piątek, 15 lipca 2016

S4 - Rozdział 19

Sydney, 21 lipca 2013 roku


               Zasnęłam niemalże od razu, jak tylko moja głowa dotknęła poduszki. Byłam zmęczona tym wszystkim, co działo się przez cały wczorajszy dzień. Wszelkie emocje, a szczególnie te nieprzyjemne i negatywne, mocno mnie wykończyły. Spałam twardo, nawet nie słysząc tego, jak Luke wstaje z łóżka i szykuje się do rozpoczęcia kolejnego dnia. Sen wciągnął mnie tak, jakbym nadrabiała cały bezsenny tydzień.
               Rozchyliłam powoli powieki. Rolety w sypialni były zasłonięte i dzięki temu do środka nie wdzierały się gorące promienie słońca. Wynurzyłam się spod kołdry. Zamrugałam kilka razy, czekając, aż wyostrzy mi się wzrok. W końcu spojrzałam na zegarek, stojący na nocnej szafce. Wskazywał kilka minut po dwunastej. Westchnęłam ciężko pod nosem i padłam z powrotem na poduszki. Przetarłam dłońmi twarz, zastanawiając się, co robić dalej.
                W dalszym ciągu byłam rozdarta. Rozdarta między tym, co słuszne, a marzeniem, które cholernie chciałam spełnić. To nie było, tylko moje marzenie. Gdyby chłopaki wiedzieli o jaką stawkę gramy, to również zmieniłoby się w ich główny cel. Bycie supportem dla One Direction dawało nam nowe możliwości. Otwierało kolejne drzwi. Mogłoby sprawić, że 5 Seconds of Summer zdobędzie kolejny stopień w popularności. A on mógł zagwarantować nam wydostanie się z kręgu Australii, by wejść na kolejne kontynenty. Krok po kroku. Za tym zaraz szło zwiększenie grona fanów. Fani, zaś podciągali cię ku górze przy pracy, co owocowałoby wydaniem prawdziwego albumu, a potem filmów, książek i całej reszty. Całej tej otoczki, która pozwoliłaby na jeszcze większe rozpowszechnianie zespołu z Australii. Aby chłopaki stali się jeszcze bardziej rozpoznawalni i być może mocniej rozchwytywani, niż do tej pory.
                 Nadal jednak pozostawała ta druga, o wiele gorsza strona. Psychika. A dokładniej moja psychika i poczucie pewności siebie, które uleciało wraz z wczorajszym dniem. Nie tylko czułam się rozstrojona, ale kompletnie wykolejona. Jakbym nie mogła pod tym względem pozbierać się na nowo. Jakby w mojej głowie pojawiła się dziwna blokada, która nie pozwala mi stanąć na nogi. Gdzieś w środku pojawił się strach. Strach przed tym, że mogę przechodzić przez takie załamanie i dołek po raz kolejny. A cholernie tego nie chciałam.
                 Wstałam z łóżka. Moje myśli nadal krążyły wokół spotkania z Syco, a ja nie mogłam tego wyrzucić z głowy. Musiałam się koniecznie, czymś zająć. Czymkolwiek, co tylko pomoże mi psychicznie od tej sprawy odetchnąć. Bowiem, leżąc tak samotnie w łóżku, podjęłam decyzję. Luke faktycznie miał rację. Narażenie swojego zdrowia dla tej sprawy nie miało sensu. Nie czułam się na siłach, by podjąć to wyzwanie. W tym wypadku czułam się kompletnie przegrana i wiedziałam, że dzisiaj nic z tego by nie wyszło. Może niedługo wydarzy się podobna kusząca okazja? Może wtedy się uda? A jak nie, to może wychwyci się inną sytuację, która również zaowocuje w podobne skutki?
                 Wyszłam na korytarz, a następnie zeszłam po schodach. Jak tylko znalazłam się na dole, raptownie się zatrzymałam. Usłyszałam znane głosy, które dochodziły z kuchni. Wstrzymałam oddech, kiedy z ust jednego z chłopaków wyłapałam swoje imię. Zrobiłam kilka kroków w stronę pomieszczenia, chcąc słyszeć więcej. Nigdy nie byłam zwolenniczką podsłuchiwania cudzych rozmów, ale teraz było to silniejsze ode mnie. Szczególnie, że temat tyczył się mojej współpracy z 5 Seconds of Summer.
- Boję się, że Malia w końcu nie wytrzyma – powiedział Luke, a ja wyczułam w jego głosie niepokój. – Gdybyście widzieli ją w nocy. Naprawdę się o nią martwię.
- Może to wszystko dzieje się za szybko – odpowiedział cicho Ash, choć ja doskonale go słyszałam. Byłam pewna, że cała czwórka jest święcie przekonana o tym, że dalej smacznie śpię w łóżku na górze.
- Jest przemęczona – mruknął Hemmings. – Wczoraj doprowadziła się do takiego stanu, że naprawdę się wystraszyłem, że wpadnie, w jakąś depresję. Mam nadzieję, że dzisiaj będzie czuła się o wiele lepiej.
- Co będzie dalej? – odezwał się Calum. – Chyba nas nie zostawi? – Po raz kolejny wstrzymałam oddech.
- Nie mam pojęcia…
- Nie chcę nikogo innego – pociągnął dalej Hood. – Nie chce nikogo innego na jej miejsce. Ona zna nas najlepiej. Ufam jej w stu procentach i wy też. Dlatego ma wolną rękę do wszystkiego, co robi. Jeszcze, ani razu nas nie zawiodła. Zawsze stawała na wysokości zadania. Tak wiele już zrobiła.
- Nie ma chyba lepszego połączenia, jak mieć menadżera i przyjaciela w jednym. Mam wrażenie, że Malia zna mnie lepiej, niż ja sam siebie. Wiem, że jak będę mieć, jakiś nawet gówniany problem, to mogę na nią liczyć. I nie mówię tu tylko o kwestii prywatnej. Tak było też w tej drugiej strefie – powiedział Michael.
- Ja to doskonale rozumiem. Też cholernie nie chcę, by to rzuciła. Jednak zaakceptuję to, jeśli zrezygnuje. Pod tym względem jej zdrowie jest dla mnie najważniejsze. Nie chcę, by zaczęła wspierać się, jakimiś prochami, zarywała noce i doprowadzała się na skraj upadku psychicznego, tylko dlatego, że jestem zbyt samolubny, by jej nie puścić – odparł Luke.
- Może powinniśmy z nią porozmawiać, tak na spokojnie. Może uda się znaleźć, jakieś rozwiązanie. Zrobić coś, by jej pomóc – wtrącił Ashton. – Jakby nie patrzeć, ona jest z tym wszystkim sama. Kompletnie sama. Na jej barkach spoczywa niemalże wszystko. Nic dziwnego, że ledwo to wytrzymuje.
- Wszystko, co robimy zaczyna się coraz bardziej rozkręcać. Jak to rozwinie się mocniej, wtedy naprawdę może tego nie udźwignąć – powiedział Calum. – Nie chcę, by nas zostawiała.
- Może powinna znaleźć dodatkową osobę do pomocy? – zaproponował Michael. – Kogoś, kto jej pomoże?
- Nie znam się na tym, ale chyba to nie może być taka pierwsza lepsza osoba. Musiałaby coś wiedzieć w tych wszystkich tematach, w jakich porusza się Malia – odpowiedział Luke. – Malia ma wiedzę z tego zakresu zdobytą ze studiów i praktyk. Ma też cholernie dobrą intuicję i znajomości. Chyba to musiałaby być osoba z podobnymi kryteriami. Nie znajdzie się takiej zbyt szybko. Ale… To tylko moje zdanie, a ja się naprawdę na tym nie znam.
- To wiadome, że nie złapiemy kogoś takiego na ulicy – pociągnął Ashton. – Ale w końcu ktoś odpowiedni się trafi. Malia sama wybrałaby najlepszego kandydata, który by jej pasował. A zanim to by się stało, to może my moglibyśmy jej trochę pomóc.
- Wybacz Ash, ale żaden z nas nie ma o tym zielonego pojęcia – mruknął Michael.
- Nie o to chodzi – mruknął Irwin. – Nie wtrącalibyśmy się w jej pracę tak, jak do tej pory. Po prostu nawet same segregowanie zgłoszeń, zamawianie czegokolwiek czy chociaż odbieranie maili i dbanie o portale, też by było dużą pomocą, szczególnie, że Malia ma coraz to więcej pracy. Pomagałem już jej w takich rzeczach, więc domyślam się, że to też dużo daje, a nie jest to jakieś mega trudne. Dałaby nam wskazówki, co robić. Byśmy mogli ją chociaż trochę odciążyć.
- Wtedy by została? – zapytał z nadzieją Calum. – Myślisz, że by z nas nie zrezygnowała?
- Z przyjaźni się nie rezygnuje od tak – powiedział Luke.
- Wiesz, że nie to miałem namyśli.
- Ale tak to zabrzmiało – pociągnął blondyn. – Może taka pomoc z naszej strony też by coś dała?
- Dała by – zapewnił ich Ash. – Ja również nie chcę, by Malia nas zostawiła. Dla mnie jest świetnym menadżerem i też nie chcę nikogo innego.
- Ani ja – odpowiedział Michael.
                Więcej już nie słuchałam. Powoli wycofałam się, aż w końcu trafiłam z powrotem na schody. Wbiegłam na górę, starając się nie robić hałasu. Chłopaki jednak dalej rozmawiali w kuchni, kiedy ja zniknęłam za drzwiami sypialni.
                Ich słowa były cholernie miłe i podbudowujące. Dały mi, nie tylko energię do działania, ale zmieniły całkowicie moje nastawienie do całej sytuacji. Kiedy byłam pewna, że zawalam, oni wierzyli we mnie nadal. Kiedy ja użalałam się nad sobą, wmawiając sobie, że się do niczego nie nadaję, oni szukali rozwiązania i wyjścia z sytuacji. Oni pokładali we mnie nadzieję, w momencie kiedy ja już ją straciłam. I to działało. I to dało mi kolejnego kopa do pracy. Do podjęcia kolejnej próby. Wrzuciło mnie w wir bardziej optymistycznego spojrzenia na swoje obowiązki. A teraz tak mocno chciałam się z nich wywiązać. Miałam wrażenie, że robię kolejny duży krok do przodu. Miałam wrażenie, że po tym, co usłyszałam, nie tylko zyskałam na nowo pewność siebie, ale zapragnęłam znów zdobyć wyznaczony sobie cel. A moje myśli nie były już szare i czarne. Znowu pojawiły się w nich jasne barwy.
                 Spojrzałam kontrolnie na zegarek. Dochodziła dwunasta. Spotkanie z Syco miałam zaplanowane na godzinę drugą. Musiałam wziąć pod uwagę to, że muszę przejechać przez centrum, by dostać się w umówione miejsce. To skracało czas moich przygotowań. Oprócz tego musiałam zebrać przygotowaną wczoraj prezentację i złożyć ją do kupy. To powodowało, że czas znowu się kurczył.
                  Dopadłam do szafy, wyciągając z niej pierwsze lepsze ubrania, które nadawałyby się na spotkanie biznesowe. Postawiłam na czarne spodnie i kremową koszulę. Nie miałam czasu przebierać w rzeczach i układać innych zestawów. Wzięłam to, co wpadło mi w ręce i co jako tako nie wymagało prasowania. W tym momencie cholernie zależało mi na czasie, a miałam go coraz mniej.
                  Zrzuciłam piżamę, szybko wciągając na siebie ubranie. Wskoczyłam w czarne szpilki, a następnie pognałam do łazienki, by się całkowicie ogarnąć. Nie chciałam wyglądać, jak straszydło. Chciałam, aby wzięto mnie za osobę kompetentną, z domieszką elegancji – ale nie nazbyt przesadnej. Kiedy na mojej twarzy pojawił się lekki i pasujący do całości makijaż, a na głowie uformował się klasyczny kok, mogłam opuścić pomieszczenie i zająć się dokumentami, które chciałam ze sobą zabrać. Przed wyjściem z sypialni, złapałam jeszcze za telefon i torebkę, a potem przeszłam do pokoju obok, aby spakować prezentację, nad którą tyle ślęczałam.
                  Mając już wszystko, co potrzebowałam na spotkanie z Syco, wyszłam na hol i szybko zeszłam po schodach. Kontrolując czas, wpadłam do kuchni. Rozmowa chłopaków urwała się, a wszystkie cztery pary oczu zatrzymały się na mojej osobie. Luke nawet nie krył zaskoczenia moją nagłą zmianą. Po jego minie wnioskowałam, że nadal był przekonany, że dzisiaj sobie odpuszczę. Że zrezygnuję i odpocznę. Że nie podejmę wyzwania, które sobie postawiłam.
- Wychodzę – zakomunikowałam, wyciągając jeszcze z lodówki butelkę wody. – Bądźcie grzeczni – dodałam z uśmiechem, spoglądając na nich.
- Ale… Nie miałaś mieć dzisiaj wolnego? – wydusił Hemmings, marszcząc lekko nos.
- Miałam, ale uznałam, że jeśli nie spróbuję zrobić tego, co chcę, to sobie tego nie wybaczę – pociągnęłam, wciskając wodę do torby.
- Malia, rozmawialiśmy o tym i…
- Jest w porządku, słonko. Czuję się znacznie lepiej. Nie musisz się martwić.
- Ale…
- Nie zatrzymasz mnie. Podjęłam decyzję – powiedziałam z pewnością w głosie. – Trzymajcie kciuki – odparłam, patrząc na resztę. Na twarzy Caluma pojawił się szeroki uśmiech. Inni również zaczęli się uśmiechać, a ja przejmowałam tą ich pozytywną energię, która tylko dodawała mi sił. – Nie czekajcie na mnie z obiadem, bo nie wiem, ile to potrwa.
- Powodzenia! – zawołał Ash.
- Właśnie powodzenia! – rzuciła reszta.
- Przyda się. Trzymajcie kciuki. – Podeszłam do stołu, przy którym siedzieli. Rozłożyłam ramiona. – Grupowy przytulas?
                 Nie musiałam długo czekać, bo chłopaki od razu poderwali się ze swoich miejsc, by mnie objąć. Luke dodatkowo sprzedał mi szybkiego całusa, choć w jego oczach nadal zauważałam lekki niepokój, jakby nie do końca był przekonany, czy robię dobrze. Mimo moich zapewnień, on nadal miał obawy przed tym, że mogę upaść na nowo. Tym razem jednak nie chciałam się temu dać. Chciałam to przezwyciężyć i spróbować wszystkiego, aby zyskać to, czego chciałam. A cel był niemalże na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło trochę pokombinować, by może go złapać. Musiałam spróbować.

                 Zaparkowałam na dużym parkingu, który mieścił się tuż przed Grand Sydney Hotel. To właśnie tutaj miałam się spotkać z osobą z Syco. Wysiadłam z auta, a następnie podniosłam głowę. Uformowałam z ręki daszek, aby uchronić oczy przed słońcem. Budynek był olbrzymi, obłożony białą ozdobną cegłą. Ciemniejszymi akcentami był tylko brązowo złoty szyld oraz ciężkie drewniane drzwi, które prowadziły do jego wnętrza.
                Zarzuciłam torbę na ramię, ściskając pod pachą granatową teczkę. Minęłam niewielką grupkę ludzi z małymi identycznymi czarnymi walizkami, którzy cicho i szybko o czymś ze sobą dyskutowali. Im byłam bliżej drzwi, tym większy odczuwałam stres. Jednak byłam zdeterminowana, aby to zrobić. Nie chciałam dać się wystraszyć po raz kolejny. Nie chciałam, by moje myśli znowu wrzuciły mnie do szufladki przegranej.
                 Weszłam do środka, od razu czując przyjemny chłód. Klimatyzacja pracowała tu pełną parą. Wnętrze lobby było kremowo złote, co tylko dodawało temu miejscu elegancji i szyku. Jak tylko podeszłam do kontuaru, na mojej skórze pojawiła się gęsia skórka. Teraz nie byłam pewna, czy nadal jest to efekt zdenerwowania czy może zimna. Może obu tych rzeczy na raz?
- Witamy w Grand Sydney Hotel. W czym mogę pani pomóc? – zapytał z uśmiechem młody mężczyzna, ubrany w białą koszulę z długim rękawem.
- Miałam się tu spotkać z przedstawicielem Syco.
- Pani godność?
- Malia Morell.
- Pani jest prezesem firmy Calmm Manager Group? – dopytał, a mnie lekko zatkało, kiedy określił mnie mianem prezesa.
- Tak – wydusiłam, chcąc udawać poważną osobę.
- Pan Simon Cowell czeka już na panią w naszej sali konferencyjnej. Zapraszam panią na prawo, pierwsze drzwi zaraz za zakrętem.
- Dziękuję – odpowiedziałam, odwracając się. 
               Ruszyłam dziarskim krokiem przed siebie, powtarzając sobie w myślach, że dam radę. Że nic mnie nie powstrzyma. Że może wszystko naprawdę będzie dobrze. Wystarczyło, że dobrze się zaprezentuję przed Simonem i…
                Raptownie zatrzymałam się. Minęłam zakręt, kiedy w końcu dotarło do mnie to, z kim tak naprawdę mam się spotkać. Moje serce od razu przyspieszyło, a oddech spłycił się. Byłam pewna, że zaraz padnę na zawał. Zaczęłam się trząść, jakby za tymi niewinnymi drzwiami miały się odbywać najprawdziwsze w świecie tortury. Teraz po prostu opanował mnie strach. To nie było miało być spotkanie, z jakimś reprezentantem firmy. Miałam stanąć oko w oko z samym właścicielem Syco. Miałam od tak – ja zwykły laik i żółtodziób – przekonać do siebie znanego i słynnego Cowella. W tym momencie miałam ochotę zabić Trevora za to, że mnie nie uprzedził o tym, kto tak naprawdę przylatuje do Australii.
                Nie mogłam jednak stać na korytarzu w nieskończoność. Dosłownie za kilka minut miała wybić godzina druga. Nie powinnam się spóźnić. Nie powinnam zachowywać się, jak człowiek na krawędzi paniki. Musiałam znowu znaleźć w sobie punkt zaczepienia, by to przeskoczyć. Wspomniałam sobie dzisiejsze słowa chłopaków. Te słowa, które tak mocno na mnie podziałały. Dzięki temu znów poczułam w sobie więcej siły. Choć nadal cholernie się bałam.
                 Podeszłam do drzwi i zapukałam w nie. Wolałam nie widzieć swoich drżących rąk. Palce zaciskały mi się na teczce, a ja modliłam się o to, by dłonie nie zaczęły mi się pocić. Kiedy usłyszałam po drugiej stronie głośne i wyraźne proszę, weszłam do środka.
                  Pierwsze, co zobaczyłam, to duże i przestronne jasne pomieszczenie. Na jego środku znajdował się czarny okrągły stół, a wokół niego poustawiane były równo wysokie krzesła. U jego szczytu siedział nie kto inny, jak Simon Cowell. Jego czarne włosy pokrywały się lekko siwizną, a brązowe oczy skupiły się na mojej osobie. Uśmiechnął się, zapraszając mnie gestem do siebie. Wskazał mi krzesło po swojej lewej stronie.
- Ty musisz być Malia - powiedział wprost, wyciągając w moją stronę rękę. – Pozwól, że przejdę od razu na ty, w końcu robimy w tej samej branży.
- Nie ma problemu.
- Jestem Simon.
- Malia. – Uścisnęliśmy sobie dłonie. Usiadłam na krześle.
- Trevor przedstawił ci sytuację, w jakiej się znaleźliśmy? – zapytał od razu, otwierając pękatą teczkę, którą miał przed sobą.
- Znam szczegóły.
- Świetnie, to możemy pominąć wstęp. Zależy nam na czasie, którego mamy naprawdę mało. Zgłaszane zespoły nie spełniły naszych oczekiwań. Raczej nie pasowały do One Direction. Co innego twoi chłopcy – powiedział, wskazując mnie palcem. – Z ciekawości ich posłuchałem. Mają potencjał. Są naprawdę dobrzy.
- Cieszy mnie to bardzo. Grają ze sobą już od bardzo dawna. Wiedzą, co robią. Oprócz tego są lubiani i z każdym dniem przybywa im fanów. Statystyki wciąż rosną. Może nie zawsze są to wielkie liczby, ale i tak pniemy się w górę. Zaczynaliśmy praktycznie od zera – powiedziałam, podając mu plik kartek z wykresami. – Przeprowadziłam też wstępne rozeznanie. Zauważyłam, że wiele australijskich fanów znajduje się także w szeregach zwolenników 5 Seconds of Summer. To jeszcze bardziej dowodzi tego, że wpasują się w gust osób, które przybędą na koncert One Direction. Skutecznie rozruszają widownię przed głównym show.
- To chciałem usłyszeć – powiedział, przerzucając zadrukowane kartki.  – Zdajesz sobie sprawę, że z uwagi na brak czasu, nie możemy sobie pozwolić na większe przygotowania? Będziemy potrzebować natychmiast kompletu zdjęć, by przyszykować i zmienić plakaty, które się pojawią. 5 Seconds of Summer muszą też być na nich widoczni. Hotel i cały transport załatwiamy my.
- Ze zdjęciami nie będzie problemu – odparłam z pewnością w głosie.
- Miałabyś na to tydzień.
- Żaden problem – pociągnęłam, choć w danej chwili w ogóle nie wiedziałam, jak ja to wszystko zorganizuję, by się wyrobić na czas.
- Naprawdę?
- Naprawdę.
- Plakaty muszą się pojawić pierwszego sierpnia. Ostateczny termin ich wysłania, to byłby dwudziesty ósmy lipca.
- Zdążymy.
- Lubię osoby z taką pewnością siebie – rzucił ze śmiechem. – Jesteś wiarygodna.
- Zależy nam na tym i nawet nie będę tego ukrywać. To wielka szansa dla 5 Seconds of Summer. Chcemy ją wykorzystać w pełni.
- Podoba mi się takie nastawienie. Przejdźmy do kolejnej sprawy, jaką musimy omówić…

                 Wypadłam z hotelu, jakby mnie gonili. Miałam wrażenie, że moje nogi nie nadążają za mózgiem, który tak bardzo chciał już się znaleźć w samochodzie. W końcu odnalazłam swoje srebrne auto. Ręce nadal cholernie mi się trzęsły, więc miałam problem z utrzymaniem kluczyków. Udało mi się jakoś wsiąść do środka. Natychmiast wyciągnęłam telefon z torby, którą zaraz odrzuciłam siedzenie obok. Mając gdzieś różnice czasu, wykręciłam numer. Trevor odebrał po trzecim sygnale.
- Halo? – mruknął zachrypniętym głosem. To utwierdziło mnie w tym, że na pewno go obudziłam.
- Popieprzyło cię?!
- Też się cieszę, że cię słyszę, maleńka. U mnie też wszystko w porządku. Jestem trochę zrąbany, bo miałem totalny rozpiździel w pracy i chciałem trochę odespać. Ale luz… Nie przejmuj się, chętnie cię wysłucham. – Uniosłam brwi do góry. – Jesteś tam? Jeśli się rozłączyłaś, to…
- Jestem – odparłam, zaciskając palce na komórce. – Dlaczego do cholery nie powiedziałeś mi, że na spotkaniu pojawi się sam Simon Cowell?! Chciałeś, bym kurwa padła na zawał?!
- Malia?
- Co?!
- Obniż ton, skarbie. – Prychnęłam pod nosem. – Specjalnie cię nie uprzedziłem. Nie chciałem cię dodatkowo stresować. Uznałem, że jak dowiesz się na miejscu, lepiej to zniesiesz.
- Lepiej to zniosę?
- Dbam o ciebie. Wiesz, masz nagły szok, ale bez odwrotu. Gdybyś wiedziała, z kim przyjdzie ci się spotkać, to mogło by dojść do tego, że byś totalnie stchórzyła, bo Simon potrafi odstraszyć od siebie ludzi. – Westchnęłam cicho. Gdyby Trevor wiedział, że i bez tego byłam bliska rezygnacji. Oczywiście nie zamierzałam mu się do tego przyznawać. – Ale mniejsza o to. Lepiej mów, jak poszło.
- Wzięli nas – zakomunikowałam mu, a na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. – 5 Seconds of Summer jest oficjalnie supportem One Direction!

                  Pozytywne emocje wypełniały niemalże całe moje ciało. Miałam ochotę krzyczeć, tańczyć i śpiewać, ale musiałam się opanować, aby ludzie z sąsiednich samochodów nie wzięli mnie za wariatkę. W pewnym momencie wpadłam w taką euforię, że podczas ponownego rozpamiętywania spotkania, niemalże się popłakałam z radości. Jak mogłam się załamywać i przestać w siebie wierzyć? Byłam głupia, sądząc, że nie warto nawet próbować.
                  Wpadłam do domu, trzaskając drzwiami. Zrobiłam to całkowicie bez kontroli. W sumie teraz mało mnie obchodziło to, co dzieje się dookoła. Jak najszybciej chciałam oznajmić chłopakom tą dobrą nowinę. Uprzedziłam ich sms-em, że nie mają nigdzie nie wychodzić, bo chcę z nimi poważnie porozmawiać. Byłam więc pewna, że zaraz ich zobaczę.
                   Nie znalazłam ich w kuchni, ani w salonie. Dlatego szybko skierowałam się w stronę piwnicy. Domyślałam się, że siedzą właśnie tam, obijając się albo dopracowując kolejny kawałek. Jak tylko otworzyłam drzwi, doszły do mnie pojedyncze dźwięki gitary. Bingo!
                   Pokonałam schody, by znaleźć się na dole. Muzyka ucichła, jak tylko znalazłam się w zasięgu ich wzroku. Spojrzeli na mnie niepewnie, jakby to, co chcę im powiedzieć nie należało do dobrych nowin. Dostrzegłam, jak Ashton nerwowo uderza palcami w swoje udo, a Luke, co i rusz skupie zębami dolną wargę. Michael wcisnął się w oparcie kanapy. Calum, zaś lekko się zgarbił.
- Co przeskrobaliście? – wypaliłam, machając na nich palcem.
- My? Nic – odpowiedział szybko Hemmings. – Lepiej mów, co miał oznaczać ten sms.
- Ten sms, który nas odrobinę wybił z rytmu i… - pociągnął Michael.
- I zestresował  - dokończył za niego, Irwin.
- O! To, o to chodzi – rzuciłam, kiwając głową. – No… Wiadomości to raczej za dobrych nie mam – powiedziałam, starając się nie śmiać na widok ich przestraszonych min.
- Co jest? – zapytał szybko Luke.
- Sprawa jest naprawdę poważna – ciągnęłam powoli. – I trudna, ale nie skomplikowana.
- Jezu… Malia, do sedna, bo zaraz mi pikawa stanie – jęknął Calum.
- To coś dużego. Czeka was dużo pracy. I dużo innych rzeczy.
- Malia, błagam, no – rzucił Luke, przekręcając oczami.
- Będziecie mieli sporo pracy, bo właśnie zostaliście supportem One Direction na ich trzech koncertach w Australii.
- A to spoko, myślałem, że jakaś tragedia czy… Czekaj! Coś ty powiedziała?!
- Pojawicie się w australijskiej części trasy One Direction, jako ich support – powtórzyłam, uśmiechając się szeroko. Chłopaki zrobili oczy, jak spodki. Michael dodatkowo rozchylił usta, nie odrywając ode mnie wzroku.
- Ty żartujesz – wydusił Luke.
- Nie żartuję. Dzisiaj spotkałam się z Simonem Cowellem. Chce was tam. Wybrał was.
- O kurwa… O kurwa, o kurwa, o kurwa! – krzyknął Calum, zrywając się z miejsca. – Poważnie?!
- Poważnie – powiedziałam ze śmiechem. – Dlatego czeka nas trochę pracy. Koncerty są na przełomie sierpnia i września i…
                  Ale nie dokończyłam, bo cała czwórka rzuciła się w moją stronę. Każdy z osobna wyściskał mnie, jakbym zrobiła im jeden z lepszych prezentów, jakie mogli dostać. Po chwili piwnica wypełniła się entuzjastycznymi okrzykami, które wydobywały się z ich gardeł. Mieszały się ze sobą, tworząc jedną wielką wybuchową mieszankę radości i szczęścia. A ja nie mogłam oderwać od nich oczu, jakby mój mózg chciał zapamiętać tę chwilę na zawsze. Daliśmy radę. Rozpoczynał się kolejny etap, w który powoli wchodziliśmy. Razem. 


***
Udało się! Chociaż nikt z Was pewnie takim rozwojem sytuacji nie jest zbytnio zaskoczony :) Chłopaki dodali Malii powera do działania, choć nawet nie są tego świadomi :) Ich kariera powoli zaczyna przechodzić na inny stopień :)
Mam nadzieję, że rozdział Wam się podobał :)

Dziękuję za wszystkie komentarze!

Zapraszam standardowo na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Tam informacje o tym, co i kiedy zostaje opublikowane :)

Pozdrawiam i do następnego!

4 komentarze:

  1. Przez chwilę nie powiem ale zwątpiłam, że ona pójdzie na to spotkanie, ale na szczęście podsłuchana rozmowa dała jej kopa :) omg sam Simon! Chyba lepiej, że nie wiedziała bo może wtedy miała by jeszcze większego stresa :)
    Reakcja chłopaków hahaha miszczoska XD
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, mogłaby się może stresować jeszcze bardziej :D Cieszę się, że chłopaki Cię rozbawili :D
      Dzięki za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń