie byłam przekonana do tego, by Luke poszedł z nami na plażę. Z drugiej jednak strony nie chciałam zostawiać go w domu samego. Nie chciałam też zostawiać Oscara i Sharon, którzy zjawili się tu specjalnie dla mnie. Długo się wahałam nad najlepszym rozwiązaniem. W końcu jednak chłopaki tak mocno zaczęli mi jęczeć, że i tak stanęło na ich. Luke poszedł na imprezę z nami.
            W barze od samego początku leciała głośno muzyka. Nie było żadnego wolnego miejsca. Na szczęście my mieliśmy zarezerwowany stolik. Inaczej musielibyśmy spędzić czas na plaży lub wrócić do domu. Chłopaki i Sharon wypijali drink za drinkiem, mając gdzieś to, że jutro będą mieli wielkiego kaca. Ja nie rozpędzałam się tak przy piciu, bo nadal musiałam mieć oko na chorego Luke'a, który teraz był bardziej zadowolony, niż wcześniej. Miałam tylko nadzieję, że ten sylwestrowy wypad nie rozłoży go jeszcze bardziej.
            Kiedy zbliżała się północ, wszyscy wyszliśmy na plażę. Ludzi było pełno. Odsunęłam się trochę od chłopaków, którzy zaczęli przygotowywać fajerwerki. Sharon podała mi jedną z trzech butelek szampana. Otworzyłam jedną, a potem drugą, a ona zajęła się trzecią. Zerknęłam zniecierpliwiona na zegarek. Do dwunastej zostało już niewiele.
             Ktoś zaczął głośno odliczać. Po chwili cała plaża huczała w głośnym chórze liczb, które wymienialiśmy od tyłu. W końcu, gdy doszliśmy do zera zawrzało. Wybuchły petardy, które oświetliły ciemne niebo. Od razu zrobiło się jaśniej, gdy fajerwerki rozbryzgiwały się w powietrzu, tworząc wielobarwne błyski. Wszyscy pokrzykiwali z entuzjazmem, a potem każdy każdemu składał noworoczne życzenia, wychodząc poza swoje grupy.
            Podeszłam do blondyna. Jego błękitne oczy spojrzały wprost na mnie. Uśmiechnął się szeroko, a w jego policzkach pojawiły się te znane mi dołeczki. Objął mnie mocno, a ja wtuliłam się w niego, czując przyjemne ciepło.
- Szczęśliwego Nowego Roku, kochanie – powiedział, całując mnie w usta.
- Szczęśliwego Nowego Roku, Pingwinku – odpowiedziałam, gładząc go palcami po policzku.
- Ej! Moje gołąbki! Najlepszego w Nowym Roku! – krzyknęła Sharon, podbiegając do nas. Stopy grzęzły jej w piasku, więc przyjaciółka musiała włożyć w to więcej siły. Wcisnęła się w nas, mocno oplatając naszą dwójkę ramionami.
- Najlepszego Sharon!
- Najlepszego!
- Pierwszy Sylwester na ciepło! W Londynie musiałabym być ubrana w grubą kurtkę, a tu stoję na krótkim rękawku! Jest cudownie– powiedziała, puszczając nas, by znów wlepić oczy w rozświetlone niebo, na którym w dalszym ciągu pojawiały się nowe fajerwerki.
- Jest cudownie – odparłam, zerkając na Luke'a. Po raz kolejny uśmiechnął się i sprzedał mi szybkiego całusa w policzek.

            Nasza zabawa sylwestrowa na plaży trwała do godziny czwartej. Wtedy też pierwsze osoby z naszej grupy zaczęły się rozsypywać, więc trzeba było zarządzić kierunek dom. Chłopaki wpakowali się do jednej taksówki, a my do drugiej. Miałam wrażenie, że podróż do domu ciągnie się w nieskończoność. Możliwe, że to przez to, że najnormalniej w świecie czułam się potwornie zmęczona.
            Po przyjściu do domu, Sharon od razu padła. Oscar zaliczył szybki prysznic i też pogrążył się we śnie. Ja musiałam jeszcze dopilnować, by Luke zażył kolejne tabletki. Zrobiłam mu gorącą herbatę z cytryną, bo znów zaczął skarżyć się na ból gardła. Zmierzyłam mu temperaturę, która nadal była taka sama, jak wcześniej. Potem oboje położyliśmy się do łóżka. Przykryłam go szczelnie kołdrą, by nie zmarzł, a on przytulił się do mnie, lekką drżąc. Zaczęłam powoli żałować, że godziłam się na to, by poszedł z nami na plażę.

           Nie mogliśmy sobie jednak zbyt długo pospać. Sharon i Oscar wracali dzisiaj do Londynu i musieliśmy przyszykować się na wyjazd na lotnisko. Na szczęście czułam się dobrze, alkohol ze mnie zszedł, więc legalnie mogłam ponownie zasiąść za kółko samochodu blondyna. Chociaż najchętniej nigdzie bym ich nie puściła.
          Luke dostał jasne wskazówki, co ma robić pod moją nieobecność. W sumie były dość proste. Miał zjeść odgrzaną zupę, wziąć tabletki i wypić syrop, a potem leżeć w łóżku dopóki nie wrócę i nie zwolnię go z tej czynności.
           Odprowadziłam przyjaciół do samego końca. Naprawdę nie chciałam się z nimi żegnać. Ta kolejna rozłąka nadal bolała, choć nie tak, jak ta pierwsza. Mimo wszystko nadal czułam gorzkie poczucie żalu. Było mi przykro, że mieszkamy teraz na dwóch krańcach świata. Nic dziwnego, że gdy tylko przyszedł czas pożegnania, rozkleiłam się, jak małe dziecko. Sharon też płakała i to wcale nie pomagało mi się uspokoić.
- Pamiętaj, że masz dzwonić – powiedziałam wilgotnym głosem, wycierając policzki dłonią. – Ja też będę.
- I dbać o twoje mieszkanie – dodała, śmiejąc się przez łzy.
- Dokładnie. Obiecajcie, że jeszcze kiedyś przyjedziecie.
- Przyjedziemy – powiedział Oscar, zgarniając mnie w swoje ramiona. – Ty też musisz w końcu wrócić, na jakiś czas do Londynu.
- Przyjadę – zapewniłam, mając nadzieję, że naprawdę będzie ku temu okazja. – Obiecuję. – Chłopak puścił mnie. Posłał mi swój słynny uśmiech, wyduszając ze mnie kolejną porcje łez. – Cholernie już tęsknię.
- Ja tak samo – odpowiedziała Sharon, a ja przytuliłam ją po raz ostatni.
- Bezpiecznej podróży. Dajcie znać, jak będziecie na miejscu. – Spojrzałam na Oscara. – Dziękuję raz jeszcze za tak fantastyczną niespodziankę.
- Trzymaj się, mała – rzucił, sprzedając mi szybkiego całusa w czoło.
- Trzymajcie się – powiedziałam, kiedy Oscar złapał Sharon za rękę. Pomachałam im na odchodnym, czując, jak zaraz serce pęknie mi z żalu. Dlaczego to nie mogło być łatwiejsze? Dlaczego nie mogliśmy być w jednym miejscu wszyscy razem?

          Weszłam do mieszkania, w którym panowała cisza. Przeszłam do pokoju. Telewizor był włączony, ale głos był tak ściszony, że ledwo słyszałam, o czym mówi prezenter wiadomości. Przetarłam rękami twarz. Nadal miałam zaczerwienione oczy, ale przynajmniej przestałam płakać. 
            Spojrzałam na śpiącego blondyna, który wtulał się w poduszkę. Podeszłam bliżej. Zabrałam ze stolika pustą miskę po zupie i mały talerzyk, na którym przygotowane były wcześniej tabletki. One na szczęście też zniknęły. Włożyłam brudne naczynia do zlewu. Oparłam się o blat, lekko zaciskając na nim palce. Uśmiechnęłam się lekko pod nosem, przypominając sobie wszystkie te chwile spędzone razem z przyjaciółmi tu w Australii. Miałam nadzieję, że dla nich ten wyjazd też zaliczał się do udanych.
- Malia? - Odwróciłam się. Luke zamrugał oczami, patrząc wprost na mnie.
- Hej, Pingwinku. Jak się czujesz? – zapytałam, podchodząc do niego. Usiadłam obok na łóżku, przejeżdżając dłonią po jego ciepłej twarzy.
- Może być.
- Jutro masz iść do lekarza.
- Nie… Jutro muszę iść do pracy.
- Luke!
- Taka prawda – jęknął, przykrywając się kołdrą prawie po sam nos.
- Masz iść do lekarza. To mi nie wygląda na zwykłą trzydniówkę i…
- Malia, no…
- Bo zadzwonię do Liz – zagroziłam, a on zrobił wielkie oczy.
- Nie zrobisz tego – wymamrotał, kręcąc głową.
- Zrobię – pociągnęłam zawziętym tonem.
- To szantaż.
- To troska o twoje zdrowie.
- To szantaż, skarbie.
- Pingwinku – wymruczałam, nachylając się nad nim. Luke uśmiechnął się. Przejechał palcem po mojej dolnej wardze. – Lekarz. Jutro.
- Dobra, zakodowałem.
- I tak cię sprawdzę.
- Obiecuję, że pójdę – powiedział, a ja lekko trąciłam jego nos swoim. – Wiem, że nie powinienem tego robić, bo mogę cię zarazić, ale… Tak cholernie nie mogę się powstrzymać.
- Przed czym?
- Bo ja tak bardzo…
            Nie dokończył. Luke po porostu podniósł się i wpił w moje wargi, pozbawiając mnie tchu. Od razu odpowiedziałam na pocałunek, uśmiechając się pod nosem. Uwielbiałam, gdy tak mnie zaskakiwał. Było to przyjemne i nie wymagało, jakichkolwiek słów. Wszystko wyrażone było w tym, co robił. Kochałam go. Tak po prostu.



***
Niestety musieliśmy szybko pożegnać Sharona i Oscara, ale oni jeszcze kiedyś na pewno się zjawią, chyba, że pozmieniają mi się plany :D

Dziękuję wam za komentarze i te miłe słowa - cieszę się, że wam się podoba :D To naprawdę mocno motywuje do pracy- taki porządny kopniak w tyłek, że się tak wyrażę :)

Kolejny klasycznie w następny piątek!

Z okazji tego, że dziś mam małe święto - zapraszam was też na inne blogi, na których z tej okazji wyjątkowo pojawiły się kolejne rozdziały :) Mam nadzieję, że one też przypadną wam do gustu :)

Pozdrawiam!

3 komentarze:

  1. Mam problem - nie wiem, czy składać ci życzenia tylko na jednym, czy na wszystkich blogach... A co mi tam! To twoje święto! Zaszaleję
    A więc... Czego mogę ci życzyć? Wszystkiego, czego sobie tylko wymarzysz. Zdrowia, szczęścia, miłości, pieniędzy. Czego tylko chcesz. Z tej okazji chciałabym ci również podziękować, za to, że zaczęłaś pisać. Dziękuje, że wielokrotnie sprawiłaś, że na mojej twarzy pojawił się ogromny banan. Za wszystko. ♥
    Rozdział wspaniały, jak to zwykle. Nie mogę doczekać się Sylwestra! Luke, biedaczysko... Współczuję ^^ Szkoda, że Sharon i Oscar już wyjechali...
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Po pierwsze - WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO KOCHANA!!!! Obiecany wierszyk na innym blogu :)
    Po drugie - Luke weź nie choruj, chociaż nie powiem, że blondyn jest taki bezbronny i naprawdę w tym wszystkim uroczy :D Szkoda, że Sharon i Oscar musieli już pojechać. Ale pewnie dobrze się z nimi bawili. Jak Sharon usiadła i przydusiła Luka to aż parsknęłam śmiechem. I ta groźba ze strony Malii - bo zadzwonię do Liz HHAHAHA :D Podoba mi się ten rozdział i czekam z niecierpliwością na kolejny!
    Pozdrawiam Milena

    Ps. Raz jeszcze stówka! TAKA DUŻA DUŻA DUŻA!

    OdpowiedzUsuń