piątek, 19 lutego 2016

S4 - Rozdział 1

Sydney, 16 maja 2013 roku


            Nawet nie będę zaprzeczać, że pojawienie się piosenek 5 Seconds of Summer w radio, wywołało dość spory bum na ich muzykę. Zespół zdobył dzięki temu jeszcze więcej fanów, którzy byli widoczni i aktywni na portalach społecznościowych oraz na YouTube. Codziennie przybywało wyświetleń, co wzbudzało w nas coraz większy entuzjazm. Chłopaki wzbogacali swój kanał o zdjęcia i filmiki, a głównym prowodyrem tego wszystkiego był Irwin. Nic nie stanęło mu na drodze, by biegać za resztą z telefonem i uwieczniać to, co aktualnie robią.
           Z początkiem marca powstała też firma CALMM Manager Group. Na razie jednoosobowa. Nazwa powstała oczywiście z pierwszych liter naszych imion. Na ten genialny pomysł wpadł Michael, kiedy zaangażowałam chłopaków by pomogli mi coś wymyślić. Pominę to, że podawali mi same durne przykłady – a Calum szczególnie mocno uparł się na Unicorns Star. Zdecydowanie nie chciałam być kojarzona z jednorożcami.
            Po wypełnieniu wszystkich kwestionariuszy i innych formalności, a także zgłoszeniu wszystkiego w urzędzie, mogłam legalnie zacząć pracę, jako menadżer. Aby jednak przygarnąć pod swoje skrzydła chłopaków, trzeba było znów pogrążyć się w umowach i papierach. Najpierw jednak spotkałam się z rodzicami Clifforda, którzy byli znakomitymi adwokatami. Od razu również podpisałam umowę z nimi, aby mieć oficjalne zaplecze prawne w postaci ich kancelarii. Mieli oni pomagać mi przy tych wszystkich kruczkach, a także sprawdzać przyszłe umowy właśnie pod tym kątem. Wspólnie również stworzyliśmy kolejne pismo, które podpisali chłopaki. Dopiero wtedy mogłam nazywać się ich pełnoprawnym menadżerem. Dodatkowo byłam także ich pośrednikiem, w kontaktach z innymi.
           Na tym jednak nie skończyła się nasza początkowa praca. Zostało założone osobne konto, na które wpływały zarobione przez nich pieniądze. Wiedziałam, że taka robota to wielka biurokracja, ale trzeba było mieć wszystko udokumentowane czarno na białym. Pierwsze wpłaty pochodziły od nas, bo trzeba było mieć jakąś bazę, by jeszcze mocniej to rozruszać. Zaproponowałam również, że możemy skorzystać z całości moich oszczędności na w razie czego, ale Luke stanowczo odmówił. Nie chciał się zgodzić i niemalże się o to pokłóciliśmy. W końcu jednak musiałam zgodzić się z argumentem chłopaka i przyznać mu rację. Zawsze przecież mogło pójść coś nie tak, a powinniśmy mieć coś na czarną godzinę. Dlatego to Hemmings wyłożył swoje zapasowe pieniądze. Dorzucili się do tego także chłopaki. Między innymi dzięki temu mogliśmy założyć profesjonalną stronę internetową i opłacić moderatorów i webmasterów.
            Dodatkowym źródłem dochodów okazały się być gadżety. Udało mi się podpisać i wynegocjować korzystną umowę z firmą, która kilka razy zrobiła dla mnie koszulki na zamówienie. Warunki były jasne i przejrzyste. Nie płaciliśmy z góry, a tylko za faktyczne zamówione rzeczy. Wystartowaliśmy z dwoma rodzajami koszulek – krótki i długi rękaw, zarówno dla pań, jak i panów, w dwóch kolorach: czarnym i białym oraz z opaskami na rękę. Wszystko było z logiem lub pełną nazwą zespołu. Po jakimś czasie, kiedy te gadżety zaczęły się dobrze sprzedawać, poszerzyliśmy ofertę o zwykłe bluzy, jak i te z kapturem, a także o breloczki i etui na telefony.
            Po tym, jak utwory chłopaków zaistniały w radio ABC Sydney, zespół zaczął dostawać coraz to więcej propozycji występów. I to płatnych. Kwestią czasu było, jak cała czwórka rzuci pracę. I tak faktycznie się stało. Dochody może nie były zbyt wielkie, ale na swój sposób satysfakcjonujące. W końcu chłopaki przestali grać za darmo. Zaczęli małymi krokami spełniać marzenia, zarabiając w sposób, w który kochali. Grając. Oprócz tego w ich życie weszły sporadyczne wywiady, które dzięki stronie i portalom zostały nagłaśniane jeszcze bardziej.
            Dziś był ich wielki dzień. Mianowicie udało nam się podjąć współpracę ze studiem. Zespół w końcu miał okazję nagrać swoje kawałki w profesjonalnym miejscu. Do tego wynegocjowaliśmy dobry procent od internetowej sprzedaży. Mieli, bowiem zebrać kilka ich najlepszych utworów i zrobić z tego wirtualny mini album. Ja sama byłam tym faktem mocno podekscytowana. Nie mogłam im jednak dzisiaj towarzyszyć, bo nadal miałam swoją drugą pracę - ratownika medycznego. Chłopaki mieli dać mi znać, gdyby coś im nie pasowało lub gdyby firma zaczęła odchodzić od uzgodnionych warunków. Na szczęście mój telefon odezwa się tylko raz i to nie w sytuacji kryzysowej. Michael, Luke, Calum i Ashton zadzwonili po prostu w połowie nagrania, by zdać mi relację, co było naprawdę słodkie z ich strony, szczególnie, że jeden nawijał przez drugiego, a ich entuzjazm nie słabł. Cieszyłam się tym, co zaczynają osiągać.

            Wpadłam do domu z zakupami. Nie powiem, ale byłam wykończona. Od rana siedziałam na zajęciach, a potem w szpitalu lub w karetce. W międzyczasie sprawdzałam i odpisywałam na nowe maile, które znalazłam w skrzynce zespołu i na poczcie CALMM Manager Group. Na dłuższej przerwie w robocie odwaliłam jeszcze zadanie zlecone nam przez jednego z wykładowców oraz na szybko przeczytałam jeden rozdział z książki, który mieliśmy omawiać na ćwiczeniach. Dziwiłam się, że po takiej intensywności i wytężania mózgu jestem jeszcze w stanie normalnie funkcjonować.
            Rozpakowałam zakupy, a następnie zabrałam się za robienie kolacji. Miałam ochotę na normalny ciepły posiłek, szczególnie, że dzisiaj jechałam na samych zakąskach czy słodkich rogalach z czekoladą, które zakupiłam w szpitalnym kiosku. O obiedzie czy lunchu mogłam pomarzyć, bo było mnóstwo innych ważniejszych rzeczy do zrobienia.
            Zsunęłam ostatniego omleta na talerz, kiedy drzwi frontowe otworzyły się. Uniosłam brwi do góry. Luke twierdził, że wróci do domu o wiele później. Najwidoczniej, jakoś wyrobili się w normalnym czasie.
- Cześć!
- Cześć! Opowiadaj, jak było – rzuciłam, nawet na niego nie patrząc. Byłam, bowiem zajęta wyciskaniem na omlety podwójnej warstwy czekolady. Matko… Cholernie chciałam już to zjeść. Nie, nie zjeść. Ja to chciałam wręcz pożreć.
- Było super.
- Toś się rozgadał – mruknęłam, przekręcając oczami.
- Najpierw nagraliśmy muzykę – odpowiedział, a ja wyczułam, że się uśmiecha. Usłyszałam, jak odkłada na bok futerał z gitarą. – Dopiero potem poszedł wokal i refreny.
- Zadowoleni?
- Jak najbardziej. Jestem ciekaw kiedy to będzie gotowe.
- Dadzą znać.
- Dostanę chociaż buziaka?
- Pewnie. - Odwróciłam się w jego stronę, jak tylko blondyn znalazł się obok mnie. Podniosłam głowę do góry, by móc spojrzeć w jego błękitne tęczówki, ale coś nagle odwróciło moją uwagę. – Co ty masz na twarzy?
- Fajny? – zapytał zadowolony, wskazując palcem kolczyk w dolnej wardze.
            Luke od dłuższego czasu nawijał o tym, że chce sobie zrobić właśnie taką ozdobę, ale nie sądziłam, że tak nagle zrealizuje swój plan. Mała kulka nie była, aż tak mocno widoczna, za to jego napuchnięta i zaczerwieniona warga owszem. Miałam nadzieję, że dokładnie wyjaśnili mu, jak o takie cudo zadbać, by potem nie miał problemów i nie złapał jakieś pieprzonej infekcji.
- I jak? – drążył Hemmings.
- Podoba mi się – rzuciłam zgodnie z prawdą. W sumie nie miałam nic przeciwko kolczykom, a ten u niego prezentował się naprawdę dobrze. – Pasuje ci. – Luke uśmiechnął się szeroko, a potem syknął cicho z bólu. – Pewnie nic nie zjesz?
- Chyba dzisiaj spasuje.
- Okej, więcej dla mnie.
- To było podłe.
- Nie ja zrobiłam sobie kolczyk – skwitowałam, a następnie cmoknęłam go w drugi kącik ust, aby nie trafić w jego czułe miejsce po przeciwnej stronie. – Oby szybko się zagoiło. I musisz zadbać o higienę.
- Tak, wiem. Wszystko mi wyjaśniono.
- Świetnie. – Złapałam za talerz z omletami i usiadłam przy stole. Luke zajął miejsce obok. Wlepił oczy w moje jedzenie. – Jesteś głodny. - To nawet nie było z mojej strony pytanie, a czyste stwierdzenie. Było to po nim widać.
- Wytrzymam. - Przekręciłam oczami, a następnie wstałam z miejsca. Z suszarki wyciągnęłam czysty widelec. Wróciłam z nim do stołu, podając mu go. Zmarszczył lekko nos.
- Bież małe kawałki i jedz na drugiej stronie.
- Mogę? 
- Częstuj się, Pingwinku. – Uśmiechnął się, przybliżając swoje krzesło jeszcze bardziej w moją stronę. Przesunęłam omlety tak, by znalazły się między nami. – Zrobiłeś to po nagraniu?
- Tak.
- Czemu nic nie powiedziałeś?
- Niespodzianka – rzucił, nabierając maleńki kawałek omleta na widelec. – Chciałem cię zaskoczyć.
- Udało się. Liz już to widziała? – Pokręcił głową. – A wiedziała, że chcesz to zrobić? – Znów pokręcił głową. – To nie mogę się doczekać jej reakcji.
- Jestem dorosły i mogę robić, co chcę.
- Jesteś syneczkiem mamusi – zagruchałam, a on prychnął pod nosem. Parsknęłam śmiechem. – Nie da się ukryć.
- Zejdź ze mnie. Lepiej powiedz, jak tobie minął dzień.
- Pracowicie.
- I tyle?
- Dużo roboty, mało czasu, ale jest okej. Wszystko, jak na razie ogarniam. Mieliśmy trochę roboty przy wypadku na obrzeżach Sydney. Zderzyły się dwa samochody. Na szczęście żadnych ofiar śmiertelnych.
- Mówisz, jakbyś nadal była na zmianie.
- Nie podam ci zbyt wielu szczegółów.
- Bo?
- Bo jesteś w trakcie jedzenia – odpowiedziałam, a on zaśmiał się. Przybliżył się do mnie i cmoknął mnie w nos. Skrzywił się lekko z bólu. – Uważaj.
- Staram się, ale zapominam.
- Starasz, ale zapominasz, okej… Na jak długo jesteś wyłączony z łóżkowej zabawy?
- Co?!
- No, wiesz… Skoro tak cię boli…
- Nic mnie nie boli.
- Typowe – skwitowałam, a potem parsknęłam śmiechem. Luke mruknął coś pod nosem, ale po chwili sam się zaśmiał. Wiedział, że go podpuszczam. 



***
Pierwszy rozdział sezonu numer cztery za nami! Tym razem mamy mały przeskok w czasie. Jest to część typowo wprowadzająca, do nowej sytuacji, jaką mają nasi bohaterowie. Dodatkowo Luke w końcu w tej historii zyskał swoją znaną ozdobę :) Ktoś w ogóle zwrócił uwagę, że wcześniej nic takiego nie miał - nie? Tak myślałam :D

Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu.

Dziękuję za wszystkie komentarze, które otrzymuję pod rozdziałami! To naprawdę dobra motywacja :)

Standardowo przypominam o Asku, gdzie możecie zadawać mi pytania odnośnie fabuły i bohaterów. Link w kolumnie Menu :)

Rozdział numer dwa pojawi się klasycznie w następny piątek.

Pozdrawiam!

8 komentarzy:

  1. Haha, szczerze to nie zauważyłam nawet, że nie ma tego kolczyka. Chłopaki rozkręcają się ze swoją karierą. Cudownie!
    Nie mogę się doczekać następnego rozdziału :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahah tak myślałam, że niektórzy z was mogą tego nie zauważyć :)
      Dzięki za komentarz :)

      Usuń
  2. Jak tylko przeczytałam "Co ty masz na twarzy?" od razu pomyślałam "Jeju... Czy on sobie zrobił dziare na pół twarzy?" ale kiedy przeczytałam, że to tylko kolczyk, zaczęłam się śmiać, że ja tak pomyślałam :D
    Jak zwykle super rozdział, życzę weny.
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za to, jak ja przeczytałam Twój komentarz to mi zaraz scenka z Kac Vegas 2 wyskoczyła przed oczami XD I też parsknęłam śmiechem, bo wyobraziłam sobie Luka z takim tatuażem XD
      Cieszę się, że się podobał.
      Dzięki za komentarz, który mnie rozbawił :)
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Genialny rozdział, rzeczywiście nie zauważyłam wcześniej, że Luke nie miał kolczyka. Bardzo się cieszę, że chłopaki rozkręcają swoją karierę. Podziwiam Malię, że daje rade żyć w tak szybkim tempie.
    Czekam na następny rozdział
    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki bardzo :) Cieszę się, że Ci się podobało :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Widzę, że małymi krokami, ale do przodu :) Nie mogę się doczekać, co ta ich wspólna współpraca przyniesie :) Wiesz, że ja też nie zatrybiłam tego, że Luke nie ma tego kolczyka? Jestem tak do niego przyzwyczajona, że mój mózg tego nie wychwycił :)
    Czekam na nn
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może przyniesie coś dobrego, a może nie :) Czas pokaże. Hahaha tak właśnie myślałam XD
      Pozdrawiam!

      Usuń