piątek, 29 kwietnia 2016

S4 - Rozdział 11

Sydney, 3 lipca 2013 roku


               Cała sytuacja z pracą w domu była dla mnie nowa. Zaczął się dopiero drugi dzień, a ja nadal nie mogłam przywyknąć do tego, że nie muszę nigdzie wychodzić – żaden dyżur, ani uczelnia (bo rok akademicki dobiegł końca) nie była już w zasięgu mojego zainteresowania. Teraz w pełni mogłam skupić się na CALMM Manager Group. A że całe moje biuro mieściło się w domu, to nawet nie byłam zmuszona zrzucać z siebie piżamy, w której paradowałam do południa.
                 Nie mniej jednak praca w domu miała też swoje minusy. Rozproszeniem były domowe obowiązki, które usilnie odwracały moją uwagę od komputera i dokumentów. Przecież jest jeszcze tyle do zrobienia – trzeba ogarnąć kuchnię i łazienkę, nastawić pranie i… Kiedy zorientowałam się, że siedzę przed laptopem i zamiast robić coś produktywnego w kierunku 5 Seconds of Summer, ja wymyślałam sobie nowe zadania do zrobienia w domu, postanowiłam udawać, że jestem w prawdziwym biurze, które mieści się z daleka od miejsca zamieszkania. Dodatkowo chłopaki krążyli między piwnicą, a kuchnią, również skutecznie odciągając mnie od pracy. Dzisiaj mieli próbę, ale na szczęście pomieszczenie, w którym przebywali było dźwiękoszczelne, więc nic nie słyszałam. Od czasu do czasu, któryś z nich pojawiał się na horyzoncie, wymieniając przelotnie ze mną kilka słów.
                 Najgorszą robotę zostawiłam sobie na koniec. Jako menadżer musiałam mieć wgląd w najnowsze statystyki kupna ich internetowej płyty, zainteresowania nimi w sieci i wzrostem fanów, którzy objawiali się przez liczne subskrypcje, polubienia czy obserwowania na portalach społecznościowych. A nie powiem, liczby te zmieniały się cały czas. Tworzenie takich raportów było żmudne, ale z drugiej strony dość satysfakcjonujące, gdy widziało się ewidentny postęp i wzrost liczby zainteresowanych muzyką 5 Seconds of Summer.
- Potrzebuję cię.
                  Podniosłam głowę znad ekranu, spoglądając na Michaela. Uniosłam jedną brew do góry, kiedy chłopak uśmiechnął się lekko. Zmierzyłam dokładnie całą jego sylwetkę. Dopiero po chwili zauważyłam wyciągniętą w moją stronę dłoń. A potem nieszczęsny skaleczony palec. Krew lekko wypływała mu spod paznokcia, który zrobił się cały czerwony.
- Co się stało? – zapytałam, wstając od stołu.
- Zahaczyłem się o strunę. – Zerknęłam na niego, mrugając oczami. Dobra… Nie wnikam, jak on to zrobił. Ale to Clifford. Po nim można spodziewać się wszystkiego. – Wlazła mi pod paznokieć, a ja pociągnąłem w górę zbyt raptownie i... Cholernie szczypie.
- Zaraz się tym zajmiemy – powiedziałam, przechodząc do łazienki, która mieściła się zaraz obok wejścia do piwnicy. 
                 Z białej szuflady, która robiła mi za domową apteczkę, bo było tam dosłownie wszystko, wyciągnęłam najpotrzebniejsze rzeczy. Następnie wróciłam do chłopaka. Wskazałam mu wolne krzesło. Michael posłusznie na nim usiadł, wyciągając w moją stronę rękę.
- Zrobisz tak, bym mógł dalej grać?
- To raczej dzisiaj będzie mało prawdopodobne, bo muszę go zawinąć na czubku – powiedziałam, zabierając się za robienie opatrunku. Ówcześnie oczywiście oczyściłam ranę. Dodatkowo popsikałam ją specjalnym preparatem, który wspomaga gojenie.
- Dostanę zwolnienie? – zapytał ze śmiechem.
- Masz jednodniowe zwolnienie. Jutro powinno być już okej, ale uważaj na tego palca.
- Się wie – rzucił, zginając go. Biały opatrunek mignął mi przed oczami. Michael zaśmiał się. – Jest mało punk rockowy – skwitował, kręcąc nosem.
- Poczekaj.
                Odwróciłam się w stronę zawalonego stołu. Spod papierów wyciągnęłam czarnego markera. Złapałam ponownie jego dłoń. Ściągnęłam osłonkę i zaczęłam tworzyć małe dzieło. Po chwili na bandażu wymalowała się uśmiechnięta buźka, z wytkniętym na wierzch językiem oraz podniesionymi do góry dwoma palcami.
- Czadowo – podsumował moją pracę, Clifford. – Wrzucę to na Twittera.

                 Chłopaki nie widzieli sensu, by siedzieć dalej na próbie, skoro ich gitarzysta przez skaleczonego palca był dzisiaj wyautowany z grania. Dlatego rozeszli się do siebie, ustalając kolejne spotkanie, które miało się odbyć jutro z samego rana. Już widzę, jak wstają o świcie, by zabunkrować się w piwnicy. Nie byłam pod tym względem tak naiwna, by im uwierzyć, że dadzą radę podnieść tyłki o tak wczesnej porze. Znając ich, zbiorą się po południu, nadal jęcząc, że są zmęczeni i niewyspani. Dopiero później zaczną się rozkręcać i wracać do normalnego funkcjonowania.
                   Miałam nadzieję na to, że resztę dnia spędzę z Lukiem. Skoro nie miał już nic do roboty, ja również mogłam skrócić czas swojej pracy. Pomyślałam o tym, aby wybrać się na plażę lub na jakiś spacer po okolicy, bo powoli miałam dosyć siedzenia w domu. Wracając, moglibyśmy zrobić zakupy. Takie połączenie dobrego z pożytecznym.
                  Jednak nie zdążyłam mu tego zaproponować. Hemmings pokręcił się po domu, a potem zaczął się ubierać. Informacja jaką mi przekazał, wcale mi się nie spodobała. Mianowicie komputer Ashley znowu robił problemy, a Luke był jej ostatnią deską ratunku. Jakby blondyn był specjalistą od informatyki. To już Michael bardziej znał się na tego typu pracach.
- Może po prostu niech odda go do naprawy – rzuciłam, zatrzymując ciemne oczy na chłopaku, który zarzucał na siebie koszulę w kratę.
- Pewnie i tak będzie musiała to zrobić. Chodzi o to, że szuka pracy i musi wysłać pilnie, jakieś dokumenty. Spróbuję go trochę podrasować, to może jeszcze trochę pociągnie. – Skrzywiłam się, wracając do swojego laptopa. W głowach obsmarowywałam Ashley takimi epitetami, że gdzieś wewnętrznie mi odrobinę ulżyło. – Malia?
- Tak? – Ponownie spojrzałam na Hemmingsa.
- Nie będę u niej długo.
- Zdążysz na kolację? – Luke uśmiechnął się, a następnie podszedł do mnie. Pocałował mnie szybko, sprawiając, że poczułam przyjemną, acz krótką falę ciepła.
- Pewnie, że zdążę. Siódma?
- Siódma. Jakieś specjalne życzenia?
- Zrobisz ryż z warzywami i kawałkami kurczaka na ostro?
- Warzywa?
- Mam na nie ochotę – powiedział ze śmiechem.
- Jesteś w ciąży? – zapytałam, nie mogąc się powstrzymać. Luke przekręcił oczami, łapiąc za kluczyki od swojego samochodu.
- Pominę odpowiedź.
- Idź już. Im szybciej wyjdziesz, tym szybciej wrócisz – odparłam, machając na niego ręką.
- Idę, idę – rzucił, ponownie przybliżając się. Pocałował mnie raz jeszcze, a następnie skierował się w stronę wyjścia. Jak tylko zamknęły się za nim drzwi, przetarłam dłońmi twarz. Moja zbyt wygórowana duma znowu nie pozwoliła mi powiedzieć wprost tego, że te ich ciągłe spotkania wcale mi się nie podobają. Chyba sobie pogratuluję.

                Wychodząc z domu natknęłam się na Liz, która również wybierała się do pobliskiego supermarketu. Takim oto sposobem zyskałam towarzysza w zakupach. A nie powiem, była to miła odskocznia od takich samotnych wypraw, które ostatnio często mi się zdarzały.
               Pani Hemmings nie byłaby sobą, gdyby oczywiście nie wypytała się o Luke’a i chłopaków. Postanowiłam jednak przemilczeć to, gdzie w danej chwili przebywa jej syn. Wiedziałam, że po tym co zrobiła mu Ashley, Liz nie będzie zadowolona z tego, że ta panna znowu kręci się wokół niego. W sumie miałam naprawdę wielką ochotę jej się wygadać, ale z drugiej strony nie chciałam robić nie wiadomo, jak wielkiej afery. A pewnie takowa mogłaby się pojawić, gdyby Liz wykonała do niego jeden telefon. Moja osoba wtedy stałaby się ogniwem zapalnym. Nie chciałam ponownie kłócić się z Hemmingsem.
              Myśląc tak o całej tej Ashley, zdałam sobie sprawę z tego, że gdyby ona nie rzuciła go w tym konkretnym momencie, mogłoby nigdy nie dojść do naszego spotkania. Wycieczka do Londynu mogłaby się nie odbyć, a co za tym idzie, ja i Luke nie bylibyśmy razem. Przedświąteczny wyjazd do Anglii miał poprawić mu humor. I tak się na szczęście stało. Obydwoje na tym zyskaliśmy. Dlaczego jednak nie mogłoby być tak, że Ashley zostałaby na zawsze, tylko przykrą historią? Dlaczego musiała na nowo powrócić?

               Jak tylko wróciłam do domu, zabrałam się za przyszykowanie kolacji. Danie, które wymyślił sobie Luke nie było zbyt skomplikowane, więc nie musiałam wydziwiać. Szybko się z nim uporałam, kończąc je przed siódmą. Podczas gotowania, zaglądałam też na służbowego maila. Byłam z siebie naprawdę zadowolona, że jestem teraz z tym wszystkim na bieżąco. A nie ukrywam, że czasem liczba korespondencji mnie przerażała. Pisali na ten adres wszyscy – osoby, z którymi współpracowaliśmy, jak webmasterzy czy firma produkując nasze fanowskie gadżety, dziennikarze, pracownicy klubów i studia, a także fani zespołu, którzy nie tylko składali zamówienia, ale kierowali w stronę zespołu wiele pięknych i ciepłych słów.
                Luke jednak nie przyszedł. Nie dostałam od niego żadnej wiadomości, która by chociaż mnie uprzedziła o tym, że się spóźni. Mijały kolejne długie minuty, a potem kolejna godzina. Chłopaka dalej nie było. Kiedy próbowałam się do niego dodzwonić, zaraz odzywała się poczta głosowa. To oznaczało, że blondynowi najzwyczajniej w świecie padł telefon. Jednak był u tej całej Ashley, więc nie mógł poprosić o ładowarkę i napisać jednego pieprzonego sms-a?
                Zjadłam samotnie odrobinę kolacji. Byłam tak wkurzona i zawiedziona, że nie dałam rady wcisnąć w siebie nic więcej. Posprzątałam wszystko w kuchni, a następnie przeszłam do salonu. Padłam na kanapę, czując narastającą z każdą chwilą irytację. Jakby nie patrzeć zostałam wystawiona po raz drugi, choć za pierwszym razem Hemmings nie miał pojęcia o mojej małej niespodziance, która okazał się być niewypałem. Zerknęłam raz jeszcze na telefon, mając nadzieję na to, że być może przeoczyłam wiadomość od niego. Gorzka prawda jednak sprowadziła mnie na ziemię. Nic. Zero. Zrobiło mi się cholernie przykro.
                Złapałam za koc, owijając się nim dookoła. Wygląda na to, że wspólnie spędzony wieczór, zostanie wieczorem, tylko moim. Moim i telewizora. Chociaż i tak przez to wszystko ledwo mogłam się skupić na tym, co leci. Moje myśli krążyły wokół Luke'a i Ashley, którzy nadal pewnie byli razem. Zaczęłam się zastanawiać, co takiego zrobiłam, że los zaczyna drwić ze mnie po raz kolejny. Gdzieś w środku czułam, że to wszystko nie skończy się dobrze. Była to dość przerażająca perspektywa, która blokowała mnie przed tym, by w końcu nie wygarnąć wszystkiego Hemmingsowi. Bałam się tego, że takim wybuchem też niczego nie naprawię, a stracę na tym jeszcze bardziej. Zaczynały się we mnie odzywać prawdziwe paradoksy. Miałam wrażenie, jakbym jechała kolejką górską, nie wiedząc, co zadrży się za chwilę. Uda się dojechać do celu czy może w czasie drogi wydarzy się wypadek i wszystko się posypie?

                Drgnęłam w miejscu, słysząc otwierające się drzwi. Zerknęłam na zegarek. Było po dziesiątej. Jaśnie pan w końcu zawitał do domu. Spojrzałam na niego, czując, że znów potęguje się we mnie złość. Odruchowo zacisnęłam mocniej zęby, starając się nimi nie zgrzytać.
               Chłopak odwrócił się, a jego błękitne oczy zatrzymały się wprost na mnie. Uśmiechnął się przepraszająco, wchodząc w głąb pomieszczenia. Usiadł obok, a ja od razu odsunęłam się od niego. Luke spuścił głowę, ale po chwili znów na mnie spojrzał. Przygryzł lekko wargę. Wyciągnął rękę, ale ona zamarła w połowie drogi, kiedy się odezwałam.
- Nawet nie próbuj – wydusiłam z siebie, mocniej zagrzebując się w kocu.
- Przepraszam, przeciągnęło się…
- Nie mogłeś mnie do cholery uprzedzić?!
- Możesz nie podnosić na mnie głosu? – odparł spokojnym tonem.
                To wkurzyło mnie jeszcze bardziej, bo Luke najwidoczniej w ogóle nie widział żadnego problemu. Prychnęłam pod nosem. Odrzuciłam koc i szybko wstałam z kanapy. Poszłam do kuchni. Po chwili usłyszałam jego kroki. Był tuż za mną. Złapałam za szklankę z napojem, która stała tam prawie od kolacji. Gazowany napój stracił swoje bąbelki. W sumie teraz miałam to gdzieś. Upiłam mały łyk.
- Malia?
- Jedna pieprzona wiadomość, by wystarczyła – pociągnęłam, odwracając się do niego. Spojrzałam na chłopaka z nieukrywanym żalem.
- Padł mi telef…
- Tak? Byłeś w miejscu bez prądu czy jak? Nie wierzą, że ta cała Ashley nie pożyczyłaby ci na moment ładowarki.
- Nie rób scen, o coś takiego!
- O coś takiego?! Czekałam na ciebie z pieprzoną kolacją! Powiedziałeś, że przyjdziesz! Wiesz… wiesz, jak się czuję?! Olana. I to po całości przez swojego faceta, który znowu polazł do swojej byłej dziewczyny!
- Jesteś zazdrosna?
- Pieprz się – wysyczałam, odkładając szklankę do zlewu.
- Teraz przynajmniej wiesz, jak ja się czułem, kiedy olewałaś mnie dla pracy!
- To dwie inne rzeczy! – warknęłam przez zaciśnięte zęby. – Ciągnęłam pieprzone dwa etaty i do tego miałam studia! Stawałam na głowie, by zrobić wszystko dla twojego zespołu! Dla ciebie i chłopaków! Teraz przynajmniej wiem, że masz to w dupie! Jedyne, co potrafiłeś robić, to wieczne jęczenia i wyrzuty! Doceń do cholery cudzą pracę, Luke!
- Malia? – zapytał cicho, kiedy w moich oczach zgromadziły się łzy.
- Daj mi święty spokój.
- Nie, poczekaj…
               Złapał mnie za dłoń, ale ja szybko wyrwałam się z jego uścisku. Zrobiło mi się gorąco od tego, jak bardzo próbowałam powstrzymać się przed tym, by z frustracji się nie rozpłakać. Naprawdę miałam tego wszystkiego powyżej uszu. Zapragnęłam na nowo znaleźć się w Londynie i odciąć się od tego wszystkie na długo. 
               Odwróciłam się na piecie, szybko ruszając w stronę schodów. Wpadłam na górę, a następnie weszłam do łazienki, zamykając za sobą drzwi. Przekręciłam zamek. Nie miałam ochoty dłużej na niego patrzeć.
- Malia, proszę – powiedział cicho, zapewne przyciskając policzek do zimnych drzwi. Zauważyłam, jak poruszyła się klamka. – Porozmawiaj ze mną na spokojnie.
                Odpowiedziała mu cisza. Postanowiłam zupełnie nie reagować. Spokojna rozmowa w tym momencie nie miała sensu, kiedy tak mocno buzowały we mnie emocje. Luke może i już się uspokoił, ale ja nadal byłam wkurzona. Najpierw sama musiałam się ogarnąć, by móc się z nim zmierzyć.
                 Usiadłam na brzegu wanny, ignorując jego kolejne prośby i nawoływania. Zamknęłam oczy, czując, jak zaczynają mnie piec. Zamrugałam kilkakrotnie, starając się pozbyć łez, które się w nich zgromadziły. Spuściłam głowę, biorąc powolne głębokie oddechy. Starałam się wyrzuć z siebie te wszystkie negatywne emocje. W końcu po drugiej stronie drzwi zrobiło się cicho, co oznaczało, że Luke odpuścił.
                Nie wiem, ile dokładnie siedziałam w łazience. Nie miałam przy sobie zegarka. Czas odrobinę mi się dłużył, ale obstawiałam, że mogło minąć ponad pół godziny. Może trochę dłużej. Nie uspokoiłam się całkowicie. Gorycz i żal nadal się we mnie tliła. Jednak byłam już bardziej opanowana i gotowa na to, by w końcu opuścić białe pomieszczenie. Do tego poczułam się zmęczona i marzyłam o łóżku. Może jutro będzie lepiej?
                Wstałam i podeszłam do drzwi. Przekręciłam zamek. Powoli wyszłam na korytarz. Mój wzrok od razu natrafił na siedzącego pod ścianą chłopaka. Luke wcale nie odszedł, a tkwił przy łazience dalej, zapewne czekając na to, aż w końcu się z niej wyłonię. Nawet nie ukrywałam tego, że byłam tym faktem mocno zaskoczona. Nasze spojrzenia spotkały się ze sobą. Hemmings dźwignął się na nogi.
- Przepraszam – powiedział cicho. – Nie powinienem mówić tego wszystkiego. Doceniam, to co robisz. Doceniam wszystko, co robisz, bo nie każdy by to wytrzymał. Nigdy nie chciałem, byś poczuła się odrzucona. Przyznam się, że nawet nie pomyślałem o tym, by podładować u niej telefon i uprzedzić cię o tym, że wrócę później. Nie zignorowałem naszej kolacji. Ale nawaliłem i za to cię przepraszam. – Spojrzał na mnie z nadzieją w oczach. Przygryzł lekko wargę. Po jego słowach nie potrafiłam się na niego wkurzać. – Wiem… wiem, że jej nie lubisz. – O tak, Hemmigs spierdol to na nowo, wspominając o niej znowu. Zacisnęłam zęby, ale nie przerwałam mu. Gdzieś w środku chciałam, by kontynuował. – Zdaję sobie sprawę, jak to może wyglądać, ale ja nigdy bym cię nie skrzywdził. Między nami nic nie ma. Jesteśmy na płaszczyźnie zwykłych znajomych. Tylko jej pomagałem. Wynagrodzę ci to, że ostatnio zostawiałem cię ciągle samą. Tylko daj mi szansę.
               Wstrzymałam oddech, kiedy się do mnie zbliżył. Objął mnie lekko ramionami. Jednak kiedy zauważył, że nie mam zamiaru go odepchnąć, jego uścisk wzmocnił się. Poczułam znane perfumy, gdy wtuliłam się w jego klatkę piersiową. Tak powinno być, choć wiedziałam, że nie da się uniknąć kłótni i sprzeczek. To nie było możliwe.
- Ja też przepraszam. Nie powinnam…
- Nie przepraszaj. Wcale ci się nie dziwię – przerwał mi, całując moją skroń. – Naprawię to, okej? 
               Uśmiechnęłam się delikatnie, kiwając jednocześnie głową. I naprawdę chciałam w to wierzyć. Naprawdę chciałam uwierzyć w każde jego słowo. Jednak coś podpowiadało mi, że nie będzie tak pięknie i idealnie, jak to sobie wymyślił. Że i tak zgubiliśmy to coś, co było między nami. Coś, co dawało nam siłę, by stawiać czoła problemom. Miałam wrażenie, że odsuwamy się na dwa końce mostu, który niebezpiecznie zaczyna się rozpadać. Ile jeszcze razy będziemy się o to kłócić? Ile jeszcze wytrzyma ta druga strona? Nie potrafiłam znaleźć na to odpowiedzi, co powodowało, że przyszłość nie budowała się już tak beztrosko, jak dawniej. Coraz częściej pojawiały się w mojej głowie obawy, z którymi bałam się walczyć. Może faktycznie zbyt szybko stwarzałam sobie czarne scenariusze?


***
Michael się skaleczył, a ta dwójka nadal się kłóci. Może po słowach Luke'a to się w końcu zmieni? Kto wie :)
Mam nadzieję, że mimo wszystko rozdział Wam się spodobał :)

Standardowo przypominam o Asku i Twitterze - @RoxyDonau :)

Do następnego piątku.

Pozdrawiam!

7 komentarzy:

  1. Luke tak bardzo cię uwielbiam, ale teraz mam ochotę ci wpierdolić serio kretynie jak możesz się tak zachowywać i być na każde zawołanie tej pizdy Ashley! Ogarnij się puki masz jeszcze czas i okazję na poprawę. Malia mogłaś mu bardziej pojechać i wygadać Liz, może ona by potrząsnęła synalkiem. Zupełnie nie podoba mi się to, co się dzieje między nimi. Nam nadzieję, że nie dążysz do ich zerwania Roxy. Michael z tym palcem był przeuroczy :)
    Świetny rozdział, czekam na kolejny :)
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uuu... Poszedł agresor w stronę Hemmo XD Nawet nie zaprzeczę, że zbyt dobrze u nich nie jest - ale żeby myśleć o ich rozstaniu... w sumie sama nie wiem, co może z tego wyjść :)
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Luke troche przypomina mojego chlopaka :D oboje sa niemal identyczni, tylko, ze ten moj "kretyn" nie raczy przeprosic, ale walic to :D Malia, badz twarda kobieta i pokaz kto rzadzi w tym domu! :D Rozdzial jak zwykle wspanialy <3 zycze weny :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faceci :P Cieszę się, że Ci się podobało :)
      Dzięki za komentarz
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  3. Ugh, Luke ogarnij się w końcu, jak jeszcze nie jest za późno!
    Nie możesz pojąć chłopie, że masz przy sobie tak wspaniałą dziewczynę, która stara się dla Ciebie i chłopaków? To Ty wolisz latać za swoją byłą. Ogarnij się póki masz czas, mówie Ci.
    Biedna Malia, jej starania idą na marne.
    Chce już piątek, aby dowiedzieć się co będzie dalej z ich relacją.
    Rozdział świetny, jak każdy jeden.
    Weny życzę. Pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że Ci się podobało :) Nawet nie zaprzeczę,że Hemmo mógłby się ogarnąć :) A Malia mogłaby mu w końcu wprost powiedzieć, co o tym wszystkim myśli.
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń