piątek, 5 lutego 2016

S3 - Rozdział 22

Sydney, 21 lutego 2013 roku


          Dziś był ważny dzień dla rodziny Hemmingsów. Mianowicie Jack, średni syn Liz, brał ślub z Celeste. Cała uroczystość miała się odbyć w dużym kościele, który mieścił się na końcu osiedla, na którym mieszkaliśmy, dokładnie o godzinie trzeciej. Wesele zaś urządzano w hotelu przy plaży, gdzie do dyspozycji oprócz sali, goście będą mieli także i olbrzymi ogród. Jack postawił na dwóch drużbów – Luke'a i Bena. Z tego, co wiem od strony Celeste tą funkcję miała pełnić jej siostra i najbliższa przyjaciółka. 
           W związku ze ślubem od rana w naszym domu panowało wielkie oczekiwanie, a co za tym idzie dezorganizacja. Szczególnie, że do kompletu z Hemmingsem miałam także Caluma, Michaela i Ashtona, którzy również wybierali się na tą uroczystość. I wszyscy postanowili szykować się u nas.
- Widziałaś, gdzieś mój krawat?
           Odwróciłam się w stronę Luke'a, który wciskał głowę między drzwi, a framugę. Blondyn w takich momentach nie mógł zostawać sam, bo wyszykowałby się chyba dopiero na przyszły miesiąc. Nie dość, że nałogowo gubił rzeczy, to w stresie robił to jeszcze częściej.
- W łazience na pralce.
- Co on robi w łazience na pralce?
- Nie wiem, zapytaj – odpowiedziałam, łapiąc za pusty kubek po kawie. Potrzebowałam dodatkowej dawki kofeiny. Luke prychnął niezadowolony pod nosem. – Uśmiechnij się, twój brat się żeni.
- Niech ta szopka szybko się skończy.
- Ale masz nastawienie.
           Chłopak, tylko westchnął pod nosem, a następnie poczłapał zrezygnowany do łazienki. Wzruszyłam ramionami, licząc na to, że do trzeciej mu przejdzie i jego zły humor nie będzie mu towarzyszył do końca. Wyszłam z pokoju i chciałam zejść na dół, ale w ostatniej chwili zerknęłam w jego stronę. Oparł się rękami o umywalkę.
- Luke?
- Tak?
- Co jest?
- Nic, ja po porostu… Nie ważne.
- Ważne – odparłam, porzucając plan zrobienia kolejnej kawy. 
          Poszłam do białej łazienki. Odstawiłam kubek na pralkę, a następnie ujęłam jego twarz w dłonie. Musiałam uważać, by nie zniszczyć sobie paznokci, które dalej schły. Nie ma to, jak niby szybkoschnący lakier. Pic na wodę, w tym przypadku. 
- Co się stało?
- Denerwuję się.
- Czym?
- Nie chcę niczego schrzanić.
- Nie schrzanisz. Razem z Benem pełnisz tą ważną funkcję, więc będziecie sobie pomagać. Pouśmiechacie się do gości, ty z chłopakami zagrasz kilka kawałków, a potem będziemy świętować do białego rana.
- A jak nie wiem… Wyrżnę się w kościele?
- To przynajmniej urozmaicisz nudną mszę – skwitowałam ze śmiechem, a on zaraz uśmiechnął się. – Zresztą nie wywrócisz się, ani nie zrobisz nic głupiego. Bez stresu, Pingwinku. To ci dobrze zrobi. – Luke po raz kolejny obdarzył mnie uśmiechem, a potem szybko musnął swoimi ustami moje. Pogładziłam go po policzku.
- Zawiążesz mi krawat?
- Pewnie. Gdzie chłopaki?
- W ogrodzie.
- Kawy?
- Tak.
- Zrobię też dla reszty – powiedziałam, a następnie wyszłam z łazienki, ówcześnie łapiąc za niebieski materiał i kubek. 
           Skierowałam się w stronę schodów, a za mną ruszył Hemmings. Chłopak jednak zamiast do kuchni tak, jak ja, poszedł do swoich kumpli. Położyłam krawat na stercie pozostałych, które również czekały na zawiązanie. Jednak najpierw kawa, paznokcie, a dopiero później cała reszta.
           Odwróciłam się, nastawiając wodę. Ściągnęłam czyste kubki z suszarki, ustawiając je na blacie. Wsypałam odpowiednią ilość kawy do każdego z nich. W tle słyszałam wiadomości, jakie nadawała stacja ABC Sydney. Zdążyłam wyłapać, tylko jedną informację o tirze, który zablokował główny dojazd do miasta od północnej strony, gdy nastała przerwa w ramach, której puszczono muzykę.
           Złapałam za swój kubek, aby przystawić go do reszty. Czekałam, aż woda w końcu się zagotuje. Moje palce mocniej zacisnęły się na naczyniu, słysząc bardzo dobrze znany utwór. Moje oczy musiał w tym momencie zrobić się, niczym spodki, gdy lokalne radio zagrało Never Be. Będąc w totalnym szoku, poluźniłam uścisk, a kubek roztrzaskał się pod moimi nogami.
- Malia?! – Doszedł do mnie głos Luke'a.
- O mój Boże – wyszeptałam do siebie, a następnie podniosłam głowę. – Luke! Michael! Calum! Ashton! – wołałam jednego po drugim, wciąż od nowa. Musieli tu być. Musieli usłyszeć to, co ja.
           Nie spodziewałam się tylko, że ten mój nagły podniesiony alarm doprowadzi chłopaków do niepokoju i popłochu. Wpadli do salonu, ślizgając się na panelach, a następnie rzucili się w stronę kuchni, taranując jeden drugiego. Skutkiem tego było to, że Irwin, który stał jako pierwszy nie utrzymał równowagi, gdy cała rozpędzona reszta wleciała w jego plecy. Padli na ziemię, a Michael jako jedyny ustał na nogach. Nie na długo, bo Luke chcąc uniknąć przyłożenia się twarzą do podłogi, pociągnął go za koszulkę, co zaowocowało tym, że całe 5 Seconds of Summer leżało niemalże u moich stóp.
- Co się dzieje? Co się stało? Ała! Złaś, kretynie! Wal się! – rzucali jeden przez drugiego, gdy próbowali wyplątać się ze swoich kończyn.
- Słyszycie – powiedziałam z uśmiechem.
- Co?
- To – dodałam, wskazując na radio, gdzie rozbrzmiewał refren Never Be.
- O w dupę – mruknął Clifford, który podniósł się jako pierwszy. – O, kurwa!
- Ale jak? – pociągnął Irwin, nadal leżąc na panelach. Musiał poczekać, aż Luke i Calum z łaski swojej się podniosą. W końcu i on stanął na nogi. – Jak?
- Jak to się stało? – dopytywał dalej Luke. Cała czwórka spojrzał wprost na mnie, a ja wyszczerzyłam się do nich jeszcze bardziej. – To ty?
- Kiedy byłam w ramach zajęć w radiu, podrzuciłam dyrektorowi od spraw muzyki waszą płytę z kawałkami. – Ich oczy powiększyły się.- Nie mówiłam wam wcześniej, bo nie sądziłam, że coś z tego wyjdzie. Ale… Wyszło – dodałam z nieukrywanym entuzjazmem.
- Jesteś… Jesteś… Jesteś najlepsza! – rzucił Hood, ruszając w moją stronę.
- Nie wchodź – powiedziałam od razu, machając ręką. – Z wrażenia zbiłam kubek – dodałam ze śmiechem.
- Mniejsza z tym, muszę cię wyściskać – skwitował Mulat, a następnie szybko ominął kawałki dawnego czerwonego naczynia, by zgarnąć mnie w końcu w swoje ramiona. Zaraz po nim do wspólnego uścisku dołączyła reszta.
- Powinnaś zostać naszym menadżerem – pociągnął Clifford.
- To naprawdę dobry pomysł – stwierdził Calum.
- Ta, akurat się do tego nadaję – mruknęłam, kręcąc głową.
- Mamy najlepszą kumpelę na Ziemi – powiedział Irwin. Kiedy tylko skończył te krótkie zdanie, rozdzwoniły się telefony, a ich najbliżsi zaczęli składać im wielkie gratulacje z powodu tego debiutu.
- To był kolejny utwór nowego, dopiero rozwijającego się zespołu z naszego rodzinnego Sydney – powiedział prowadzący program. – 5 Seconds of Summer!

           Poprawiłam pospiesznie biały kołnierzyk od koszuli blondyna. Chłopak zagryzł lekko wargę, wpatrując się w ruchy moich rąk. Staliśmy przed kościołem i dosłownie za chwilę miała się odbyć cała ceremonia. Policzki Luke'a zrobiły się jeszcze bardziej blade. Miałam nadzieję, że ze stresu nie zemdleje w trakcie uroczystości. Liz nadskakiwała Jackowi, który co chwilę prosił ją o to, by przestała. Andrew przystawał z nogi na nogę, ze śmiechem obserwując poczynania swojej żony. Zjechały się już całe rodziny, które teraz zajmowały miejsca w kościelnych ławach.
- O, kurwa – syknął Ben, który pojawił się obok mnie. – Malia, pomożesz?
- Jest zajęta – warknął Luke.
- Nie każe ci się nią dzielić, głąbie – mruknął starszy Hemmings, kręcąc jednocześnie głową. – Możesz mi to przypiąć, proszę?
- Pewnie. 
           Przejęłam od niego biało niebieską butonierkę, która musiała mu się niedawno odczepić, bo jeszcze przed chwilą widziałam, że była na swoim miejscu. Przymocowałam ją szpilką, a następnie odruchowo przejechałam dłońmi po jego ramionach, wygładzając materiał marynarki.
- Dzięki. A ty brachu nie rób wielkiego halo. Jesteś o nią, aż tak zazdrosny? – Luke w odpowiedzi prychnął, tylko pod nosem. –  A ty? – zwrócił się do mnie.
- Co ja?
- Jesteś zestresowana dziewczyno mego brata, któremu odwala z zazdrość? – pociągnął ze śmiechem, a najmłodszy wymamrotał serię przekleństw, za które pewnie oberwałby od Liz. Na szczęście blondynka nadal zajmowała się panem młodym.
- Nie. Pomyślę, że jestem w studio i trema minie- odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Chcę mieć twoje opanowanie – skwitował Ben.
- To tylko jedna piosenka w trakcie mszy – przypomniałam mu, a on uśmiechnął się do mnie.
- Wyjątkowa piosenka.
- W to nie wątpię – dodałam, wracając do Luke'a, który znów zaczął kręcić nosem. – Co jest?
- Brzuch mnie boli – mruknął, wpatrując się w czubki swoich butów.
- Głowa do góry, będzie dobrze.
- Co ci Lukey? – zapytał Ben, zarzucając mu ramię na bark. – Stresik?
- Nie denerwuj go – odparłam, sprzedając mu sójkę w bok. Ben zaśmiał się, a następnie wzmocnił uścisk wokół swojego brata. – Damy radę, kto, jak nie my. Może Malia pomyli tekst.
- Nic nie pomylę – dodałam ze śmiechem. Wiedziałam, że Ben mówi to tylko dlatego, by poprawić humor swojemu zdenerwowanemu bratu, którego chyba bycie drużbą zaczyna przerastać. – Wszystko mam w głowie. Co najwyżej mogę spaść z chóru.
- To nie śmieszne – skwitował Luke.
- Będzie śmieszne, jak zrobię wielką furorę, wciskając się w marmur pod spodem. Rozpłaszczę się, jak na kreskówkach. Oby, tylko uchwyciła mnie kamera.
- Myślę, że to by było dobre urozmaicenie ślubu. Jack byłby ci za to wdzięczny.
- Sądzę jednak, że mogę jeszcze potrzebować całego kręgosłupa – pociągnęłam, a Ben w końcu ryknął śmiechem, zwracając na nas uwagę schodzących się gości. 
            Sama zaśmiałam się pod nosem, kiedy i Luke uśmiechnął się, a na jego twarz powoli zaczęły wracać kolory. Miałam nadzieję, że trochę wyluzował, bo naprawdę nie chciałam, by padł, gdy już wszystko się zacznie. Zapisałam sobie też w myślach, by przerobić z Hemmingsem dobre metody na rozluźnienie, kiedy znajduje się w sytuacjach stresowych. Przyda mu się to, gdy wszyscy zaczną walić drzwiami i oknami, by zdobyć choć kawałek wywiadu od chłopaków, którzy mam nadzieję, w końcu rozkręcą się ze swoją karierą. A dziś był to jeden z dobrych kroków w tą stronę. Chciałam, by zaczęli spełniać marzenie. Wspólne marzenie.

           Celeste i Jack nie musieli mnie długo namawiać, bym w czasie mszy wykonała dla nich utwór Hallelujah, który był ostatnio na topie na takich uroczystościach. Panna młoda chciała, by było to zaśpiewane żeńskim głosem, a Liz zaproponowała mnie. Śpiewanie nie było mi obce, choć odkąd zamieszkałam w Australii, zupełnie porzuciłam tą zawodową stronę – którą odbębniałam w studiu do bajek- na rzecz amatorskiego śpiewania z chłopakami w garażu czy pod prysznicem. Na szczęście nie jest to coś, co znika na dobre, gdy się nie trenuje. Mój stres nie był też zbyt duży, bo musiałam przejść na chór, który mieścił się na samej górze tuż przy wielkich organach. Stąd miałam dobry widok na parę młodą, światków i gości, a oni raczej nie skupiali się na mnie, tylko na Jacku i Celeste.
           Po ceremonii ślubnej, przejechaliśmy do hotelu, w którym młodzi wynajęli salę, ogród i dodatkowo kilka pokoi dla przyjezdnych gości. Wznieśliśmy pierwszy toast za ich zdrowie, a Ben i Luke wygłosili wzruszającą mowę, przy której popłakało się większość zgromadzonych - głownie kobiet, w tym oczywiście ja, Liz i sama panna młoda. Potem na scenę wkroczyło całe 5 Seconds of Summer, grając piosenkę do ich pierwszego wspólnego tańca, by po tym zabawiać swoją muzyką gości przez kolejną godzinę czy półtora. Straciłam rachubę.
            Wiedziałam, że powinnam odpuścić, szczególnie w takim dniu, ale nie mogłam się powstrzymać, by nie odejść kawałek w bok i nie sprawdzić 5SOS-owej poczty. Chciałam zobaczyć, czy jest jakiś odzew po ich piosenkach w radiu, ale to co zobaczyłam przerosło moje oczekiwania. Skrzynka była pełna po brzegi. Cieszyłam się, że nie zajrzałam do niej przed wyjściem, bo wtedy pewnie skusiłabym się na to, by ją dokładnie przejrzeć, co skutkowało by spóźnieniem się do kościoła.
- Co robisz? - Podskoczyłam, kiedy obok pojawił się Luke.
- Zobacz – powiedziałam, odwracając telefon w jego stronę, by mógł lepiej widzieć. – Dostaliście pełno maili z gratulacjami od swoich fanów. Zarówno tych z YouTube, jak i całkiem nowych. Pewnie odwiedzili waszą stronę na Facebooku.
- Pokaż. – Wyciągnął mi telefon z dłoni, a potem uśmiechnął się szeroko.
- Zaczynacie robić furorę.
- To się okaże.
- Nie bądź pesymistą. Zaczyna się coś dziać. Coś… Coś dobrego i dużego.
- Wszystko dzięki temu, że mam sprytną i podstępną dziewczynę – dodał, całując mnie w policzek.
- Ja tylko wykorzystałam odpowiednią sytuację. Matko… Byłam pewna, że zapomnieli o tej płycie albo co gorsza, że ją wywalili nawet jej nie przesłuchując.
- Jak widać zrobili coś znacznie innego. Jesteś najlepsza.
- Tylko przez płytę? – zapytałam, unosząc jedną brew do góry.
- Nie, nie tylko przez płytę. Mówię o całości. – Jego usta odnalazły moje. Musnął je swoimi, nie przechodząc do pełnego pocałunku. Mimo wszystko uśmiechnęłam się pod nosem. – Naprawdę nadajesz się na naszego menadżera.
- Nie zaczynaj znowu. 
           Zaśmiał się, oddając mi telefon. Wyszłam z poczty, a następnie zablokowałam komórkę, wpychając ją do małej torebki. Luke wykorzystał ten moment, obejmując mnie ciasno. Od razu wtuliłam się w niego, ciesząc nos znanym zapachem jego perfum.
- Ponad rok temu poznaliśmy się w Londynie, a ja mam cię teraz na stałe w Australii.
- Co związku z tym?
- Dzięki tobie nasza muzyka dotarła do radia. Dzięki tobie znów jestem szczęśliwy. Ty naprawdę byłaś mi przeznaczona. Mimo dzielących nas kilometrów, jesteś. Jesteś obok mnie.
- To było urocze, Pingwinku.
- Dostanę buziaka?
- Nie jednego – powiedziałam, łapiąc go za marynarkę. 
          Przyciągnęłam go do siebie, a następnie pocałowałam. Tym razem w pełni. Czując to przyjemne łaskotanie w brzuchu i ciepło rozchodzące się po całym ciele. Może faktycznie ja i Luke byliśmy sobie przeznaczeni?
- O mój Boże! O mój Boże! Słyszeliście?!
          Odskoczyłam od blondyna tak raptownie, że ledwo ustałam na nogach. Chłopak na szczęście złapał mnie za rękę, pomagając złapać pion. Odwróciliśmy się w stronę Liz. Gdy tylko ją zobaczyłam, od razu poczułam narastający strach. Kobieta płakała.
- Co…
- Mamo, co się dzieje – rzucił szybko Hemmings, obejmując swoją rodzicielkę.
- Liz?
- Celeste jest w drugim miesiącu ciąży – wydusiła z uśmiechem. Po jej policzkach ponownie spłynęły łzy. – Właśnie oboje nam to zakomunikowali.
- Przegapiliśmy coś takiego – jęknęłam z niezadowoleniem. Spojrzałam na chłopaka, który stał z lekko rozchylonymi ustami.
- Co? Jeszcze mi powiesz, że to moja wina – mruknął w odpowiedzi, kiedy najwidoczniej jego mózg zakodował to, że zostanie wujkiem. 
- Tak się cieszę – pociągnęła Liz. Sama zaczęłam walczyć ze łzami, bo ta wielka radość bijąca od matki Hemmingsa zaczęła mi się udzielać.
- Chodź - złapałam Luke'a za dłoń. – Musimy im koniecznie pogratulować!
- Mamo, gdzie para młoda?
- Rozmawiali z ojcem przy stole szwedzkim – odparła Liz, pociągając nosem. – Idę z wami. Tyle szczęścia na raz… Tyle szczęścia –powiedziała cicho, a ja uśmiechnęłam się szeroko do Luke'a. On zaraz odpowiedział mi tym samym.



***
Już wiadomo, co stało się z płytą, która kiedyś Malia zostawiła w ABC Sydney :) W tym rozdziale nie chciałam opisywać dokładnie całego przebiegu ślubu, bo - przykro mi Jack, przykro mi Celeste - ale nie był on najważniejszy :D 

Za tydzień pojawi się ostatni rozdział tego sezonu. Zaraz po nim startujemy z numerem cztery :)

Informuję również, że od wczoraj można przeczytać moje nowe opowiadanie - MUKE - pt. The Guardian Angel. Jeśli nie macie nic przeciwko takiemu połączeniu, to serdecznie na nie zapraszam.


Dodatkowo przypominam o możliwości zadawania mi pytań odnośnie historii i bohaterów na Ask - link w kolumnie Menu :)

Pozdrawiam!

12 komentarzy:

  1. Malia to idealna kandydatka na menadżera chłopaków! Tak sobie pomyślałam, że byłoby super jakby kiedyś Luke oświadczył się Malii ♡

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę, że Ty też dajesz jej to stanowisko :)
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Błagam, żeby Malia stała się ich menadżerem, jest idealną kandydatką do tego stanowiska. Uwielbiam ją. Rozdział genialny, oczywiście.
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podobało :) Może kiedyś zaczną współpracować :)
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Świetny rozdział!
    Ja też jestem za tym żeby Malia była manadżerem chłopaków:)! Jejku, ta scenka w nowym domu, kiedy całe 5SOS biegło na złamanie karku do Malii i na koniec się wywrócili hahahaha :D Myślałam, że pęknę ze śmiechu, dobrze że nic im się nie stało:)
    Nie mogę się doczekać nastepnego rozdziału i czwartego sezonu!
    Pozdrawiam i życzę weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Cię to rozbawiło i że ogólnie się podobało :) Może coś kiedyś z tej ich współpracy wyjdzie - to się okażę, ja nic nie zdradzam :)
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. W końcu wiadomo, co stało się z płytą :D Super, że ich kawałki pojawiły się w radiu. Matko to była nieziemska akcja, jak pobiegli przestraszeni w jej stronę XD Cudnie! I jeszcze Luke zostanie wujkiem!
    Czekam na ciąg dalszy :)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tajemnica płyty rozwiązana :) Cieszę się, że rozdział się spodobał :)
      Pozdrawiam

      Usuń
  5. Ha! Jam jest wróżbita Maciej! Przewidzialam ze puszcza ich piosenkę w radiu. A tak na serio to super rozdział. Podoba mi się Twój styl pisania. Normalnie aż miło się czyta. Uwielbiam sceny z tymi wariantami. Zawsze muszą coś odpalić. Hymn... Luke będzie wujkiem. * mina psychopaty * ciekawe czy Maria kiedyś sprawi mu taką niespodziankę. :** pozdrawiam i czekam na kolejny rozdział. ~Justyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Malia* głupia autokorekta

      Usuń
    2. Dzięki za komentarz :) Cieszę się, że rozdział Ci się podoba. Jak widzę Twoje przypuszczenia się sprawdziły :) Na razie nie przewiduję, by zostali szybko rodzicami, ale kto wie - zawsze wszystko może się zmienić :)
      Pozdrawiam

      Usuń