piątek, 8 stycznia 2016

S3 - Rozdział 18

Sydney, 6 lutego 2013 roku


          Weszłam do baru, który mieścił się na parterze uczelni. Minęłam długą kolejkę złożoną z głodnych studentów, którzy czekali na swoją kolej, aby złożyć zamówienie na lunch. Moje ciemne oczy namierzyły osoby z roku, z którymi najbardziej się trzymałam. Zajmowali ostatni stolik w kącie dużego białego pomieszczenia. Zrobiłam szybki slalom między krzesłami, podchodząc do nich. Klapnęłam na wolne miejsce, przy którym stał talerz z frytkami, nuggetsami i zimną puszką coli.
- Nagadałaś się?- zapytał ze śmiechem Jesse, pożerając ociekającego tłuszczem hamburgera.
- Nie długo. Zaliczyłam jeszcze łazienkę – odpowiedziałam, dobierając się do mojego jedzenia, które mi zamówili. Dzięki temu ominęło mnie stanie w gigantycznej kolejce, która w ślimaczym tempie się zmniejszała. Jak tak dalej pójdzie, to połowa ze stojących tam ludzi, nie zmieści się w przerwie.
- Jesse właśnie mówił o 5 Seconds of Summer – odezwała się Maddie, dłubiąc widelcem w sałatce. – Widziałam na twoim Twitterze plakat. Naprawdę zagrają w VClub?
- Naprawdę – odpowiedział szybko Jesse, zanim w ogóle zdążyłam otworzyć usta.
- Czadowo – podsumowała Alex. – Wybieramy się na tą imprezę.
- Więc z pewnością się tam zobaczymy – pociągnęłam, wsadzając frytkę do buzi.
- Przygotowania do występu trwają? – zapytał ze śmiechem Jesse.
- Z pewnością. Z tego, co mówił Ash, to właśnie zabierają się za próbę.
- To może zerwiemy się z zajęć i wpadniemy ich posłuchać? Chociaż nie… To zły pomysł. Mamy dzisiaj ćwiczenia z Whitem. Możemy mieć, tylko jedną nieobecność i… Jestem zmuszona ją zachować na czarną godzinę.
- Nie ty jedna – odpowiedziała Maddie. – Chociaż nie powiem, że chciałabym posłuchać twoich kumpli na żywo.
- Posłuchasz w piątek. To już za cztery dni – skwitowałam z uśmiechem.

          Wysiadłam z samochodu. Podeszłam do bagażnika, wyciągając z niego dwie pękate siaty z zakupami. Tak to jest, jak się rzuci chłopakom hasło: jadę do sklepu, może coś chcecie? Dostałam taką listę zachcianek, że postanowiłam już nigdy więcej nie zadawać im tego z pozoru niewinnego pytania. Aby kupić wszystko, co chcieli spędziłam w markecie nie piętnaście, ale czterdzieści pięć minut, szukając ich ulubionych napojów, ciastek, chipsów i innych rzeczy. Przez to miałam dość sporą obsuwę czasową, a dzisiaj umówiona byłam z Liz. Obie miałyśmy pojechać do butiku Ann Marie, by w końcu zaopatrzyć się w sukienki na ślub jej syna.
          Już od jakiegoś czasu wchodziłam do domu Hemmingsa, jak do siebie. Na szczęście nie przeszkadzało to rodzicom blondyna. Jak tylko znalazłam się w środku, usłyszałam krzątaninę Liz. Była w kuchni, z pewnością pichcąc jedno ze swoich popisowych dań. Zresztą była naprawdę doskonałą kucharką, a każdą jej potrawę, wciągałam ze smakiem. I to nie tylko ja.
- Malia?
- Jestem – odpowiedziałam, mocniej zaciskając dłonie na reklamówkach. Wolałam nie wiedzieć, ile to wszystko waży.
          Weszłam do kuchni. Liz odwróciła się w moją stronę, obdarzając szerokim i promiennym uśmiechem, którzy rzadko kiedy schodził z jej twarzy. Postawiłam siatki na stole. Podeszła do mnie, obejmując w geście przywitania, co wywołało u mnie przyjemne ciepło. Liz była dla mnie matką wręcz idealną i do tego cholernie przypominała mi moją mamę. Nic dziwnego, że darzyłam ją dużym uczuciem. Szczególnie, że byłam sierotą, której naprawdę często brakowało tego typu kontaktu.
- Robisz za dostawcę niezdrowego jedzenia? – zapytała, wskazując na przyniesione przeze mnie zakupy.
- Dzisiaj tak.
- Kolejny fach w rękach – zaśmiała się Liz, by po chwili pomachać mi palcem przed nosem.- Nie dawaj im tego, bo jeszcze nie jedli obiadu.
- Dostaną to po obiedzie- zapewniłam ją, a ona ze śmiechem odwróciła się w stronę kuchenki.
          Kiedy otworzyła pokrywę od srebrnego garnka, poczułam przyjemny zapach przypraw, który unosił się znad pomidorowego sosu. Automatycznie oblizałam usta, czując, że znów jestem potwornie głodna. Ostatnio jadłam naprawdę na potęgę. I nie… Nie byłam w ciąży, nie chorowałam, ani nic z tych rzeczy. Żyjąc jednak w dość sporym pośpiechu, rozrzucona pomiędzy pracą, nauką, Lukiem i naszym wspólnym domem, a także potencjalną karierą zespołu, czasami zapominałam o czymś tak ważnym, jak jedzenie. Dlatego dostawałam napadów wilczego głodu i nadrabiałam to wtedy, kiedy tylko mogłam.
- Widzę, że jesteś głodna – odparła Liz, ponownie śmiejąc się pod nosem. Oderwałam wzrok od garnka, zdając sobie sprawę z tego, że od dłuższej chwili wpatruję się w niego, jak kretynka.
- Aż tak to widać?
- Jadłaś coś dzisiaj?
- Byłam na lunchu w przerwie między zajęciami.
- Siadaj, a ja zawołam resztę. Sos pomidorowy jest już gotowy.
- Pomogę ci przygoto… - Ale nie dokończyłam. Chciałam wstać, ale Liz złapała mnie za ramiona i twardo posadziła z powrotem na miejscu. Uniosłam zaskoczona brwi do góry, wpatrując się w blondynkę.
- Siedź i nie ruszaj się. Przyda ci się chwila przerwy.
- Co?
- Żyjesz w szybkim tempie, Malia – powiedziała tonem prawdziwego rodzica. – Jak długo tak pociągniesz?
- Jestem do takiego trybu przyzwyczajona.
- Ale nie jesteś niezniszczalna. Ja dzisiaj jestem cały dzień w domu. Mogę, więc sama zająć się obiadem i nakarmić waszą gromadę.
- Ale…
- Ty zawsze masz jakieś ale, prawda? – rzuciła, kręcąc głową. – Wiem, że jesteś od małego nauczona takiej pomocy. To było widać od razu, jak przyjechałaś do nas na wakacje. Zresztą, ja to chyba nawet widziałam już w Londynie. Nic jednak się nie stanie, jak jednego dnia odpuścisz.
- Ale ja nie chcę odpuszczać – powiedziałam szybko, a Liz przekręciła oczami. Zaśmiałam się pod nosem, bo w tym momencie mocno przypominała mi Luke'a.
- Zawsze, jakieś ale – powtórzyła, klepiąc mnie po ramieniu. – Siedź na tyłku, bo inaczej naprawdę się wkurzę.
- Niech ci będzie – mruknęłam pod nosem, rozsiadając się na krześle.
- Idealnie – rzuciła Liz i klasnęła w dłonie.
          Szybko ściągnęła siatki z zakupami ze stołu, stawiając je przy szafce. Skupiłam wzrok na jej osobie, gdy krzątała się po kuchni, wyciągając talerze i sztućce. Jej ruchy były tak płynne, że z łatwością wyobrażałam sobie to, jak robi to niemalże codziennie. Po chwili na talerzach znalazł się ryż. Polała go gorącym sosem, a ja miałam wrażenie, że zaraz mnie przekręci, jeśli nie będę mogła dobrać się do jej pysznego obiadu. Następnie porozstawiała wszystkie pełne talerze na stole, dodała szklanki z napojami i wyleciała z kuchni. Usłyszałam, jak otwiera drzwi od garażu.
- Chłopaki obiad!
- Jedna chwila – odpowiedział Michael.
- Natychmiast!
- Rozkaz, mamo Hemmings! – rzucił Calum. Parsknęłam cichym śmiechem. W tym momencie ta kobieta trzymała władzę nad nami wszystkimi. Minęła dosłownie chwila, gdy do kuchni wróciła Liz w towarzystwie chłopaków.
- Już jesteś! – zawołał Luke z uśmiechem, gdy tylko mnie zobaczył. 
          Podszedł bliżej i sprzedał mi szybkiego całusa. Usiadł obok, przysuwając sobie talerz prawie pod sam nos. Przywitałam się także z chłopakami, którzy uściskali mnie, jakbyśmy nie widzieli się z dobry tydzień, a nie jeden dzień.
- Kupiłaś nam… - zaczął Ashton, łapiąc za widelec.
- Jest wszystko – wtrąciłam, a Irwin uśmiechnął się szeroko.
- Grzeczna dziewczynka – odpowiedział, klepiąc mnie po dłoni.
- Wyszkolona – powiedział Hemmings z zadowoleniem. Zdążył jednak, tylko spojrzeć na swojego przyjaciela, a ja trzepnęłam go w tył głowy. Jego lekko zadarty nos prawie zatrzymał się w talerzu, do którego się pochylał. – Ała! Boże, ja tylko żartowałem!
- Luke! – warknęła Liz. Pokręciła głową, mrużąc oczy na swoje najmłodsze dziecko. Chłopaki wybuchli śmiechem.
- Naprawdę żartowałem – pociągnął blondyn, przepraszającym tonem. Spojrzał na mnie, robiąc jednocześnie tą swoją niewinną minę. – Naprawdę.
- Kajaj się stary, kajaj – wydusił z siebie Michael, który był już cały czerwony ze śmiechu.
- Jesteś niemożliwy – skwitowałam, wracając do swojego obiadu.
- Największy głąb w zespole, przed państwem Huke Lemmings – podsumował Ashton. 
          Blondyn prychnął urażony. W tym momencie nawet i ja zaczęłam się śmiać. Szybko dołączyła do mnie Liz. Karma odwróciła się przeciwko blondynowi, który naburmuszony dokańczał obiad. Na szczęście Luke nie należał do osób, które długo trzymają urazę, więc po chwili cała nasza szóstka pogrążyła się w miłej i przyjemnej rozmowie.

          Ann Marie powitała nas z szerokim uśmiechem, jak tylko minęłyśmy próg jej butiku. W środku znajdowały się jeszcze dwie klientki, które wolnym krokiem przechadzały się wzdłuż wieszaków, od czasu do czasu przystając, by dokładniej obejrzeć wiszące ubrania. Mama Ashtona miała najlepszy wybór sukienek i eleganckich strojów na różne okazje – tak przynajmniej uważała Liz, bo ja dopiero drugi raz odwiedzałam ten sklep. Zresztą tego typu rzeczy nie były moją bajką. Zdecydowanie Sharon lepiej by się tu odnalazła, niż ja.
- Już myślałam, że kupisz kieckę na ślub gdzieś indziej – powiedziała Ann Marie, podchodząc do naszej dwójki.
- No, wiesz – mruknęła z obrzuceniem Liz. Zaśmiałam się, a mama Irwina szybko mi zawtórowała. – Potrzebujemy dwie kreacje.
- Plus dodatki – wtrąciłam, a blondynka szybko pokiwała głową.
- Czyli kompletujemy wszystko od postaw – zaczęła Ann Marie, wskazując nam miejsce za ladą, gdzie mogłyśmy odłożyć swoje torby. – Jakieś pomysły i wymagania?
- U mnie masz wolną rękę – rzuciła Liz, rozglądając się po pomieszczeniu.
- Malia, a ty?
- Tylko jedno – zaczęłam, a Ann Marie kiwnęła mi głową.- Nie chcę długiej sukienki.
- Jasne – odpowiedziała z uśmiechem, mierząc nas wzrokiem. – Zobaczymy, co tu będzie pasowało… Chyba już mi coś świta. Postawimy na kolory, w końcu nie jest to smutny dzień.
- Tylko nie różowy – jęknęła Liz, a ja nie wytrzymałam i zachichotałam pod nosem. Blondynka spojrzała na mnie. – No, co? Jestem za stara na taki kolor.
- Nie przesadzaj – powiedziałam, machając na nią ręką.
- Co powiesz na to? – zaproponowała Ann Marie, wyciągając w jej stronę lawendową mocno rozkloszowaną sukienkę.
- Na takie coś też jestem za stara – skwitowała Liz, kręcąc nosem.
- Może coś bardziej w stonowanym odcieniu? – zapytała Ann Marie, a pani Hemmings od razu pokiwała głową. – Wiem! O Boże! Ta będzie idealna! – Powiedziała to tak głośno, że nie tylko ja i Liz podskoczyłyśmy w miejscu. Dwie pozostałe klientki spojrzały na nią z wyrzutem, że przerywa im spokojne przeglądanie rzeczy. – Zobacz na to!
- Ta jest znacznie lepsza.
- Świetnie. Bierz i idź ją załóż – rozkazała, niemalże wpychając zaskoczoną blondynkę do przymierzalni. Wcisnęła w jej dłonie wieszak, a następnie zasłoniła ciemną zasłonkę. – Teraz ty. – Raz jeszcze zmierzyła mnie wzrokiem, a potem przeszła na drugi koniec sklepu. – Wolisz jasne czy ciemniejsze kolory?
- W sumie mi to bez różnicy, ale też nie chcę różowego – odpowiedziałam, a kobieta zaśmiała się, jednocześnie kiwając mi głową.
- Do ciebie pasowałaby mi ta – pociągnęła, łapiąc za kolejny wieszak. 
          Spojrzałam na czerwoną sukienkę do kolan. Była lekko rozkloszowana od pasa w dół. Całość materiału zasłonięta była czarnym tiulem, dzięki temu kolor nie był, aż tak mocno rażący, a bardziej stonowany. Wychodził też kawałek za główny materiał. Zakładany był także za szyję, dzięki czemu trzymał kreację na swoim miejscu. Dodatkowo naniesiono na nim drobne czarne kwiatki i listki, co wzbogacało całość. Sukienka zdecydowanie wpadła mi w oko, szczególnie, że nie była zbyt bogato i pstrokato zdobiona.
- Przymierzam – oznajmiłam, odbierając ją od mamy Irwina.
- Liz, jak u ciebie?
- Zapniesz mi zamek?
          Nie zdążyłam wejść do drugiej przymierzalni, bo ze swojej wyłoniła się Liz. Uniosłam brwi do góry, dokładnie jej się przyglądając. Ann Marie zapięła zamek, a sukienka jeszcze bardziej przyległa do jej ciała. Uśmiechnęłam się, bo blondynka naprawdę dobrze się w niej prezentowała. Miała dekolt w serek, luźne lekko falowane rękawy, które rozcięte były na całej długości, dzięki czemu odsłaniały ramiona. Dodatkowe marszczenia jeszcze bardziej wyszczuplały sylwetkę Liz, która do chudzielców nie należała.
- I jak? – zapytała, okręcając się wokół własnej osi.
- Jest idealna –powiedziałam, kiwając głową. – Pasuje ci.
- Też tak myślę. Co masz do tego?
- Bordowe buty, z delikatnymi akcentami srebra i do tego torebkę kopertówkę, również ze srebrnymi dodatkami. – Ann Marie spojrzała na mnie. – A ty, co? Marsz do przymierzalni.
- Tak jest – wyrzuciłam z siebie, bez protestów idąc do wskazanego przez nią miejsca. 
          Szybko ściągnęłam swoje ubrania, by nałożyć na siebie sukienkę. Nie wiem, jak Ann Marie to robiła, ale trafiła z rozmiarem i fasonem. Nie sądziłam, że tak szybko znajdę kreację na ślub Jacka, ale najwidoczniej los mi przy tym sprzyjał, bo dobrze wiedział, że nie lubię tego typu zakupów.
- Malia? – Usłyszałam głos Liz.
- I jak? – odpowiedziałam, wychodząc do niej.
- Wyglądasz cudownie.
- Pasuje jej, prawda?- wtrąciła zadowolona Ann Marie. – Dobrze podkreśla ci talię. Do tego czarna kopertówka i gładkie buty. Nie możemy dodatkami odwracać uwagi od ozdobionej koronki.
- Czyli mamy to? – zapytała z uśmiechem Liz.
- Mamy to.

          Chłopaki po próbie przenieśli się do domu obok. Cała ich czwórka dość ostro pracowała przy remoncie, razem z tatą Hemmingsa. Luke nawet wziął wolne, aby jak najszybciej doprowadzić poszczególne pomieszczenia do porządku. Praca trwała niemalże od bielusieńkiego rana do późnego wieczora, z małymi przerwami. Na szczęście nie trzeba było przeprowadzać zbyt wielkich zmian, a wystarczyło tylko odświeżyć pokoje, przemalowując je na wybrane przez nas kolory.
          Weszłam cicho na piętro, skąd dochodziły do mnie głosy pracującej piątki facetów. Zapach farby nadal był dość intensywny, choć wszędzie były pootwierane okna. Zajrzałam do ostatniego pokoju, który był jednym z większych. To tam chcieliśmy z Lukiem urządzić swoją sypialnię. Dwie ściany były już wymalowane na jasny fiolet, przy którym się upierałam. Młody Hemmings zaś trzymał się swojego ulubionego niebieskiego, więc poszliśmy oboje na kompromis i pokój ten będzie miał dwa różne odcienie. Mój i jego.
- Mamy szpiega – powiedział rozbawiony Ashton, wskazując na mnie palcem.
- Tylko nadzoruję – odparłam, wzruszając ramionami.
- Jak ci się podoba? – zapytał Andrew.
- Taki kolor chciałam.
- Te dwie ściany – zaczął Luke – będą niebieskie. To jeszcze bardziej rozjaśni całe pomieszczenie.
- Łał, gadasz, jak znawca – skwitowałam, a chłopak przekręcił oczami.
- Raczej powtarza to, co powiedziała Liz – rzucił Michael, a potem parsknął śmiechem, gdy Hemmings pokazał mu środkowy palec. Dzisiaj to nie był zbyt dobry dzień dla Luke'a.
- Zostało już niewiele do końca – zaczął Andrew, poprawiając białe ogrodniczki, ubrudzone fioletową farbą. – Jak dobrze pójdzie, to malowanie skończymy jutro. Potem zostanie, tylko sprzątnięcie całego tego bałaganu i można wstawiać meble.
- Które są już gotowe – wtrąciłam, machając w jego stronę palcem.
- Już?
- Nie wszystkie, ale te najważniejsze. Też się zdziwiłam, gdy dzisiaj zadzwonili, by mnie o tym poinformować – odpowiedziałam z uśmiechem. – Działają szybko.
- Dobra i solidna firma – skomentował Andrew.
- Mówisz tak, bo to hurtowania mebli twojego dobrego kolegi – pociągnął Luke.
- Więc już znamy odpowiedź, dlaczego poszło im tak szybko – powiedział Michael, siadając na wiadrze z zamkniętą farbą.
- Ma się te wtyki – rzucił z triumfalnym uśmiechem Andrew.
- Co nie zmienia faktu, że czeka mnie kolejna przeprowadzka – zaczęłam, poprawiając torbę, którą miałam na ramieniu.
- Spakowana? – zapytał Ashton.
- Jeszcze nie. W sumie mam dużo czasu, a rzeczy niewiele. Gorzej było w Londynie, bo tam więcej się tego nazbierało.
- Pogadamy o tym, jak będzie trzeba to wszystko przenieść -  powiedział Luke, mierząc mnie wzrokiem. 
          Tym razem to ja przekręciłam oczami i uśmiechnęłam się do niego. Ta przeprowadzka była dużym i ważnym krokiem w naszym związku. Naprawdę nie mogłam się doczekać tego, aż w końcu zamieszkamy razem w tym domu. Naszym wspólnym domu. 


***
Mamy trzy przygotowania - powolne do ślubu, szybsze do przeprowadzki i najszybsze do występu chłopaków w VClub :) A występ ten już niedługo :)
Jest to rozdział z serii organizacyjna przejściówka - ale mam nadzieję, że w miarę wam się podobał :)

Kolejna część za tydzień. 

Pozdrawiam!

5 komentarzy:

  1. Jakoś za szybko mi się ten rozdział czytało. Czekam na następny! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny rozdział ;-) Chyba nie potrafiłabym żyć takim tempem, jak Malia, ja z natury jestem bardzo wolna.
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Jezu Liz uwielbiam cię kobieto hahah :D Trzymasz ich wszystkich. Malia faktycznie powinnaś zwolnić, bo życie w takim tempie i pośpiechu, branie na siebie wielu obowiązków niedługo może cię naprawdę przerosnąć i wykończyć. Biedny Lukey chyba to nie jest twój dzień, bo to co powiesz obraca się przeciwko tobie :D Nie mogę doczekać się następnego rozdziału
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń