piątek, 6 listopada 2015

S3 - Rozdział 9

Sydney, 24 grudnia 2012 roku


         Obudziłam się w momencie, kiedy coś ciężkiego przygniotło mi lewą część ciała. Warknęłam cicho pod nosem. Byłam pewna, że to Luke robi sobie jakieś poranne żarciki, nie dając mi pospać. Osoba obok zaczęła się wiercić, jakby próbowała się w coś wpasować.
- Weź spierdalaj – wysyczał Luke, a jego głos dobiegł z nieco dalszej pozycji, niż mi się wydawało, że jest.
         Dopiero wtedy otworzyłam oczy. Odwróciłam się, spoglądając w niebieskie tęczówki chłopaka. Przed twarzą miałam Hemmingsa. Ale tego starszego Hemmingsa, który z rozbawieniem wciskał się między nas.
- Moje kochane gołąbeczki – zaświergotał Ben, a potem parsknął śmiechem.
- Co… Co ty robisz? – wydusiłam z siebie, bo nie za bardzo ogarniałam tą całą sytuację.
- Przyszedłem się do was poprzytulać – odparł, a potem objął mnie i swojego brata, przyciągając do siebie.
- Jezu… Weź się wal – mruknął Luke.
- Mój kochany braciszek zrzęda – podsumował go Ben, mierzwiąc mu włosy na głowie. Nie mogłam dłużej wytrzymać i parsknęłam cichym śmiechem. – Widzisz, Malia nie ma nic przeciwko temu. Jesteśmy jedną wielką rodziną, Lukey!
- Pieprz się…
- Bo powiem mamie, jak brzydko mówisz! – powiedział poważnym tonem Ben, a potem roześmiał się. Zerknęłam na młodszego Hemmingsa. Luke przekręcił oczami. – A tak w ogóle to chciałem wam powiedzieć, że rodzice właśnie wyszli, by zobaczyć ten samochód. Zostawili nam na dole choinkę do ubrania.
- To idź na strych i przynieść bombki, a nam daj chwilę na drzemkę – rzucił Luke. Już chciał się odwrócić na drugi bok, ale Ben złapał go i znów przyciągnął do siebie. Chłopak warknął pod nosem z niezadowoleniem.
- Bombki i inne pierdoły już są przyszykowane. A teraz drużyno, wstajemy i idziemy ubierać tego drapaka!
           Kiedy to powiedział, wyskoczył z łóżka. Zrobił to tak szybko, że ja i Luke pacnęliśmy na poduszki w miejscu, w którym przed chwilą jeszcze leżał. Blondyn spojrzał na mnie, a ja zaśmiałam się. Po raz kolejny przekręcił oczami i usiadł na łóżku. Ja zrobiłam to samo. Spojrzałam na Bena, który przeciągnął się. Zrobiłam wielkie oczy i zachichotałam pod nosem, widząc jego uroczą piżamkę.
- Renifery? – zapytałam, wskazując na niego palcem.
- Świąteczny krzyk mody – podsumował Ben.- Najlepsza piżama na świecie – dodał, naciągając koszulkę, by duży renifer z czerwonym nosem i czapką Mikołaja był jeszcze lepiej widoczny. Do tego były krótkie spodenki w białe śnieżynki i mniejsze renifery. – Malia mogę mieć prośbę?
- Pewnie, o co chodzi?
- Zrobisz śniadanie?
- Jasne.
- A ty młody wstawaj – pociągnął Ben, wskazując na Luke'a, który miał taką minę, jakby chciał z powrotem wrócić do krainy snów. – Mamy trochę pracy gościu.
           Odgarnęłam kołdrę i wygramoliłam się z łóżka blondyna. Poprawiłam czarną koszulkę, którą pożyczyłam do spania od Luke'a, a także obciągnęłam krótkie dresowe szare spodnie – również należące do najmłodszego Hemmingsa. Złapałam za spinkę i niedbale spięłam włosy.
- Co chcecie na śniadanie?
- Tosty – rzucił Luke, przeciągając się na siedząco.
- Tosty pasują – powiedział Ben. Pokiwałam głową i jako pierwsza opuściłam pokój.

            Po śniadaniu poszłam wziąć szybki prysznic. Nie miałam tutaj swojej szczoteczki do zębów, ale Luke z szafki wygrzebał nieużywaną i szczelnie zapakowaną szczoteczkę, której mogłam użyć. Oprócz tego pożyczyłam od niego kolejną koszulkę, bo moja ucierpiała podczas gotowania. Zgarnęłam od niego także bokserki i skarpetki, by móc założyć czystą bieliznę. Przebrana i odświeżona zeszłam na dół, by przejrzeć zawartość pudeł, jakie pozostawiła dla nas Liz.
            W połowie tej pracy w salonie zmaterializował się Ben. Renifery zniknęły, a zastąpiły je ciemne dresy i czarna koszulka. Chłopak rzucił się na sofę, zerkając na mnie co chwilę. Spojrzałam na niego, a on obdarzył mnie promiennym uśmiechem.
- Co?
- Nic. Nie mogę sobie na ciebie od tak popatrzeć? – Uniosłam lekko brwi do góry, a potem zaśmiałam się. – Dobra, przyznam się, ale nic nie powiesz mojej matce.
- Co zrobiłeś?
- Zjadłem trochę tych jej ciastek, co są na Święta – powiedział, udając w końcówce głos Liz. – I mam zamiar zwalić to na twojego chłopaka, a mego młodszego brata, więc jakby co, ty nic nie wiesz. – Zacisnęłam usta, walcząc z chęcią wybuchnięcia śmiechem. 
           Gdy na dole pojawił się Luke, musiałam włożyć w to jeszcze więcej siły, by nie zacząć rechotać, jak nienormalna. W tym momencie żałowałam też, że sama nie mam rodzeństwa. A zawsze chciałam mieć starszą siostrę lub brata. By mieć obok siebie kogoś tak samo bliskiego, jak rodzice. I wiem, że rodzeństwo potrafi nieraz człowieka doprowadzić do szału, ale jest to nieodłącznym elementem jego posiadania. Mimo wszystko te złe rzeczy przysłania się tymi dobrymi, tworząc wspólne wspomnienia i warte do zapamiętania chwile.
- Rusz dupę Ben – odparł Luke, podchodząc do choinki. – Trzeba postawić choinkę i ją ubrać zanim wrócą rodzice.
          Starszy Hemmings przekręcił oczami, co w jego wykonaniu było naprawdę zabawne. Jednak posłusznie wstał, łapiąc za przyszykowany zielony stojak. Rozsiadłam się na kanapie, by móc to dobrze obejrzeć. Chłopaki zabrali się za ustawianie drzewka i wyglądało to, jak scena wyciągnięta wprost z komedii świątecznej. Sypały się liczne przekleństwa, gdy choinka nie chciała trzymać się w stojaku, a potem stać prosto. Bracia syczeli na siebie, niczym wściekłe psy, jak jeden drażnił drugiego.
- I jak? – zapytał Ben, po jakiś czterdziestu minutach pracy.
- Krzywo – odpowiedziałam, wpatrując się w przechyloną choinkę.
- Kurwa – syknął starszy. - W którą stronę?
- Bardziej na lewo.
- A teraz?
- Miało być w moje lewo, nie twoje – odparłam z kanapy, popijając kawę. – Tak jest dobrze.
- Przesuńmy to na wyznaczone miejsce – powiedział Luke, wskazując kąt pokoju.
- Jak to ruszymy, to znowu się przychyli.
- Nie przechyli.
- Mówię ci głąbie, że się przechyli. – Luke przekręcił oczami i sam przesunął drzewko na odpowiednie miejsce. – A nie mówiłem, że się przechyli.
- Przechyliło się?- zapytał Luke, spoglądając w moją stronę.
- Przechyliło się.
- Kurwa. W którą stronę?
- Teraz na prawo. W moje prawo, Luke. – Młodszy poprawił choinkę.
- Teraz?
- Teraz jest dobrze. Może powinniście bardziej ścisnąć ją w stojaku, bo podczas ubierania znów będzie się gibać na boki – powiedziałam, a chłopaki spojrzeli na siebie zrezygnowani. W końcu Ben wzruszył ramionami i zanurkował do stojaka.
- Dobra, to dziadostwo stoi w miarę stabilnie. Teraz ubierzmy je szybko i miejmy to z głowy – zarządził Luke.

            Ubieranie choinki poszło sprawniej, niż jej stawianie. Dołączyłam do chłopaków, którzy po rozłożeniu lampek, dreptali wokół drzewka, zaczepiając na jej gałęziach kolorowe bombki. Luke, jako że był najwyższy z nas, włożył długi złoty czubek na samym jej szczycie. Potem przyszła pora na łańcuchy. W końcu nasze małe dzieło było gotowe i prezentowało się naprawdę ładnie.
            Po ubraniu choinki ja i Luke poszliśmy do jego samochodu, by pojechać do mnie. Musiałam przed kolacją zabrać z domu prezenty, a także przebrać się, bo moja koszulka, a raczej koszulka blondyna, w którą byłam ubrana – z wielkimi ustami i wysuniętym jęzorem, czyli logiem The Roling Stones – nie za bardzo pasowała do tego spotkania. Byliśmy też umówieni z resztą naszej paczki, na szybkie wręczenie drobnych podarunków, na które się umówiliśmy.
            Po wejściu do mieszkania, od razu skierowałam się do szafy. Wyciągnęłam z niej ciemne leginsy i czerwoną sukienkę w czarną kratę. Luke usadowił się na kanapie, grzebiąc w swoim telefonie. Sądząc po dźwiękach, jakie wydawała jego komórka, musiał pisać z kimś sms-y. Wyjęłam z szafy również rzeczy dla niego. Miałam tu ich całkiem sporo tak, jakby Luke mieszkał na dwa domy.
- Którą chcesz? – zapytałam, wyciągając dwie koszule przed siebie. Hemmings oderwał wzrok od telefonu.
- Czarna.
- Znowu?
- Co jest złego w czarnej?
- Może wybrałbyś na tą kolację trochę koloru? – zaproponowałam mu z nadzieją, ze zgodzi się na niebieską, bo świetnie w niej wyglądał.
- Czarny to też kolor. – Przekręciłam oczami z rezygnacją. Luke zaśmiał się pod nosem. – Daj niebieską.
- Serio?
- Tak.
- Bosko.
- Bosko?
- Bosko w niej wyglądasz – powiedziałam z uśmiechem, chowając czarną koszulę do szafy. Położyłam wybrane rzeczy na krześle, aby je przeprasować.
- Nie masz tam przypadkiem mojej czarnej koszulki z Ramones?
- Jest w praniu.
- To dobrze, bo już myślałem, że gdzieś ją zapodziałem – odpowiedział zadowolony.
             Podeszłam do niego. Luke odłożył telefon na bok, a następnie złapał mnie za rękę, przyciągając do siebie. Usiadłam mu na kolanach, obejmując go ramieniem. Blondyn musnął lekko ustami moje usta. Przejechałam palcem po jego policzku, wywołując u niego kolejny uśmiech.
- To prawie tak wygląda, jak byśmy razem mieszkali – powiedział, wtulając się w moją klatkę piersiową.
- Prawie… Niestety prawie.
- Niestety?
- No – wydusiłam z siebie tonem małego dziecka.
- Chciałabyś żebym z tobą mieszkał?- zapytał, odrywając się ode mnie, by móc spojrzeć w moje ciemne oczy.
- Miałabym ciebie cały czas pod ręką – odpowiedziałam, przejeżdżając dłonią przez jego kark. – Przy tobie czuje się pewniej i bezpieczniej. – Luke uśmiechnął się po raz kolejny. - Więc tak, chciałabym być ze mną zamieszkał, ale nie zamierzam cię do niczego zmuszać.
- Żartujesz?
- Co?
- Zmuszać? Sam z chęcią bym z tobą zamieszkał.
- Naprawdę?
- Naprawdę – odpowiedział, obejmując mnie ciasno. Oparłam głowę na jego ramieniu. – To, co?
- Naprawdę chcesz to zrobić?
- Chcę. Bardzo chcę – powiedział, a ja podniosłam się, by znów na niego spojrzeć. Pocałował mnie delikatnie, a ja miałam wrażenie, że rozpłynę się od tej jego czułości, którą tak uwielbiałam.
- Musielibyśmy znaleźć większe mieszkanie. Tak, byśmy się w nim pomieścili. Najlepiej dwupokojowe. W tym jednym pokoju mógłbyś ćwiczyć swoje piosenki, a ja mogłabym się uczyć i żadne z nas nie przeszkadzałby temu drugiemu.
- To dobry plan. Więc po Świętach bierzemy się za szukanie naszego wspólnego pierwszego gniazdka.
- To brzmi bardzo dobrze – odparłam ze śmiechem.
- Bardzo dobrze – powiedział ciszej, ponownie łącząc nasze usta.

             W moim mieszkaniu zrobiło się głośniej, gdy wpadła do nas pozostała część naszej paczki. Od razu zrobiłam chłopakom kawy, dając im też do przekąszenia trochę słodkości, które miałam pod ręką – nieco świątecznego ciasta i ciastek. Dopiero, gdy napełnili swoje brzuchy łakociami i zapili to kofeiną, mogliśmy zabrać się za wręczanie sobie drobnych prezentów.
             Wyciągnęłam z szafy trzy duże, czerwone skarpety z Mikołajami. Nie chciałam pakować im prezentów w papier, bo o wiele lepiej w tym przypadku sprawdzało się takie opakowanie. Chłopaki wiedzieli, co ode mnie dostaną. Chciałam trafić w podarunki dla nich, więc wprost zapytałam się o to, co by chcieli. Stanęło na tym, że każdy otrzymał ode mnie po nowej płycie All Time Low, a do tego słodycze, które były upchane po same brzegi skarpet.
- A ja? – zapytał z wyrzutem Luke, kiedy podałam pozostałym wypchane skarpety.
- Ty dostaniesz później – skwitowałam, przeczesując dłonią jego włosy.
- Ale… Uh… Dlaczego?
- Bo twoją płytę zapakowałam już z innymi – wytłumaczyłam się, a on wysunął dolną wargę do przodu. – Może być na pocieszenie czekoladowy Mikołaj?
- Dawaj go. – Wstałam, podchodząc do szafki. Wyciągnęłam z niej dużego Mikołaja, a potem podałam go blondynowi. Hemmings od razu rozwinął sreberko i zatopił białe zęby w czekoladzie.
- Kupiłaś moje ulubione! – powiedział zadowolony Hood, wskazując na małe ciasteczka.
- Cieszę się, że trafiłam.
- Dobra, teraz ja – rzucił Michael, podając mi i Lukowi dwie identyczne czerwone torebki. Chłopaki dostali od niego po niebieskich. Wymieniliśmy spojrzenia, a potem całą czwórką zanurkowaliśmy do środka.
- Co ty? Obrabowałeś sklep z zabawkami? – zaśmiał się Irwin, wyciągając z środka szczelnie zapakowaną żółtą kaczuszkę. – Co to?
- Kaczka do kąpieli…
- Z dodatkiem – rzucił Calum, odwracając swoje pudełko do góry. Niewinna żółta kaczuszka miała pod spodem doczepionego męskiego członka.  
            Ja i Luke spojrzeliśmy na siebie, a potem wyjęliśmy swoje zabawki. W tym wypadku były grzeczniejsze, niż te chłopaków. Oboje w rękach ściskaliśmy pluszowe pingwiny. Ja miałam dziewczynkę z wyraźnymi czerwonymi ustami, niebieską spódniczką i długimi rzęsami, a Luke wersję męską ze spodniami i krawatem.
- Nieźle – powiedziałam, przyglądając się pluszakowi.
- Wasze pingwinowe wersje – skwitował zadowolony Michael. – I nie patrzcie się tak na mnie, bo zawsze byłem kiepski w wymyślaniu prezentów. Dosypałem wam też słodyczy.
- Mi się podoba – odparł Luke, a potem wyrwał mi mojego misia z ręki.
- Ej!
- To para, więc muszą być razem – powiedział z pewnością w głosie. Wiedziałam jednak, że za słowami muszą być razem, kryje się tekst przejmuje go, bo zbieram pingwiny wszelakie. Zaśmiałam się pod nosem, kręcąc jednocześnie głową. Odpuściłam mu.
- Teraz ja – rzucił Calum, wciskając nam w ręce maleńkie identyczne pudełeczka i większe papierowe torby ze słodyczami. Otworzyliśmy je jednocześnie, wyciągając w tym samym momencie zapakowane silikonowe opaski z Batmana.
- Ej, to jest fajne – powiedział Ashton, oglądając swoje ozdoby. – Skąd to masz?
- Wyczaiłem to na aukcji w internecie. Sprzedają je przeważnie pojedynczo, ale to były takie wersje limitowane, wszystkie na raz. No i są oryginalne – poinformował nas zadowolony Calum.
- A ty co masz dla nas? – odezwał się Michael, pukając perkusistę w kolano. 
              Irwin wyszczerzył się do niego. Sięgnął za swoje plecy, a potem rozdał na torebki. Każda była w innym kolorze. Dostałam różową z bałwankiem. Od razu zanurkowałam do środka. Wyciągnęłam z niej koszulkę i pisnęłam.
- Podoba się? Wiem, że to twój ulubiony zespół – odparł, dalej uśmiechając się szeroko.
- Jeszcze nie mam żadnej na ramiączkach – powiedziałam, przyglądając się czarnej bluzce z logo Rammsteina i wizerunkami członków zespołu. Spojrzałam na chłopaków. Wszyscy trzymali identyczne czarne koszulki. W ich przypadku był to zespół The Offspring.
- Trafiłem?
- Trafiłeś – podsumował Calum z uśmiechem.
- To, co? – zaczęłam, przypatrując się zebranym. – Skoro prezenty rozdane, zostało mi tylko jedno…
- Wykopanie nas z chaty? – zapytał ze śmiechem Michael. Roześmiałam się, szybko kręcąc głową. – To, co?
- Wesołych Świąt! – zawołałam, zgarniając całą ich czwórkę w ramiona.

              Szykowałam się na Wigilię w domu Luke'a. Blondyn już był gotowy do wyjścia, a ja jeszcze robiłam ostatnie poprawki. Nie powiem, ale byłam nieco zestresowana. Oprócz jego rodziców i braci na kolacji mieli pojawić się także jego dziadkowie. Chciałam zrobić dobre wrażenie, by nie pomyśleli, że ich najmłodszy wnuk umawia się z nieodpowiednią dla niego osobą. Dodatkowo stresował mnie fakt, że była to pierwsza Wigilia z dala od Londynu, w zupełnie nowym klimacie i innym towarzystwie.
             Spojrzałam na blondyna i przekręciłam oczami. Luke dla zbicia czasu bawił się nowymi maskotkami, wymyślając coraz to inne scenki z ich udziałem. A każda z nich była mocniejsza od poprzedniej. Aż naszła mnie chęć zadzwonienia do Clifforda i podziękowania mu za to, że przez te jego pingwiny mój facet cofa się w rozwoju. Oczywiście tego nie zrobiłam, bo później Mikey miałby kolejny pretekst do tego, by wkurzać Hemmingsa.
- Gotowa? – zapytał Luke, gdy weszłam z powrotem do salonu. Kiwnęłam mu głową, naciągając na nogi wysokie czarne szpilki. Blondyn był wysoki, więc śmiało mogłam stawiać na takie obuwie, nie obawiając się tego, że będę od niego wyższa.
             Luke zeskoczył z krzesła. Odłożył pluszowe pingwiny na moją kanapę, a następnie podszedł do mnie. Naciągnął na siebie czarną kurtkę z cienkiej skóry. Wyprostował się, a gdy i ja to zrobiłam, złapał za moją twarz i delikatnie pocałował.
- Pięknie wyglądasz – wyszeptał, gdy jego usta znalazły się kilka milimetrów od moich.
- Ty też przystojniaku.
- Bo postawiłem na niebieską koszulę?
- To też – powiedziałam, a potem lekko odepchnęłam go od siebie. – Chodźmy. Obiecałam Liz, że pomogę jej powystawiać wszystko na stół.
- Nie znajdziemy chwili na małe przytulanie? – wyjęczał mi do ucha, a był przy tym naprawdę uroczy.
- Może później…
- Może – prychnął pod nosem. Po chwili jednak uśmiechnął się do mnie i znów szybko musnął ustami moje wargi.
- Poczekaj – rzuciłam, łapiąc go za twarz.- Ubrudziłam cię pomadką. – Wtarłam palcami jego ciepłe wargi, a on uśmiechnął się po raz kolejny. – Okej. Jest w porządku.
- Idziemy?
- Idziemy.

             Zbliżała się godzina zero. Krzątałam się z Liz przy stole, wprowadzając ostatnie poprawki. Panowie rozsiedli się na kanapie, pochłonięci rozmową na temat sportu. Kiedy poprawiałam stroik, ułożony przez mamę Luke'a, usłyszałam pukanie do drzwi. Ben zerwał się z miejsca, by je otworzyć. Nie mogąc powstrzymać ciekawości, wychyliłam się, by zobaczyć wchodzących.
            W środku pojawili się rodzice Liz. Domyśliłam się, że muszą to być oni, bo blondynka była bardzo podobna do swojej matki. Zaraz po nich weszła druga para dziadków chłopaków. Rodzice Andrewa. Przywitali się ze swoimi wnukami, ściskając ich mocno. A potem przyszła pora na ich własne dzieci. W tym momencie Luke odwrócił się w moją stronę i uśmiechnął się szeroko. Szybko podszedł do mnie i złapał za rękę. Nim zdążyłam się zorientować, zostałam wciągnięta w ten niewielki tłum, który zgromadził się przy drzwiach wejściowych.
- Moja dziewczyna Malia – przedstawił mnie blondyn. Założyłam na usta swój najlepszy uśmiech, a oni odpowiedzieli tym samym.
- Miło cię w końcu poznać. Liz dużo mi o tobie odpowiadała – powiedziała matka blondynki.
- Witaj skarbie – odezwała się druga babcia, cmokając mnie na przywitanie w policzek. Na samym końcu poznałam obu dziadków.
- Nie stójmy tak, chodźcie od stołu – zarządziła Liz. Jednak nim zdążyliśmy się w ogóle odsunąć od drzwi, te otworzyły się po raz kolejny i do środka wpadli Jack i Celeste.
- Przepraszamy za spóźnienie- zawołał na stępie kolejny Hemmings. - Za późno wyszliśmy! – Ja i Celeste uśmiechnęłyśmy się do siebie. Dobrze, że nie byłam jedyną osobą spoza rodziny. W tym wypadku miałam kompana, w postaci dziewczyny Jacka, którą naprawdę lubiłam.

              Babcie i dziadkowie Hemmingsa okazali się być naprawdę sympatyczni. Dobrze czułam się w ich towarzystwie. Atmosfera była luźna i nie napięta, co mi naprawdę odpowiadało. Rozmowy i śmiechy nie cichły. Teraz w końcu wiedziałam, po kim Ben odziedziczył swój żartobliwy charakterek. Miał to ewidentnie po swoim dziadku od strony ojca, który nawet zachowaniem przypominał swojego wnuka. A raczej to wnuk przypominał jego.
            W końcu nastał moment na dorwanie się do prezentów, które leżały pod choinką. Choć entuzjazm ten był nieco stłamszony przez to, że każdy z nas był objedzony po brzegi i nikomu nie chciało się ruszyć ze swojego miejsca. Ben jednak ubrał czerwoną czapkę Mikołaja i powiedział, że może robić za naszego elfa. Po kolei rozdawał podarunki, co jakiś czas wymyślając coraz to lepsze rymowanki o świętach. Ten człowiek najnormalniej w świecie rozkładał mnie na łopatki.
- Luke – powiedziałam ciszej, gdy blondyn wpatrywał się w kolorowe opakowania przed sobą. Podniósł głowę. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się. – Coś się stało?
- Nie, nic. Pomyślałem tylko… - Pokiwałam głową. Odwrócił się bardziej w moją stronę. Złapał za moją rękę. – Może otworzymy prezenty od nas u ciebie?
- Chcesz iść do mnie na noc? – zapytałam z uśmiechem.
- Mogę?
- Musisz – odpowiedziałam, gdy zaczął kreślić palcem małe kółka na mojej dłoni.
- I nie to, że się wstydzę mojego – powiedział, a ja zaśmiałam się.
- Nawet o tym nie pomyślałam.
- Chcę, by ta chwila była tylko nasza. Takie pierwsze wspólne odpakowywanie prezentów w Wigilijną noc. Może być?
- Pasuje. Jak najbardziej pasuje.
- Jeszcze jedno.
- Tak? – Spojrzał w moje ciemne oczy, a ja przez chwilę mogłam zatopić się w jego błękitnych tęczówkach.
- Dobrze ci tu z nami?- zapytał niemalże szeptem. – Chciałem byś… Wiesz… Nie czuła się źle i…
- Pingwinku – zaczęłam cicho, przejeżdżając delikatnie palcami po jego policzku. – Czuję się tu z wami naprawdę wspaniale. Masz cudowną rodzinę, której nie ukrywam, ale ci zazdroszczę. Cieszę się, że mogę tu być. Ja nie mam nikogo, ale…
- Masz mnie- przerwał mi, a jego dłoń mocniej zacisnęła się wokół mojej. – Masz chłopaków i Sharon. Masz moich rodziców, którzy cię uwielbiają. Nie jesteś już sama. I nigdy nie będziesz, jasne? Nigdy już nie będziesz sama. – Zacisnęłam lekko usta, a potem szybko odwróciłam się, by nie widział, jak ocieram pojedynczą łzę, która wypłynęła z moich oczu. Napotkałam spojrzenie Liz, która uśmiechnęła się do mnie ciepło. Odpowiedziałam jej tym samym, by zaraz znów przenieść wzrok na jej syna. – Malia?
- W porządku…
- Nie chciałem zrobić ci przykrości i…
- Luke – przerwałam mu, a on kiwnął głową, zagryzając jednocześnie wargę. – Nie zrobiłeś mi żadnej przykrości. Po prostu się wzruszyłam. – Blondyn odetchnął z ulgą, a potem uśmiechnął się do mnie szeroko. Po chwili tonęłam w jego objęciach.

            Ściągnęłam buty, a potem rzuciłam się na kanapę. Byłam najedzona i zmęczona, ale zadowolona z całego tego dnia, który był naprawdę wspaniały. Dawno nie czułam tak mocno Świąt. Mimo tego, że nadal brakowało mi mrozu i śniegu, to jednak jakoś się tu odnalazłam i poczułam tą atmosferę.
            Luke usiadł obok, kładąc między nami prezenty, które przynieśliśmy ze sobą. Podniosłam się, spoglądając na kolorowe pakunki. Większość była rozpakowana, bo tylko te, które chcieliśmy sobie wręczyć, miały zostać odpakowane tutaj. Przejrzałam pierwsze torby, odnajdując w nich czary sweter, który dostałam od państwa Hemmings, a także komplet bransoletek, które powędrowały w moje ręce od drugich dziadków blondyna. Liz i Andrew wręczyli mi najnowszą powieść Kinga i Cobena.
- To jak?
- Zaciekawiony? – zapytałam, unosząc jedną brew do góry.
- Zniecierpliwiony – poprawił mnie, uśmiechając się szeroko.
- Razem?
- Nie, ja pierwszy – powiedział, sięgając do siatek.
            Wyciągnął w moją stronę kwadratowe średnie pudło, obwiązane zielonym papierem w choinki. Zauważyłam, gdzie nie gdzie krzywo przypięty i posklejany papier, co tylko upewniło mnie w tym, że Luke sam to pakował. Spojrzałam na niego. Uśmiechał się do mnie, czekając, aż zacznę to otwierać. Powoli ściągnęłam czerwoną wstążkę. Rozerwałam papier. Blondyn drgnął.
- Co ty taki nerwowy?
- Nie wiem, czy ci się spodoba – wydusił z siebie, zagryzając lekko wargę.
- Ty mi się podobasz i jesteś najlepszym prezentem, jaki mogłam dostać – odpowiedziałam, przejeżdżając palcem przez jego nos. Luke niewiele myśląc, objął mnie, złączając nasze usta na dłużej. Kiedy się odsunął, otworzyłam pakunek.
- Postawiłem na kilka rzeczy…
            Wyciągnęłam z pudła czerwoną koszulę nocną w Mikołaja. Zaśmiałam się, przyglądając się jej dokładnie. Miała krótki rękawek i mogła sięgać mi ledwo za pośladki. Wykończona była białymi wstawkami.
- Podoba mi się.
- Na to akurat namówiła mnie mama, gdy byliśmy razem na zakupach. Ale to jest dodatkowy prezent.
- Dodatkowy? – Pokiwał głową. Sięgnęłam ponownie do kartonu. Wyjęłam z niego dwa zapakowane kubki, które były identyczne. Przedstawiały pingwiny trzymające się za ręce. – To jest świetne! – Luke rozpromienił się. – Będziesz miał swój prywatny kubek u mnie.
- A potem w naszym wspólnym mieszkaniu.
- Dokładnie. – Cmoknęłam go w usta.
- Grzeb dalej.
- Co?
- To są dodatki. Właściwy jest pod spodem.
              Uniosłam brwi do góry i znów włożyłam rękę do kartonu. Przesunęłam słodycze, które i tak pewnie w większość pochłonie Luke i reszta chłopaków. Nagle moje palce natrafiły na śliskie pudełko. Złapałam i wyciągnęłam je. Było czarne, kwadratowe. Zerknęłam na chłopaka, który nie spuszczał ze mnie swoich błękitnych oczu. Powoli otworzyłam je, a potem uśmiechnęłam się.
- I jak?
- To przerażające – powiedziałam, ze śmiechem.
- Co?
- Nie prezent, ale… Zobaczysz później. 
             Przejechałam palcem po drobnym srebrnym łańcuszku. Zawieszka miała kształt dwóch małych złączonych ze sobą gwiazdek. Jedna była gładka, a druga na brzegach miała małe czerwone cyrkonie. Nie była to mocna i wyraźna ozdoba. Luke jednak wiedział, że preferuje srebro i delikatniejszą biżuterię, więc to był strzał w dziesiątkę.
- Jest śliczny.
- Podoba ci się?
- Bardzo – odparłam, odrywając wzrok od swojego prezentu, by móc na niego spojrzeć.
- Co więc było takie przerażające?
- Zaraz się dowiesz. 
             Zamknęłam pudełko, odkładając prezenty na bok. Złapałam za czerwony pakunek, który był dla niego. Uśmiechnęłam się, podając mu go. Luke długo nie czekał, tylko niemalże od razu rozerwał ozdobny papier.
- Jest płyta – powiedział z uśmiechem, patrząc na krążek All Time Low.
- Też ją chciałeś, więc masz. – Po chwil Hemmings parsknął śmiechem wyciągając komplet świątecznych czerwonych bokserek. Na jednych były renifery, na drugich Mikołaj. – Myślę, że w tym kolorze będzie ci dobrze.
- Tak myślisz? – zapytał, unosząc jedną brew do góry.
- Tak myślę – odpowiedziałam. Luke znów się zaśmiał, a potem zanurkował do pudełka po raz kolejny. Wyciągnął z niego podłużne granatowe opakowanie. – Teraz zobaczysz, co miałam na myśli mówiąc, że to przerażające. - Blondyn otworzył pudełko i zaśmiał się widząc srebrny łańcuszek. Jednak w jego przypadku była to męska wersja łańcuszka, a zamiast gwiazdek czy serduszek, jako zawieszki, miał niewielką gitarę elektryczną.
- To faktycznie przerażające – powiedział ze śmiechem. – To samo było rok temu.
- Dokładnie. Też pomyślałam o tych breloczkach, gdy tylko zobaczyłam mój prezent.
- Jesteśmy do bólu przewidywalni.
- Mi to nie przeszkadza – odparłam z uśmiechem.
- I tak mój ładniejszy – rzucił Luke, wzruszając ramionami.
- Co? W życiu! To mój jest ładniejszy!
- Moja gitara jest ładniejsza…
- Nie znasz się, to gwiazdki rządzą – przerwałam mu szybko. Spojrzeliśmy na siebie, a potem oboje wybuchliśmy cichym śmiechem. 


***
Była choinka, była rodzinka i były prezenty - czas na świąteczne leniuchowanie :D 
Mam nadzieję, że rozdział przypadł wam do gustu :)

Kolejny pojawi się tradycyjnie w następny piątek!

Pozdrawiam!

2 komentarze:

  1. Wigilia <3 Uwielbiam Święta!
    Rozdział genialny, jak zwykle, bo napisany przez ciebie. Uwielbiam Ben'a.
    Luke i Malia jak zwykle słodcy, uwielbiam ich, każde z osobna, ale razem są... niesamowici. I będą razem mieszkać! Wreszcie. Nie mogę się już tego doczekać.
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Ben - wygrałeś ten rozdział :D Chociaż nie do końca, bo prezent Michaela też się wysuwa na prowadzenie - Mikey nie ściemniaj, że nie jesteś w tym dobry!!! Rozwaliło mnie to. Matko... Luke kurna przestań być taki uroczy. Wzruszyłam się razem z nią, gdy rozmawiali przy wigilijnym stole. Kocham ich razem!
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń