piątek, 3 czerwca 2016

S4 - Rozdział 16 cz.1

Sydney, 15 lipca 2013 roku

              Tego ranka czułam się dziwnie. Nic nie było takie, jak być powinno. Nie było takie, jakie było zawsze. Zawsze odkąd zamieszkałam w Sydney. Zawiodłam się na Luke’u. I to dalej cholernie bolało. Moje serce nadal chciało walczyć z gorzką prawdą, ale mózg coraz bardziej odzywał się w tej sprzeczce, wykrzykując to, jak bardzo ślepa byłam, nie zauważając niczego wcześniej.
                Potrafiłam jednak zamaskować negatywne emocje. Nauczyłam się to robić po śmierci rodziców. Nakładać na twarz maskę, aby nie czuć na sobie współczujących i litościwych spojrzeń. Zawsze chciałam sobie radzić sama w kryzysowych sytuacjach. Uważałam, że nie powinnam nimi zawracać głowy innym. Tylko ja i moje problemy. Dlatego nie dzwoniłam do przyjaciółki o radę, nie powiedziałam nic Ashtonowi czy któremukolwiek z chłopaków.
                 Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy zaraz po wejściu do kuchni, to równe kupki poukładanych dokumentów. Nie musiałam być jasnowidzem, by wiedzieć, kto to zrobił. Czyżby Luke powoli próbował odkupić swoje winy? Tym razem jednak nie chciałam być tak naiwna, jak wcześniej. Odwróciłam się od stołu, podchodząc do blatu. Potrzebowałam kawy, aby zacząć normalnie funkcjonować.
                 Wokół mnie praktycznie panowała cisza, przerywana tylko bulgotaniem gotującej się wody. Zalałam kubek wrzątkiem, a następnie oparłam dłonie na blacie, zamykając oczy. Zaczęłam rozważać różne scenariusze tego wszystkiego, co się działo. Zastanawiałam się, jak mogłam być tak ślepa względem chłopaka. Byłam pewna, że go znam. Byłam pewna, że wiem o nim wszystko i potrafię go rozgryźć w każdej sytuacji. Jak widać się myliłam. Luke nie był święty, a ja mydliłam sobie oczy jego pseudo uczuciem do mnie. Zaczynałam wątpić w to, czy warto jeszcze w ogóle to ciągnąć. Co jeśli to wszystko się rozsypie? Co wtedy powinnam zrobić? Zostać czy wyjechać? A może postępuje zbyt pochopnie? Moje myśli tak szybko przetwarzały nowe odpowiedzi i przypuszczenia, że zaczynałam nad tym nie nadążać. Nie zmieniało to jednak faktu, że byłam głupia. Że nie zareagowałam na to, co się dzieje szybciej i ostrzej. Może wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej?
- Malia?
                Moje palce mocniej zacisnęły się na blacie, kiedy doszedł do mnie jego głosy. Był cichy, niby spokojny. Jednak udało mi się wyłapać w nim nutę smutku. Poczułam lekkie ukłucie w sercu. Zacisnęłam zęby i przymknęłam oczy, by szybko się pozbierać. W tym momencie znów naszła mnie ochota na to, by po prostu wybuchnąć płaczem. A ja tak bardzo nie chciałam dać się złamać.
                Spięłam mięśnie, gdy podszedł bliżej. Raptownie odsunęłam się, kiedy jego dłoń musnęła skórę na moim ramieniu. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Czy on sobie żartuje? Ręka blondyna zastygła w powietrzu, jakby nie do końca dochodziła do niego cała ta sytuacja. Zagryzł wargę. Czy on naprawdę myśli, że od tak padnę mu w ramiona po tym, jak wielokrotnie miał mnie gdzieś?
- Tak bardzo cię przepraszam.
- Chciałabym ci wierzyć – odparłam, robiąc jeszcze dwa kroki do tyłu, aby jeszcze bardziej zwiększyć dystans między nami. Nie zdziwiłam się, że to zauważył. Przełknął ślinę, przez moment wpatrując się w podłogę. Między nami zapadła niekomfortowa i nieprzyjemna cisza.
                 W końcu znów spojrzał na mnie. W jego błękitnych oczach nadal widoczny był smutek i przygnębienie. Nigdy nie lubiłam go w takim stanie. Zawsze wtedy robiłam wszystko, by tylko poprawić mu nastrój. By znów zaczął się uśmiechać. Teraz jednak nie zdobyłam się na nic. Teraz miałam to gdzieś. I może ten jego stan powoli łamał mi serce, ale tym razem mój mózg był bardziej stanowczy i zawzięty. Sam był sobie winien.
- Proszę cię, porozmawiaj ze mną na spokojnie – wydusił z siebie, nie odrywając ode mnie wzroku. – Chcę ci to wszystko wyjaśnić.
- Niby, co? Że olałeś mnie dla niej? To już nie pierwszy raz! – Luke lekko podskoczył, kiedy podniosłam głos. Wstrzymał oddech. – Mam tego dość! Mam dość tej chorej sytuacji! Nie chcę się znajdować, w jakimś pieprzonym trójkącie!
- Między mną a nią nic się nie wydarzyło – pociągnął, kręcąc głową. – Liczysz się, tylko ty.
- Nie, Luke – powiedziałam powoli, czując rosnącą gulę w gardle. – Może kiedyś tak było. Teraz liczy się ona. Ja spadłam na dalszy plan.
- Nie. Nie spadłaś, ty…
- Uargumentować ci to, czy sam przypomnisz sobie te wszystkie sytuacje?
- Przepraszam – powiedział, podchodząc do mnie. Złapał moje dłonie, ale ja szybko wyrwałam się z tego uścisku. Hemmings nadal wpatrywał się we mnie ze smutkiem, którego nie potrafił ukryć. – Nie chciałem cię skrzywdzić. Nigdy nie chciałem, byś tak się poczuła. Nie zdradziłem cię. Nigdy tego nie zrobiłem. Proszę, musisz mi uwierzyć. Byłem… Byłem mocno zaślepiony tym, co się działo. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że cię tym ranię. Nie sądziłem, że to wygląda, aż tak… tak źle. Tak źle z twojej perspektywy. Ale tak nie powinno być. Nie powinienem był cię zaniedbywać, a to właśnie robiłem i nawet pod tym względem nie będę się usprawiedliwiał. Nie otworzyłem oczu na czas. Dopiero… Dopiero wczoraj doszło do mnie to, co faktycznie się dzieje i jak to wygląda. Przepraszam. Tak cholernie cię przepraszam, kochanie. – Ponownie złapał moje dłonie. Pozwoliłam mu na to, by splótł nasze palce. – Proszę, daj mi szansę na to, by to naprawić. Wiem, że praktycznie drugi raz zapewniam cię, że ci to wynagrodzę. I naprawdę to zrobię, tylko proszę… Nie przekreślaj tego wszystkiego, co mamy. Tego, co udało nam się zbudować. Nawaliłem po raz kolejny i jestem tego świadomy.
                Zbliżył się do mnie jeszcze bardziej. Nie odsunęłam się. Spojrzałam na niego, gdy musnął palcami mój policzek. Był tak blisko, a ja i tak miałam wrażenie, że znajdujemy się na dwóch krańcach przepaści. Ja po jednej stronie, a on po drugiej. A most, który niegdyś był między nami, zniknął. Czy w ogóle uda nam się go zbudować na nowo? 
- Proszę cię – wyszeptał, muskając ustami moje czoło. – Daj mi szansę, abym mógł naprawić błędy, które popełniłem. Kocham cię i boję się tego, że mogę cię przez to stracić. Tak cholernie nie chcę cię stracić. Proszę cię, Malia, nie przekreślaj tego wszystkiego, tylko dlatego, że znów okazałem się być idiotą.
                  Przez chwilę spoglądaliśmy na siebie w milczeniu. Czułam na swojej skórze jego gorący oddech, bo Luke przysunął się do mnie jeszcze bliżej. Jego ciało niemalże stykało się z moim. Miałam wrażenie, że słyszę szybkie bicie jego serca.
                  Widziałam w jego oczach nadzieję łączoną z zawodem i smutkiem, który go nie opuszczał. I tak bardzo chciałam wierzyć w te wszystkie słowa, jakie mówił. Gdzieś w środku pragnęłam tego, by znów stać się naiwną i żyć w swojej pięknej bajce, którą tworzyliśmy razem. Jako jedno. Jednak gdzieś w mojej głowie, cichy głosik podpowiadał mi, że znów dałabym się nabrać. Że nie powinnam od tak mu wybaczyć i udawać, że wszystko jest w porządku. Chciałam zobaczyć na własne oczy tę jego poprawę w tej jednej konkretnej sprawie. Chciałam, by na nowo pokazał mi, że mogą mu ufać. By na nowo upewnił mnie w tym, że jestem jego numerem jeden.
- Masz szansę, Luke – powiedziałam cicho, a on uśmiechnął się lekko. – Daje ci jeszcze jedną szansę.
- Przepraszam – pociągnął, ponownie całując mnie w czoło. – Naprawdę przepraszam.
                 Zdobyłam się tylko na to, by delikatnie pokiwać mu głową. Chciałam wierzyć, że tym razem mnie nie zwiedzie. Chciałam wierzyć, że naprawdę wziął sobie to do serca i zawalczy o to, co mamy. Że oboje pociągniemy nas znów do góry, chroniąc się przed całkowitym upadkiem. Naprawdę chciałam wierzyć w to wszystko. Jednak w środku i tak przechodziłam w stan rezygnacji. W stan, gdzie czekałam tylko na ten jeden konkretny moment, który uświadomi mi to, że znów dałam się nabrać. Nie miałam już ochoty walczyć. Nie miałam na to siły i motywacji. Postanowiłam jednak pozwolić mu działać, z nadzieją na to, że Luke pokaże mi, że jednak się myliłam. Że zbyt szybko odpuściłam. Że jego zaangażowanie na nowo mnie obudzi.

                  Stałam w kuchni. Na blacie, tuż przede mną, znajdowały się produkty spożywcze, które zamierzałam użyć do zrobienia późnego obiadu. Mieliśmy go zjeść z Lukiem około godziny szóstej, kiedy to wróci od Asha. Dzisiaj chłopaki spotykali się właśnie u niego, aby znów skupić się na piosenkach, które od jakiegoś czasu szykowali. Z tego, co wiedziałam, były to trzy nowe kawałki.
                  Na chwilę odwróciłam wzrok od jedzenia, by po chwili znów na nie spojrzeć. Nadal odczuwałam rezygnację, jakby mój mózg z góry już wszystko przekreślił, nie dając mi nadziei na poprawę relacji z Hemmingsem. Najgorsze w tym wszystkim było to, że to uczucie było tak silne, że nie podejmowałam nawet próby walki o zmianę nastawienia. Czułam się wypalona i zniechęcona, co sprawiało, że popadałam w naprawdę beznadziejne samopoczucie.
                  Westchnęłam pod nosem, podchodząc do blatu. Pospiesznie posprzątałam z niego wszystko, co wcześniej wyciągnęłam, nawet nie zastanawiając się nad tym, gdzie co kładę. Wstrzymałam oddech, kiedy skończyłam. Miałam gdzieś to, że tym razem to ja dawałam ciała. Wyszłam z założenia, że nie będę znów stawać na głowie, jeśli kolejny wspólny posiłek z Lukiem ma nie wypalić. Nie chciałam znów robić coś na marne. Jeśli blondyn zjawi się o umówionej porze, to najwyżej zjemy coś, co zamówimy z pobliskiej pizzerii.
                  Odwróciłam się i podeszłam do stołu. Usiadłam na krześle, przysuwając do siebie komputer. Choć dzisiaj moja koncentracja nie była najlepsza, to jednak praca skutecznie potrafiła mnie odciągnąć od problemów. Była moją prywatną ucieczką. Pozwalała przestać myśleć o przykrych rzeczach. Zamiast tego mój mózg wypełniał się obliczeniami, nowymi dokumentami, zamówieniami i planami. Miałam nadzieję, że dzisiaj również mnie wciągnie i pochłonie, a ja przestanę skupiać się na Hemmingsie i tym, co się działo. Nie zawsze ta metoda działała, ale dzisiaj nie miałam pomysłu na nic lepszego, co jeszcze bardziej odsunęło by mnie od obrazu blondyna, którego nadal kochałam.

***
                 Przetarł dłońmi twarz. Był zmęczony, ale całkiem zadowolony z obrotu sytuacji. Czuł, że Malia mu nie wybaczyła, ale dała kolejną szansę, której tym razem nie zamierzał zmarnować. Nie chciał jej stracić. Nie chciał stracić osoby, która była jego całym światem. Mimo, że ostatnio tego w ogóle nie okazywał i mogłoby wydawać się inaczej, to Luke nadal był w niej po uszy zakochany.
                 Niewyspanie dawało mu się we znaki. Był odrobinę rozkojarzony i nie mógł się skupić na pracy z chłopakami, którzy dzisiaj dawali z siebie naprawdę wszystko. On był, niczym słabe ogniwo w tej drużynie. Luke miał wrażenie, że teraz bardziej tu wadzi, niż pomaga. Nie powiedział im jednak tego, że siedział do późnej nocy, układając dokumenty, a potem walczył z własnymi uczuciami i emocjami, gdy po raz kolejny zawiódł ukochaną osobę. To wszystko zapewniło mu niemalże bezsenną noc, którą częściowo spędził w salonie, a potem w łóżku, kręcąc się z boku na bok. Nie chciał pytań z ich strony. Zresztą, nie musiał być geniuszem, by domyślić się tego, jak mogą zareagować na wieść, że to wszystko posypało się przez Ashley.
- Podrzucisz mi ten wzmacniacz?
                 Z rozmyśleń wyrwał go głos Irwina. Blondyn podniósł głowę, wpatrując się w brązowe tęczówki chłopaka. Ashton zamrugał, oczekując odpowiedzi. Luke potrzebował chwili, by zaskoczyć, o czym mówili i na co się zgodził.
- Tak – odpowiedział, kiwając głową. – Będę przejeżdżać obok, to go odbiorę. Podrzucę ci go w drodze do domu.
- Dzięki, stary. To, co? Koniec na dziś?
- Jestem za – rzucił Calum, przeciągając się. – Mózg mi paruje.
- Mam to samo - jęknął Clifford.
- Będę się zbierał - powiedział szybo Hemmings, wstając z kanapy.
- Spieszysz się gdzieś? – zaśmiał się Hood.
- Tak – rzucił przez ramię, sięgając po futerał z gitarą.
- Nie zapomnij o…
- Wiem – mruknął, przekręcając oczami. – Dzisiaj będziesz go miał u siebie.
- Bosko – skwitował Irwin.
                 Luke pożegnał się z chłopkami, a następnie ruszył w kierunku drzwi. Wyszedł z garażu, odbijając w bok, aby nie podeptać świeżo posadzonych kwiatów pani Irwin. Zerknął na zegarek. Jeśli się pospieszy, to powinien wyrobić się ze wszystkimi dwoma zadaniami, jakie miał do zrobienia i zdążyć przyjechać na obiad do domu. A na tym najbardziej mu zależało.

                 Jego długie palce pukały w blat lady. Niecierpliwił się i coraz bardziej bał się tego, że faktycznie się nie wyrobi. Najpierw miał podrzucić korespondencję do Bena, którą przysłali do domu ich rodziców. Jego brat jednak nie kwapił się, by szybko zjawić się pod blokiem, przy którym czekał Luke. To jego spóźnienie zabrało blondynowi kilka cennych minut, na których mu zależało. Teraz stał w sklepie, by odebrać nowy wzmacniacz dla Ashtona. Jego przyjaciel poprosił go o to, a on bez wahania się zgodził. Nie sądził tylko, że facet przez dziesięć minut będzie go szukał na wielkim zapleczu, co i rusz wychodząc i pytając o nazwisko Irwina. Czy tak trudno je zapamiętać?
                W końcu skapitulował i postanowił uprzedzić Malię o swoim spóźnieniu. A tak cholernie nie chciał tego robić. Czuł, że nawala znowu, choć jeszcze dzisiaj rano obiecywał, że wszystko zmieni. W tej sytuacji jednak był bezsilny, bo nie miał wpływu, ani na swojego brata, ani na tego pulchnego faceta ze sklerozą. Wyciągnął telefon, niechętne pisząc te kilka słów. Miał przy tym ochotę palnąć sobie w łeb.
- Udało się – powiedział mężczyzna, niosąc wielkie pudło. Luke zauważył na jego czole kropelki potu. – Przepraszam, że tak długo musiał pan czekać, panie Irwin.
- Jasne – rzucił Hemmings, starając się ukryć niezadowolenie.
- Miłego wieczoru życzę.
- Wzajemnie – odparł, przejmując od niego pudło.
                  Odwrócił się i ruszył szybko w kierunku drzwi, ignorując to, że cienki pasek od kartonu wrzyna mu się w dłoń. Że też Ashtonowi zachciało się nowego zakupu. Wyszedł na zewnątrz, czując na twarzy lekki wiatr. Szybko odnalazł swój samochód, który zaparkowany był wzdłuż ruchliwej jezdni. Podszedł do niego, pospiesznie otwierając auto pilotem. Załadował wzmacniacz do bagażnika, układając go tak, by w czasie transportu nic mu się nie stało. Potem zatrzasnął klapę.
                   Usiadł za kierownicą. Przekręcił w palcach klucze, celując jednym z nich w mały otwór w stacyjce. Wtedy też usłyszał znany dźwięk, który zaczął wydobywać się z jego kieszeni. Wyciągnął telefon, będąc przekonanym, że dzwoni Malia. Jednak to nie była ona. Uniósł lekko brwi, widząc na wyświetlaczu imię innej osoby. Z początku nie zamierzał odbierać. Nie chciał jednak wyjść na totalnego chama, więc w końcu przejechał palcem po ekranie i przyłożył telefon do ucha.
- Tak?
- Luke, masz chwilę?
- Nie mogę, Ashley. Jestem zajęty.
- Luke, to cholernie polne. Potrzebuję cię. Wpadniesz chociaż na moment?
- To nie…
- Błagam – wyjęczała, a on wstrzymał oddech. Skoro i tak był spóźniony, to nic się nie stanie, jak do niej zajrzy. Czuł, że to naprawdę coś ważnego.
- Będę u ciebie za pięć minut.
- Ekstra – odpowiedziała zadowolona.
- Ale tylko krótka chwila.
- To nie zajmie dużo czasu, obiecuję.

***
               Odsunęłam od siebie telefon. Mogłam się tego spodziewać. Luke znów oznajmił mi, że się nie wyrobi i żebyśmy przełożyli nasz późny obiad na kolację, którą na pewno zjemy razem. Nie kupiłam tego. Nie miałam już siły do jego ciągłych zmian planów i decyzji. Dodatkowo byłam w stu procentach pewna, co, a raczej kto, znowu go zatrzymał. Teraz zrozumiałam, że nigdy nie wygram z pierwszą miłością. Nigdy nie pokonam tej magicznej jedynki, którą była Ashley. Bo to ona była pierwszym wielkim uczuciem Hemmingsa. Nie ja. 
               Najlepsze w tym wszystkim było to, że przeczuwałam taki obrót spraw, odkąd umówiliśmy się na ten późny obiad. Gdzieś w środku cichy głos podpowiadał mi, że to też nie wypali. Że Luke znów się wykręci, zwalając to na pilną rzecz do załatwienia. I tak faktycznie było. To pozwoliło mi jeszcze bardziej otworzyć oczy. To pozwoliło mi zrozumieć swoją łatwowierność. Mała nadzieja, jaka zapaliła się we mnie rano, zupełnie zgasła. Nie byłam tu potrzebna.
                Wstałam z kanapy i ruszyłam na górę. Weszłam do sypialni. Na moment mój wzrok zatrzymał się na dużej szafie, którą dzieliłam z Hemmingsem. Zresztą, jak wszystko w tym domu. Wszystko było wspólne.
                Podeszłam do niej, otwierając na oścież drzwi. Przyjrzałam się kolorowym ubraniom. Zawahałam się. Czy powinnam to zrobić? Czy nie postępuję zbyt pochopnie i za szybko? Wzięłam kilka głębszych wdechów, gdy poczułam cisnące się do oczu łzy. Nie chciałam już płakać. 
                Uspokoiłam się, wygrywając jednocześnie tą niezbyt równą walkę z emocjami, jakie się we mnie kotłowały. Byłam wściekła, rozgoryczona i znowu zawiedziona. Wiedziałam, że już nie chcę tak się czuć. Chcę się uwolnić. Od nich i od niego. W końcu zdobyłam się na ten ruch i wyciągnęłam z samego dołu dużą czarną walizkę. Wytargałam ją na środek pokoju. Otworzyłam. Z jej wnętrza zionęła nieprzyjemna pustka, która odzwierciedlała mój podły stan.
- Jest tu ktoś?!
                Poskoczyłam w miejscu, słysząc znany głos. Przełknęłam ślinę. Szybko rozejrzałam się po pokoju, zastanawiając się, gdzie mogę ukryć walizkę. Już chciałam wsunąć ją pod łóżko, ale drzwi od sypialni otworzyły się. Do środka weszła uśmiechnięta Liz.
                Niemalże jęknęłam pod nosem, kiedy kobieta zmierzyła mnie wzrokiem. Jej jasne oczy na dłużej zatrzymały się na czarnym przedmiocie, który miałam przed sobą. Uniosła zaskoczona brwi do góry. W myślach błagałam o to, by nie drążyła tematu. By nie wypytywała się o nic.
- Były otwarte drzwi i... Wyjeżdżacie gdzieś?
- Muszę pilnie udać się do Londynu.
- I nic nie powiedzieliście? Chciałam was zaprosić na kolację.
- Może innym razem – wydusiłam, czując, że innego razu może już po prostu nie być. – To naprawdę ważna sprawa.
- Służbowa?
- Dokładnie. Zależy mi na czasie – skłamałam, kiwając lekko głową. 
               Uwielbiałam Liz i naprawdę nie czułam się dobrze wciskając jej klasyczny kit. Nie chciałam mówić jej prawdy. Nie chciałam wciągając ją w nasze problemy. To dotyczyło, tylko mnie i Luke'a i tak powinno zostać.
- To ja nie przeszkadzam - powiedziała z uśmiechem. - Luke jedzie z tobą?
- Nie.
- Och, okej. W takim razie koniecznie daj znać, jak wrócisz. Wtedy zrobimy powtórkę z kolacji.
- Może tym razem u nas? – zaproponowałam, czując się naprawdę fatalnie.
- Dobry pomysł. Trzymaj się i bezpiecznej podróży.
- Dzięki, Liz.
                 Kobieta uściskała mnie, a potem pogłaskała po głowie, jakbym była jej własną córką. Zdobyłam się na to, by odpowiedzieć na te miłe gesty szerokim uśmiechem. W środku, zaś miałam wrażenie, że pęknie mi serce. 
                Nie potrafiłam wyjawić prawdziwego powodu mojego wyjazdu. Chociaż tak naprawdę to była w tym momencie ucieczka. Ucieczka od jej syna. Ucieczka od miłości, która często potrafiła tak cholernie ranić. Miałam wrażenie, że w jakiś sposób uciekam też od samej siebie. Ale… Na daną chwilę, tylko to mi pozostało. Bo może po tym, odnajdę siebie na nowo?


***
Szczerze to byłam pewna, że dzisiaj rozdział się nie pojawi. Miałam problemy z komputerem, ale na szczęście laptop wrócił do życia, choć obawiałam się, że jednak nic z tego nie będzie :) Co prawda nie uratowała się połowa tego rozdziału, ani cały rozdział Pod Jednym Dachem :\ Będę musiała napisać je na nowo - między innymi dlatego rozdział numer szesnaście jest podzielony na dwie części. 
Jakby problemów było mało - tuż przed opublikowaniem rozdziału siadł mi net XD Ale na szczęście on szybciej wrócił do pracy, niż mój komp :D

Szybko przypominam o Asku i Twitterze - zapraszam :D 

Druga część rozdziału w następny piątek - oby obyło się bez problemów :D 

Przepraszam za poślizg czasowy i pozdrawiam!

15 komentarzy:

  1. Tak tak cholera dobrze mu tak!!!!!
    Matko jak nie mogłam sie doczekać tego.Boże jaki on jest tępy...
    Wkurwia mnie całkowicie ta głupia blondi czy jaki tam ma kolkr włosów.
    Przez cały tydzień czekalam tylko na ten piątek i jest!
    Teraz od nowa zaczynamy liczyć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze zapamiętałaś - ma blond XD Luke będzie miał małe "zdziwko" jak wróci do domu :)
      Już się bałam, że się nie uda dodać :)
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. W takim momencie konczysz ? ;D
    Nie kaz nam czekać do piątku :D
    Świetny rozdział!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To akurat nie zależało ode mnie, bo tylko tyle zostało z całego rozdziału po awarii mojego kompa :\ Muszę na nowo napisać dalszą część
      Cieszę się, że się podobało
      Dzięki za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. TAAAAK! Też sadzę, że to dobra decyzja! Czemu on znowu do tej głupiej Ashley, miał nie zawieźć Malii, a znowu to robi :_; Pewnie później będzie żałował i jaki to on beznadziejny, nie myśli zanim coś zrobi! Świetny rozdział :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. *idzie do tej głupiej Ashley :D

      Usuń
    2. Można śmiało powiedzieć, że w tym przypadku Luke nie użył mózgu :\ Fakt, nie myśli zanim coś zrobi
      Cieszę się, że się podobał:)
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. No i dobrze, że wyjeżdża, jak ten frajer znowu poszedł do Ash. Ten Luke to dno po prostu. :D Może w końcu przejrzy na oczy. ;) Dzięki za rozdział, czekam na następny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten Luke jest naprawdę ślepy, ale może się chłopak obudzi :)
      Dzięki za komentarz!
      Pozdrawiam

      Usuń
  5. Może i nie powinnam, ale ciesze się że Malia, w końcu odważyła się coś zrobić. Skoro Luke tego nie dostrzega i jest dalej zapatrzony w swoją byłą, to już jego strata.
    Malia jest super dziewczyną, stara się jak może, a on odwala takie rzeczy.
    To jest świetne, nie mogę doczekać się każdego piątku, bo jestem bardzo ciekawa co będzie dalej.
    Życzę weny i czekam z niecierpliwością na piątek. ;)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że się podoba :)
      Fakt, w końcu postawiła na coś odważniejszego. Ciekawe, co z tego będzie :)
      Dziękuję bardzo za komentarz
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  6. O której dziś będzie rozdział? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niedawno dopiero wróciłam z pracy, więc jeszcze trochę :)

      Usuń