piątek, 25 grudnia 2015

S3 - Rozdział 16

Sydney, 2 lutego 2013


          Było po jedenastej, a ja odbębniałam właśnie drugi wykład na uczelni. Nie mogłam doczekać się zakończenia zajęć. Analityka rynku nie była moim ulubionym przedmiotem. Może byłoby inaczej, gdyby nie prowadzący zajęcia. Podstarzały profesor, który był niemalże bielutki, jak święty Mikołaj- miał nawet tak samo bujną brodę i wąsy, jak ulubieniec dzieciaków – wykładał go tak, że naprawdę trzeba było mocno się postarać, by przecierpieć te półtorej godziny. Monotonia i senność bijąca z jego lekko zachrypniętego głosu, udzielała się nam studentom, więc nic dziwnego, że połowa auli przysypiała, a druga zajmowała się czymś zupełnie innym, co nie było związane z przedmiotem.
          Prawie leżałam z nosem na ławce, błagając los o to, by czas przyspieszył. On, jak na złość cholernie się dłużył, a ja byłam pewna, że nie dotrzymam do końca i najnormalniej w świecie zasnę, obśliniając sobie notatnik. Siedząca obok mnie Maddie, była ledwo przytomna. Walczyła ze snem, który powodował ciągłe opadanie jej głowy w przód, przez co wyglądała, jak by co chwilę z kim się witała.
- Na dzisiaj skończymy – powiedział profesor, a ja rozejrzałam się po sali. Wszyscy drgnęli, jakby te słowa tchnęły w nas więcej życia. – Temat dokończymy za tydzień. Jesteście wolni.
- Och, kurwa nareszcie – wymamrotała Maddie, ocierając policzek rękawem bluzki. – Byłam pewna, że zdechnę.
- Ja tak samo – odparłam, pospiesznie wrzucając swoje rzeczy do torby.
- Idziecie laski? – zapytała Alex, która stałą już na schodkach, prowadzących do drzwi. Nie powiem, ale tempo to miała zabójcze. Złapałam za otwartą torbę i narzuciłam ją na ramię. Przeszłam wzdłuż pozostałych ławek, aby wydostać się z rzędu. Za mną podążała Maddie.
          Poszliśmy za niewielkim tłumem pozostałej naszej grupy, a potem wyszliśmy z auli, ówcześnie żegnając się z wykładowcą Mikołajem. Zapięłam zamek od torby, kiedy w trójkę ruszyłyśmy w stronę kolejnych schodów, aby dostać się na parter. Naszym celem był studencki bar, w którym to planowałyśmy zjeść lunch. Zdążyłam dosunąć suwak do końca i zbliżyć się do stopni, gdy rozległ się dźwięk znajomego mi dzwonka. Bosko, nie wyłączyłam telefonu.
- O rany, uwielbiam tą piosenkę! – pisnęła Alex, podskakując lekko. – To Beside You, prawda?
- Dokładnie – rzuciłam, nurkując w innej kieszonce torby, by wydobyć z niej drące się urządzenie.
- Nie wiedziałam, że też lubisz 5 Seconds of Summer – powiedziała Maddie.
- A ty ich lubisz? – wydusiłam z siebie, patrząc na dziewczynę.
- Ja i Alex ich uwielbiamy i to przez duże U – skwitowała.
- Dołączam do grona fanów – odparłam szybko, spoglądając na wyświetlasz. – Przepraszam. – Dziewczyny kiwnęły mi głowami. Przesunęłam palcem po ekranie, a Beside You ucichło. – Co jest Pingwinku?
- Wpadnij do mnie po zajęciach. To rozkaz konieczny.
- Co się stało?
- Nie mam pojęcia, ale moi rodzice chcą o czymś z nami poważnie porozmawiać.
- Co zrobiłeś?
- Dlaczego, to ja niby coś zrobiłem? – jęknął z niedowierzaniem.
- To może inaczej – pociągnęłam, zachodząc w głowę, o co może chodzić państwu Hemmings. – Czy myślisz, że mogłeś coś zrobić?
- Malia, no! Czemu to ja mam być tym złym?
- Ja jestem grzeczną dziewczynką…
- Oczywiście – powiedział, przeciągając sylaby.
- Wątpisz w to?
- Nagramy seks taśmę, a potem ci ją puszczę, jako dowód, że się mylisz co do siebie.
- To tylko jeden niewielki aspekt, gdy to moje dobro odrobinę się zmienia.
- Ale jednak – rzucił, zadowolony z siebie. Przekręciłam oczami. – Co nie zmienia faktu, że masz przyjść. To wymóg.
- Jasne, będę.
- To do zobaczenia, słoneczko.
- Do zobaczenia, Pingwinku – odpowiedziałam szybko i rozłączyłam się. Czyżby szykowała się, jakaś poważna pogadanka z jego rodzicami? Czy jest możliwe, że któreś z nas zrobiło coś nie tak? A może dzieje się coś niedobrego u nich? Moje palce mocniej zacisnęły się na telefonie, a ja poczułam, jak powoli zaczęłam się na poważnie denerwować.

           Im byłam bliżej ich miejsca zamieszkania, tym moje zdenerwowanie rosło. Miałam dość bujną wyobraźnię, więc nie trudno przyszło mi wymyślanie coraz to gorszych scenariuszy. Apogeum stresowe wybuchło, kiedy znalazłam się u nich w domu. Wokół mnie panowała cisza. Przeszłam do kuchni, ale tam panowała pustka. Bez zastanowienia się, ruszyłam w stronę schodów.
          Weszłam szybko na górę, od razu kierując się do królestwa Luke'a. Nawet nie pukałam, tylko od razu złapałam za klamkę i wparowałam mu do pokoju. Chłopak raptownie podskoczył na łóżku, wlepiając we mnie swoje błękitne oczy.
- Musisz mnie straszyć? – wydusił, lekko zaciskając usta.
- Wiesz, o co może chodzić? – zapytałam, podchodząc do niego. Odrzuciłam torbę na krzesło stojące przy biurku. Usiadłam na łóżku, a Luke pocałował mnie przelotnie na przywitanie.
- Nie mam pojęcia.
- Gdzie oni są?
- Gdzieś wyszli.
- Gdzie?
- Gdybym wiedział, to bym ci powiedział – odparł, odstawiając komputer na bok. – Mówili, że mamy zostać w domu i się z niego pod żadnym pozorem nie ruszać.
- Myślisz, że stało się coś złego? – zapytałam, wpatrując się w niego. Blondyn zagryzł wargę.
- Nie mam pojęcia.
- Myślisz, że to chodzi o nas czy o kogoś innego?
- Naprawdę nie wiem.
- A co wiesz?
- Wiem, że to chyba musi być coś ważnego, bo rodzice byli poważni – odpowiedział, a ja prawie jęknęłam pod nosem.
- Na pewno coś się stało. Matko, Luke… A jak faktycznie dzieje się coś złego? Może wiesz… Może będziemy mogli jakoś im pomóc i…
- Malia – zaczął Hemmings, ujmując moją twarz w dłonie. Kiwnęłam mu głową. – Nie nakręcaj się. Wyluzuj. Zaczniemy się denerwować, jak dowiemy się, o co chodzi. Może się okazać, że robisz aferę o nic, bo tak naprawdę nic się nie dzieje. Mało masz stresów? Uspokój się, kochanie – pociągnął z uśmiechem.
- Nie mów, że ty się nie stresujesz.
- Stresuję, ale jestem opanowany, by nie podkręcać atmosfery.
- Dyplomatycznie – skwitowałam, a on cmoknął mnie w nos. – Wyluzuj, okej? – Jego palce pogładziły mnie po policzkach, a ja poczułam przyjemne ciepło, jakie dawały mi jego dłonie. – Chociaż to cholernie słodkie, jak się martwisz o moich rodziców. Ale zachowaj spokój.
- Okej, zachowam spokój
- Luke! – Usłyszałam z dołu głos Liz. Poderwałam się z miejsca, odpychając od siebie chłopaka.
- Boże, Luke… Czuję, że to coś złego – wymamrotałam, lekko skubiąc dolną wargę. – Zawsze dzieje się coś złego i…
- Hej, spokojnie. – Jego dłonie momentalnie oplotły mnie w pasie. – Bez nerwów.
- Ale tak jest zawsze – jęknęłam. 
          Niepokój, który mnie opanował naprawdę przejmował nade mną kontrolę, a ja nie potrafiłam go zwalczyć. Wiedziałam, że pod jakimś względem byłam przewrażliwiona, ale uwielbiałam Liz i Andrewa i ostatnią rzeczą, jaką bym chciała było to, by coś złego u nich się działo.
- Luke! – Ponowny krzyk Liz sprowadził nas na ziemię.
- Chodźmy, bo padniesz na zawał – skwitował, biorąc mnie za rękę.
           Zdążyłam złapać za torbę, gdy blondyn niemalże wyciągnął mnie siłą z pokoju. Czułam, jak trzęsą mi się dłonie, a nogi zmieniają się w galaretę. Cholernie się martwiłam i to było silniejsze ode mnie. Zabierało mi racjonalne myślenie. Serce załomotało jeszcze bardziej, kiedy znaleźliśmy się na dole.
            Rodzice Luke'a siedzieli przy kuchennym stole. Mieli pochylone głowy, więc nie dostrzegałam z początku ich twarzy. Wyglądało, jakby coś do siebie szeptali, a ja tylko błagałam w myślach, by nie ujrzeć w oczach Liz łez. Mój mózg znów przywrócił czarne scenariusze, choć obecność Luke'a jakoś mnie odrobinę uspokajała. Jednak nie na tyle, by wrócić do normalnego stanu.
- Jesteście – rzuciła z uśmiechem Liz. Dobra, nie tego się spodziewałam. Palce chłopaka mocniej zacisnęły się wokół moich, jakby dawał mi znać, że moje zamartwianie się było niepotrzebne.
- O czym chcieliście z nami porozmawiać? – zaczął, podchodząc do wolnych krzeseł. Zdążył odsunąć jedno, ale jego rodzice wstali ze swoich miejsc. – Co jest?
- Mamy dla was niespodziankę – rzucił Andrew, zerkając na swoją żonę. Liz szybko pokiwała głową i uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Teraz w ogóle opanował mnie spokój, o nich. Nic poważnego się nie działo. Mogłam odetchnąć.
- Niespodziankę? – odpadł Luke, patrząc na każdego z nich po kolei.
- Nie mogę się doczekać, aby ją wam pokazać- rzuciła Liz i klasnęła w ręce.
- To pokazujcie – pociągnął blondyn.
- O, to nie takie proste – skwitował jego ojciec. Anderw odwrócił się i sięgnął coś z blatu. Dopiero, jak się odwrócił, dostrzegłam w jego dłoni dwie chusty. – Musicie najpierw to założyć.
- Serio?- wymsknęło mi się, co wywołało u nich cichy śmiech.
- Serio, kochanie – powiedziała Liz, biorąc jedną z chust. – Zróbmy to szybko, bo mnie rozniesie – dodała, podchodząc do mnie. – Odwracaj się.
           Posłusznie stanęłam do niej tyłem. Poczułam jej delikatne ręce na swojej skórze, kiedy założyła na moje oczy granatową chustkę. Przyklepała mi włosy, aby nie wciągnąć ich przez przypadek do podwójnego supła, jaki zrobiła.
- Dowiemy się chociaż, gdzie idziemy? – zapytałam, wystawiając ręce przed siebie.
- Nie, bo to nie byłaby wtedy niespodzianka – odpowiedziała Liz, biorąc mnie pod rękę. Wokół mnie panowała zupełna ciemność i teraz byłam zupełnie zależna od mamy Luke'a. - Gotowi?
- Bardziej nie będę – skomentował blondyn. Jego głos dochodził gdzieś z boku, więc byłam pewna, że jest nadal dość blisko mnie.
- To w drogę – zarządziła kobieta, a potem powoli pociągnęła mnie w jakąś stronę.
           Bardzo dobrze znałam układ domu Hemmingsów, więc wiedziałam, dokąd idziemy. A Liz prowadziła mnie w stronę drzwi frontowych. Nadal jedną rękę miałam wyciągniętą lekko przed siebie, aby w nic nie wejść, ale blondynka była naprawdę dobrym przewodnikiem.
           Wyszliśmy na zewnątrz, a ja poczułam delikatny wiaterek i ciepłe promienie słońca na twarzy. Usłyszałam za plecami, jak Andrew zamyka dom. Odczekaliśmy razem ten moment, a potem ruszyliśmy dalej. Otworzyły się kolejne drzwi – tym razem od samochodu. Ja i Luke zostaliśmy usadzeni na tylnym siedzeniu.
           Nie miałam pojęcia, ile dokładnie trwa nasza podróż. Byłam pewna, że jedziemy naprawdę długo. W końcu Luke zapytał się o czas, a ja dowiedziałam się, że minęło pół godziny. Dokąd nas wywożą? Potem najmłodszy zaczął się niecierpliwić, mówiąc, że zdrętwiał i że chciałby już wysiąść, ale Liz syknęła, że ma być dorosły i przestać jęczeć. Odkąd wsiedliśmy do auta, prowadziliśmy ze sobą normalną rozmowę, choć nasza dwójka za wszelką cenę chciała dowiedzieć się czegoś na temat tej niespodzianki. Jednak jego rodzice byli nie ugięci i ani razu nie puścili pary z ust.
           W końcu samochód zatrzymał się po raz kolejny. Po zgaszeniu silnika, wiedziałam, że nie są to kolejne światła. Liz oznajmiła nam, że wychodzimy. Nie pozwolono nam jednak ściągnąć chust. Musiałam, więc odczekać, aż Liz znów zrobi za moje oczy. Po krótkiej chwili poczułam jej dłoń na swojej. Wysiadłam z samochodu, przy jej asekuracji. Słyszałam głośniejsze , a potem śmiech Andrewa. Najwidoczniej Luke musiał się uderzyć w głowę, podczas wychodzenia z auta.
- Jeszcze chwilę – powiedziała Liz, a brzmiała już na naprawdę mocno podekscytowaną. – Kawałek… Dosłownie kawałek… Okej. Stańcie tak. – Ustawiła nas, a ja poczułam, jak Luke ociera się ramieniem o moje ramię. – Dobra, uwaga… Gotowi?
- Mamo, pokaż to już – odpowiedział blondyn.
- Już, już…
          Dłonie Liz znów zaczęły majstrować przy chuście. Przetrzymałam ją palcami, aby nie spadła na ziemię. Po chwili zsunęła się z moich oczu. Zamrugałam, rozglądając się dookoła. Musiałam chwilę odczekać, aby mój wzrok na nowo przyzwyczaił się do jasności. Gdy obraz się wyostrzył, dostrzegłam znane sobie otoczenie.
- Przecież to nasza ulica – wydusił z siebie Luke, nie rozumiejąc, o co w tym wszystkim chodzi. W sumie, jak też nic z tego nie rozumiałam.
- Odwróćcie się bardziej na lewo – poinstruowała nas Liz z szerokim uśmiechem.
           Zrobiliśmy to od razu. Przed moimi oczami miałam dom. Nie duży, ale też nie mały. Dom, który zawsze mijałam idąc do Luke'a. Dom, który kiedyś należał do ich sąsiadki. Kobieta jednak wyprowadziła się z niego z jakieś pół roku temu. Z tego, co słyszałam wyjechała do innego miasta, gdzie mieszkała jej córka.
           Był biały, jak większość domów w tej spokojnej okolicy. Do drzwi prowadziła jasna kostka brukowa. Nie miał garażu, za to dysponował większym podjazdem, na którym zmieściłyby się ze trzy samochody. Dwupiętrowy budynek, miał ciemny nieco skośny dach i równe prostokątne okna. Trawnik, zarówno ten z przodu, jak i na tyłach ogrodu, był zarośnięty. Biały płot oddzielał tą posesję od innych, ale tylko od jej tylnej części.
- Łał, dom pani Smith. Też mi nowość – powiedział Luke, zerkając na rodziców. – Chyba, że w środku trzymacie dla nas stado pingwinów na własność?
- Serio, synu? – odparł Andrew, unosząc jedną brew do góry.
- No, co? Taka hodowla mogłaby być całkiem dochodowa. Takie mini zoo i w ogó…
- Luke, kochanie – przerwała mu Liz. – Ucisz się.
- Woziliście nas przez ponad pół godziny, by pokazać nam dom pani Smith? – ciągnął dalej Luke, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
- Wiem, to było cholernie zabawne – powiedział Andrew, chichocząc. Jego syn prychnął pod nosem. Pewnie poczuł się, w jakiś sposób wkręcony. Zresztą, nie tylko on.
- Dobra, bo będziemy tak tu stać do wieczora – odezwała się ponownie Liz. – Ale tak… Chodzi o dom Sue.
- Co z nim? – zapytałam, z nieukrywaną ciekawością.
- Ja i Sue byłyśmy dobrymi koleżankami po sąsiedzku – zaczęła Liz, a na jej twarzy dalej gościł uśmiech. – Wyprowadziła się do córki. Z początku nie chciała sprzedawać domu, bo była pewna, że jeszcze wróci do Sydney. Teraz jednak jej plany uległy zmianie i Sue chce się za wszelką cenę pozbyć nieruchomości. Pogadałam z nią na ten temat, a ona zaoferowała naprawdę dobre warunki…
- Mamo, ale wy macie dom – wszedł jej w słowo Luke.
- My tak, ale wy jesteście na etapie szukania swojego miejsca. Ben i Jack, jak się wyprowadzali, dostali od nas mieszkania. W sumie cena domu jest tylko odrobinę większa, niż kupno mieszkania. Sue naprawdę pilnie chcę się go pozbyć. Jak tylko rzuciła tematem sprzedaży, podchwyciłam go i wypytałam o szczegóły. Gdy się dowiedziała, że dom miałby trafić do ciebie, zgodziła się na bardzo dogodne warunki i…
- Chcecie nam kupić dom? – wydusił Luke, robiąc wielkie oczy. Dobrze, że przynajmniej on był w stanie cokolwiek powiedzieć, bo ja stałam, jak wyryta, uważnie słuchając Liz.
- Po części – powiedział Andrew. - Wpłacilibyśmy siedemdziesiąt procent ceny. Wy dorzucilibyście resztę. Sue zgodziła się, by wasza część była spłacana w dogodnych dla was miesięcznych ratach.
- Żartujesz – odparł blondyn. Zatrzęsłam się.
- To naprawdę dobra umowa – pociągnęła Liz. – A ja miałabym was blisko siebie – dodała, znów uśmiechając się szeroko. – Co prawda trzeba by było zrobić tu mały remont, aby odświeżyć pomieszczenia i… Malia, czemu ty płaczesz?
          Dopiero kiedy Liz to powiedziała, poczułam, jak po moich policzkach spływają słone łzy. Wytarłam je pośpiesznie rękami. Zdążyłam to zrobić, a Luke już obejmował mnie ramieniem, przyciągając do swojego ciepłego ciała.
- Malia? –dopytała Liz.
- Przepraszam, ja… Wzruszyłam się – wymamrotałam, a potem wypuściłam z oczu kolejne łzy, których nie mogłam powstrzymać.
- Skarbie – rzuciła Liz. Niemalże odepchnęła swojego syna, zgarniając mnie w swoje ramiona. – Jesteś dla mnie, jak córka, więc to normalne, że i dla ciebie chcę, jak najlepiej.
- Jezu, Liz – powiedziałam, wycierając oczy. – To… To naprawdę najlepsze słowa, jakie mogłam od ciebie usłyszeć. Szczególnie, że…
- Wiem, wiem – wyszeptała, przyciskając mnie do siebie jeszcze mocniej. Luke zerknął na nas z uśmiechem, a potem spojrzał na swojego ojca.
- Też chcesz się poprzytulać, synku?- zapytał ze śmiechem Andrew, wyciągając do niego ręce.
- Jesteście najlepsi – skwitował Luke, doskakując do swojego taty ze śmiechem. Rzucił się w jego ramiona. Mężczyzna zmierzwił mu włosy na głowie.
- Popieram. Jesteście najlepsi – powtórzyłam, kiwając dodatkowo głową.
- Więc, jak? Jeśli będziecie chcieli w to wejść, to załatwiamy wszystkie formalności od razu. Oczywiście najpierw obejrzycie dom i przejrzycie umowę – powiedział Andrew.
- Możemy zrobić to teraz? – zapytał Luke.
- Musimy to zrobić od razu. Sue chce szybko poznać naszą decyzję – odpowiedziała Liz.
- To idziemy – zarządził blondyn.
          Liz wyciągnęła z kieszeni klucze, a potem poprowadziła nas do drzwi. Weszliśmy do środka. Panował tu lekki zaduch, a w powietrzu unosiły się drobinki kurzu. Nie było tu żadnych mebli czy sprzętów, nie licząc podstawowego wyposażenia kuchni i łazienek.
           Z dworu od razu wchodziło się do kwadratowego salonu. Po prawej stronie znajdowała się kuchnia. Oba te pomieszczenia były ze sobą połączone, a oddzielała ja od siebie, tylko ścianka działowa z dużym wyciętym oknem. Dzięki niemu można było zajrzeć i zobaczyć, co dzieje się w salonie. Na dole była też mała łazienka, a także szerokie drzwi balkonowe z dużymi oknami, które wychodziły na ogród.
            Drewniane, lekko zakręcane schody prowadziły na górę. Było to tak skonstruowane, że piętro wychodziło odrobinę na salon. Więc z góry można było zobaczyć, co robi się na dole. Ciemne balustrady chroniły przed upadkiem. Tam znajdowały się trzy pokoje i większa łazienka. Dodatkowo dom posiadał obszerną piwnicę i strych. Spodobał mi się od razu i naprawdę zapragnęłam, by w nim zamieszkać. Ja i Luke. Było to idealne miejsce dla nas. Nic dziwnego, że po zapoznaniu się z warunkami – które były naprawdę korzystne – szybko się na niego zdecydowaliśmy.

           Leżałam wyciągnięta na kanapie, grzebiąc w laptopie. Próbowałam ogarnąć swój plan zajęć, który odrobinę zmieniał się w przyszłym miesiącu. Musiałam podać te zmiany w pracy, aby mogli ustawić mi kolejny grafik. Najgorsze było to, że przez to wszystko, co działo się dzisiaj, nie potrafiłam się skupić. Emocje nadal gdzieś we mnie krążyły, a ja czułam, jakbym była na mocnym pozytywnym dopalaczu.
           Luke leżał tuż obok, prawie wisząc mi na plecach. Od dłuższego czasu się nie odzywał, pochłonięty oglądaniem Gwiezdnych Wojen. Co jakiś czas jego dłoń przejeżdżała przez moje włosy lub kark, wymuszając na moim ciele lekkie i przyjemne dreszcze. Miałam tylko nadzieję, że wytarł rękę z popcornu, który wcześniej jadł, zanim nie wplątał palców w moje brązowe kosmyki. Nagle w pokoju rozbrzmiał dźwięk telefonu.
- Podasz mi go?- zapytałam, starając się odwrócić tak, by spojrzeć na chłopaka, ale było to niemożliwe.
            Hemmings wychylił się, co spowodowało, że jeszcze bardziej wcisnął mnie w kanapę. Jęknęłam z niezadowoleniem pod nosem, bo Luke jednak trochę ważył. Chwycił za dzwoniący telefon, znajdujący się na stole, a potem podał mi go. Oczywiście nie powstrzymał się od tego, by nie zerknąć na ekran, sprawdzając kto do mnie wydzwania o takiej porze.
- Dzięki – rzuciłam, odbierając od niego wydzierające się urządzenie. Uśmiechnęłam się. Przejechałam palcem po ekranie, by odebrać. Luke wrócił na swoje wcześniejsze miejsce, ale byłam pewna, że teraz jego uwaga jest podzielona na mnie i na telewizor. – Cześć wujku!
- Malia kruszyno, dawno się nie słyszeliśmy.
- Dawno – powiedziałam, nadal się uśmiechając.
- Jest sprawa, ale nie byłem pewny, czy nie śpisz. Jednak postanowiłem zaryzykować.
- Nie śpię, więc śmiało mów, o co chodzi.
- Moja firma się rozrasta. Uzyskaliśmy nowego partnera w biznesie. Całkiem dogodne warunki i facet chce mieć w niej, tylko trzydzieści pięć procent udziałów.
- Świetnie, to bardzo dobra wiadomość – rzuciłam, kiwając głową. Luke ugryzł mnie w ramię, a ja chciałam go trzepnąć w cokolwiek, ale zawadziłam tylko ręką o ekran laptopa prawie go przewracając.
- Odsprzedam mu te trzydzieści pięć procent, ale i tak chcę mieć większość w firmie i…
- Rozumiem, do czego wujek dąży – przerwałam mu. – To ten czas, abym sprzedała udziały ojca?
- To najlepszy czas, kruszyno. Więc, jak będzie? Dam naprawdę dobrą cenę.
- Nie ma sprawy. Ja nie nadaję się do tej firmy, a tata od zawsze chciał, by wasza firma działała prężnie i dalej się rozwijała.
- Wiesz, że nie jestem osobą, która zrobiłaby cię w wała, dlatego przesłałem ci już na maila warunki sprzedaży. Zerknij i daj mi znać, czy ci odpowiadają.
- Wujku, tylko nie przesadź z ceną. Nie chcę zdzierać z najlepszego przyjaciela mojego taty – odparłam, a on zaśmiał się.
- Chcę cię tylko dobrze zabezpieczyć. Jesteśmy, jak rodzina. Przejrzyj to proszę, jak najszybciej.
- Zajmę się tym od razu.
- Super. Czekam na odpowiedź.
- Może być mail?
- Oczywiście.
- W takim razie do usłyszenia i niech wujek pozdrowi resztę Donovanów.
- Pozdrowię, pozdrowię. Pa, kruszyno.
- Pa, wujku. – Rozłączyłam się.
- Co się stało?
- Dasz mi chwilę? Muszę coś pilnie sprawdzić.
- Ale wszystko jest okej?
- Jest okej – odpowiedziałam, łapiąc za komputer.
          Odłożyłam telefon na bok, a potem przysunęłam laptopa bliżej siebie. Weszłam na pocztę, szybko odnajdując maila od wujka. Otworzyłam załączniki i zaczęłam czytać umowę kupna-sprzedaży. Kiedy spojrzałam na cenę, oczy prawie wyszły mi z orbit. Wujek definitywnie chciał mnie zabezpieczyć i to nie podlegało żadnej wątpliwości. Nic dziwnego, że zgodziłam się od razu, szczególnie, że pominął drobne druczki i wszystko miałam czarno na białym. A warunki były naprawdę mocno korzystne.
          Odpisałam mu, a potem zamknęłam komputer. Zepchnęłam z siebie Hemmingsa, który zareagował na to cichym warknięciem. Padł na miejsce obok. Jego błękitne oczy spojrzały na mnie z wyrzutem. Przybliżyłam się do niego i wpiłam w jego usta, czując, że los od dłuższego czasu naprawdę jest dla mnie łaskawy, bo nic się nie komplikuje, a zamiast porażek i zmartwień, ja zdobywam kolejne cele, choć niektóre z nich były zakładane dość spontanicznie.
          Palce Luke'a po raz kolejny wsunęły się w moje ciemne włosy, napierając na mnie jeszcze bardziej. Poczułam przyjemne łaskotanie w dole brzucha, gdy blondyn objął mnie mocniej. Kiedy zabrakło nam tchu, odsunęłam się od niego, podziwiając jego tęczówki, które w tym przygaszonym świetle były odrobinę ciemniejsze, niż zazwyczaj.
- Powiesz mi, co się stało?
- Oczywiście – powiedziałam, układając się obok niego. Dotknęłam czubka jego lekko zadartego nosa.
- Więc? – dopytał ze śmiechem.
- Wujek Donovan chce odkupić udziały mojego ojca.
- W tej firmie, co ją razem stworzyli? To ten jego przyjaciel, tak?
- Dokładnie – odpowiedziałam, znów przejeżdżając palcem po jego nosie.
- Zgodziłaś się?
- Tak. W głowie też zarysował mi się plan, co zrobić z uzyskanymi dodatkowymi pieniędzmi.
- Podziel się nim.
- Pomyślałam, że nie będziemy spłacać domu Sue w ratach. Pokryjemy od razu całość. Dodatkowo przeznaczymy część na remont i wyposażenie…
- Nie uważasz, że powinnaś zostawić sobie te pieniądze na "w razie czego"? Wiesz, jak to jest. Gdyby coś się działo, ty będziesz mieć finansowe plecy.
- Pingwinku, wszystko już obmyśliłam.
- Kiedy?
- Przed chwilą – rzuciłam, z uśmiechem.
- Jesteś niesamowita.
- Mam doby mózg do biznesu – skwitowałam ze śmiechem.
- Mów dalej.
- Więc, wpadłam też na pomysł, by zrobić w piwnicy miejsce dla ciebie.
- Dla mnie?
- Chcecie z chłopakami rozkręcić zespół. Musicie mieć dobre i przystosowane do ćwiczeń pomieszczenie. Wyciszymy piwnicę, dodamy sprzęt, byście mogli tworzyć dema czy jakieś próbki utworów i…
- Wiesz, ile to kosztuje?
- Domyślam się, ale zrobiłabym cały kosztorys. Oczywiście ty i chłopaki musielibyście mi pomóc, bo się na tym nie znam i…
- A co z kasą na "w razie czego"?
- Jeszcze nie skończyłam mojego wywodu, więc zaczekaj z pytaniami do końca- poprosiłam, znów trącając palcem jego nos. – Reszta poszłaby na lokatę. Zrobiłabym spis najlepszych ofert i wybralibyśmy coś, co przyniosłoby nam najwięcej korzyści. To by były nasze środki na "w razie czego".
- Mówisz w liczbie mnogiej.
- No, tak… Bo… Myślałam, że chcesz budować ze mną wspólną przyszłość i…
- Cholernie chcę budować z tobą wspólną przyszłość – odpowiedział, muskając swoje usta moimi. – Myślisz jednak, że wystarczy ci na te twoje plany?
- Wystarczy.
- Bo?
- Jak sprzedam udziały, to na moim koncie pojawi się okrągła sześciocyfrowa suma.
- Co?!
- Dokładnie, Pingwinku – powiedziałam ze śmiechem, widząc jego wielkie, jak spodki oczy. – Udziały są sporo warte, szczególnie, że firma mocno się rozrosła i dalej się poszerza. Wujek pruje do przodu pełną parą. Są bardzo dochodowi i skuteczni w tym, co robią. Więc, jak?
- Mówisz poważnie?
- Poważnie. Wchodzisz w to?
- Ja… Nie mogę… Malia, to twoje pieniądze i… Mogę się wtrącać, ale dopiero po ślubie.
- Pozwalam ci się wtrącać jeszcze przed ślubem. Zresztą i tak zrobię to, co będę chciała.
- Pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Dom przepiszemy na ciebie.
- Nie ma mowy. Twoi rodzice i tak wkładając w niego większą część kwoty i…
- Taki jest mój warunek.
- Wal się.
- Malia!
- Nie ma mowy. Dom będzie na ciebie. – Luke ciężko westchnął pod nosem. – Z ich wkładem, starczy nam na to wszystko. Plus zdobędziemy oszczędności na "w razie czego", które będą na lokacie.
- Co powiesz na kompromis?
- Jaki?
- Dom będzie na naszą dwójkę.
- Chcesz to tak skomplikować, w razie gdyby…
- Czy ty sugerujesz, że nam się nie uda być na zawsze razem?
- Ja… Nie… Nie to miałam na myśli, ale różnie to bywa i... – Luke zacisnął usta. Z jego oczu zaczął bić smutek. Pocałowałam go w nos. – Dobra, zgadzam się.
- To było szybkie.
- Nie lubię, gdy jesteś smutny. – Chłopak uśmiechnął się. – Co nie zmienia faktu, że to podchodzi pod manipulację.
- Wcale nie – skwitował, kręcąc głową. – To partnerski biznes. – Przekręciłam oczami. – I masz mi się oświadczyć.
- Jeszcze ci nie przeszło?
- Nie. Możesz mi kupić, jakiś pierścionek na wypasie z dużym brylantem w kształcie pingwina – pociągnął z udawaną powagą, wyciągając dłoń przed siebie. – By był widoczny z daleka.
- Jesteś stuknięty.
- Ale i tak mnie kochasz?
- Kocham… Jak najbardziej cię kocham. 


***
Oto nasze gołąbki w końcu znalazły swoje gniazdko- z pomocą rodziców Luka :D Było trochę biznesowo-rodzinnych spraw i może w końcu chłopaki ruszą tyłki i zostaną sławni :D

Świąteczne życzenia pisałam już tydzień temu, więc teraz jeszcze tylko krótko powtórzę - Wesołych Świąt :)

Kolejny klasycznie za tydzień.

Pozdrawiam!

5 komentarzy:

  1. Jejkuuu, tak bardzo pokochałam Twój blog, że poprostu... No brak słów! Dziewczyno, Ty masz ogromny talent! Chciałabym tak samo pisać jak Ty, no poprostu zazdro, kobieto!
    Życze powodzenia i weny w kolejnym rozdziale.
    Też życze Wesołych Świąt!
    Ala ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. I ten mój ból kiedy nie mam co czytać xD czekam do niedzieli na Broken i Pod Jednym Dachem. Uwielbiam Twoje blogi, naprawdę ♡ biją taką pozytywną energią. To jest niesamowite, że potrafisz wywołać przeróżne emocje u czytelnika. Również życzę wesołych Świąt :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kocham twoje wszystkie blogi ♥ Co ja bym bez nich zrobiła?
    Świetny rozdział. Sześciocyfrowa suma - też zrobiłam duże oczy, jak to przeczytałam. Znaleźli wreszcie własny dom! Jak ja się cieszę! Chciałabym dostać pingwina.
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  4. Biedna Malia tak się zestresowała i martwiła o Hemmingsów, a tu taka niespodzianka :) Liz i Andrew ładnie to wymyślili :) niespodzianka się udała. A do tego będą mieli za co urządzić dom :) Malia to myśli o wszystkim. Podoba mi się to, że w planach ujęła też Luka :) oni już są jak cudownie małżeństwo :)
    Czekam na next
    pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń