poniedziałek, 12 września 2016

S4 - Rozdział 22

Sydney/Melbourne, 22 sierpnia 2013 roku


             Nastał przez nas długo wyczekiwany dzień, mianowicie wyjazd do Melbourne. Pierwszy z trzech koncertów miał się odbyć za dwa dni, właśnie w tym mieście. Mieliśmy się zjawić tam szybciej, aby dokładnie dograć wszystko przed występem zespołu. Chłopaki mieli też się oficjalnie poznać z One Direction, a tego najbardziej nie mogli się doczekać. W sumie sama byłam ciekawa, jak na żywo i w rozmowie prezentuje się ta piątka.
              Syco zorganizowało nam przejazdy między koncertami. Mieliśmy wyruszyć do Melbourne większym, osobowym busem. Oprócz tego mieliśmy do dyspozycji dwa duże vany, w które zapakujemy bagaże i instrumenty. Wyjazd z Sydney planowany był na godzinę piątą rano. Dlatego uznaliśmy, że lepiej będzie, jak Calum, Michael i Ashton zostaną u nas na noc. Dzięki temu zyskają trochę więcej snu, a ja będę spokojniejsza, wiedząc o tym, że żaden z nich się nie spóźni.
               Chłopaki byli świadomi tego, że czeka ich poranne wstawanie. To jednak nie przeszkodziło im w tym, aby ślęczeć do pierwszej w nocy przed telewizorem, wyżywając się na konsolowych grach, jednocześnie wyjadając większość jedzenia, nie tylko z lodówki, ale także z szafek, w których znajdowały się słodycze. Ja, chcąc uchodzić za osobę odpowiedzialną, poszłam spać o wiele szybciej. Jednak ich podniesione głosy, krzyki i śmiechy skutecznie obudziły mnie, gdy było grubo po północy. Wtedy też musiałam zabawić się w matkę i dosłownie wygonić ich do łóżek. O dziwo, żaden  z nich nie protestował i grzecznie wyszykowali się do snu, a potem pomaszerowali do odpowiednich pokoi. Calum i Ashton spali w pokoju na piętrze, który służył za mój gabinet. Mieliśmy tam rozkładaną sofę, która bez problemu pomieści dwie osoby. Michael, zaś musiał zadowolić się kanapą na dole, choć widząc jego minę, naprawdę mu to odpowiadało. Jak sam uznał, miał całą sofę dla siebie i nie musiał z nikim jej dzielić.
                Wstałam za dwadzieścia czwarta. Nie znosiłam pobudek o takiej porze, więc byłam ledwo przytomna. Wolałam nie wiedzieć, jak prezentować się będzie zespół, który miał znacznie mniej czasu na sen, niż ja. Postanowiłam zrobić chłopakom pobudkę o równej czwartej. Dzięki temu na spokojnie mogłam się wyszykować do wyjścia.
                 Byłam pewna, że budzenie chłopaków będzie ciężkie. Mimo bardzo wczesnej pory Luke, Ash i Calum posłusznie wstali ze swoich łóżek, choć min nie mieli nazbyt zachęcających. Kiedy oni krzątali się na górze, ja zeszłam na dół, aby przywrócić do życia Michaela. Chłopak był śpiochem, więc domyślałam się, że to zadanie nie będzie należeć do najłatwiejszych.
                 Podeszłam do kanapy, na której spał Clifford. Był zawinięty w kołdrę, niczym naleśnik. Spod pierzyny dostrzegłam kępkę jego czarno-białych włosów. Nachyliłam się, wyciągając w jego stronę dłoń. Potrząsnęłam nim lekko, wydobywając z niego głośne mruknięcie.
- Mikey, musisz wstać.
                 Chłopak warknął pod nosem, jeszcze bardziej zakopując się pod kołdrą. Teraz nie było nawet widać jego kolorowych włosów. Po raz kolejny potrząsnęłam nim, wkładając w to odrobinę więcej siły. Usłyszałam cichy jęk oraz kolejne mruknięcie.
- Mikey, o piątej wyjeżdżamy.
- Nie chcę.
- Nie chcesz grać?
- Nie chcę wstać.
- Nie możemy cię zostawić. Potrzebujemy drugiego gitarzysty.
- Nie chcę iść do szkoły.
- Mikey, chodzi o Melbourne.
- Jezu… I jeszcze matematyka. Nie możemy tego przełożyć? – W tym momencie nie byłam pewna, czy Mikey gada głupoty, bo jest dla niego za wcześnie czy jeszcze jest zawieszony pomiędzy jawą a snem.
- Za dwa dni grasz koncert.
- Konwent, tak rozumiem… Chociaż w sumie nie za bardzo.
- Mikey?
- Mamo!
- Malia…
- Tak, znam ją.  – Pokręciłam nosem, patrząc na niego z politowaniem i niedowierzaniem. W takim tempie, to nie wyrobimy się z jego wstawaniem do gwiazdki. Zacisnęłam lekko usta, nie spuszczając z niego wzroku, choć Clifford nadal znajdował się pod kołdrą. Niewiele myśląc, wskoczyłam na niego, siadając mu na plecach.
- No, weź…
- Pobudka śpiochu, Melbourne czeka! – krzyknęłam, ruszając nim w każdą stronę.
- Jezu… Co jest?
- Wstajemy, słodziutki chłopczyku!
- Powiesz to raz jeszcze, a puszczę pawia.
- Jesteś słodki.
- Jestem punk rockowy.
- Nie jesteś.
                Zdążyłam to powiedzieć, a Michael raptownie odwrócił się. Wykorzystał moją chwilową nieuwagę, przez co zleciałam z jego pleców, padając na materac. Na całe szczęście, Michael spał na środku kanapy, więc miałam trochę miejsca na upadek. Dzięki temu nie zleciałam na podłogę.
- Mikey – przeciągnęłam sylabę, wybuchając jednocześnie śmiechem na widok jego skrzywionej miny.
- Jestem punk rockowy.
- Co wy robicie?
              Uniosłam się na łokciu, by spojrzeć na blondyna, który właśnie pojawił się w salonie. Luke zerknął na nas, będąc odrobinę zdezorientowanym. Jego lekko zaczerwienione oczy przenosiły się raz na mnie, raz na Michaela.
- Dyskutujemy o sensie naszej marnej egzystencji – skwitował Clifford, a potem szeroko ziewnął.
- Okej…
- Luke?
- No? – odparł zaspany Hemmings.
- Bardzo się wkurzysz, jak uduszę Malię?
- Co znowu się stało? – W pokoju pojawił się Ash. Perkusista przeciągnął się, a potem potarł dłonią jedno oko.
- Uważa, że nie jestem punk rockowy – jęknął Michael, formując usta w podkówkę.
- Wszyscy tak uważamy.
- Pieprzcie się, nigdzie z wami nie jadę! – warknął Clifford, a potem znów zakopał się pod kołdrą.
- Masz minutę, aby wstać. Inaczej wyciągnę cię z łóżka siłą – zagrodził mu Irwin. – Nie możemy się spóźnić.
- Jezu… Dobra, już wstaję, ty bezduszny człowieku – mruknął Michael.
                 Parsknęłam śmiechem, a następnie sama podniosłam się z kanapy. Wygładziłam koszulkę i ruszyłam w stronę kuchni, oznajmiając chłopakom, że zaraz zrobię nam wszystkim kawę. Na szczęście nie usłyszałam krzyków i wrzasków z salonu, co tylko upewniło mnie w tym, że nasz buntowniczy Michael zechciał w końcu ruszyć swoje cztery litery i wstać.

               Jechaliśmy do Melbourne prawie dziewięć godzin. Cała podróż upłynęła nam w spokoju i ciszy, bo chłopaki szybko pozasypiali, aby nadrobić braki snu. W sumie sama ucięłam sobie dwie dłuższe drzemki, by jeszcze bardziej naładować baterie. Dzięki temu, cała droga wydawała mi się krótsza, niż była w rzeczywistości. Oczywiście, podczas całej trasy mieliśmy trzy postoje, aby skorzystać z toalety i rozprostować nogi.
               Na miejsce dotarliśmy po godzinie drugiej. Nasz hotel, w którym mieliśmy się zameldować, znajdował się w samym sercu miasta. Zatrzymaliśmy się na dużym parkingu, mieszczącym się na tyłach budynku. Cieszyłam się, że to już koniec naszej podróży, bo zdążyły mi zdrętwieć nogi i kręgosłup. Po zataszczeniu bagaży do pokoi, mogliśmy udać się na obiad, który zjedliśmy w hotelowej restauracji.
              Byłam pewna, że do naszego spotkania z Simonem i One Direction dojdzie dzisiaj. Jednak zostałam poinformowana, że to wydarzenie przesunie się na drugi dzień, bo chłopcy mają opóźniony lot i zjawią się w Australii dopiero jutro. Z tego też powodu Syco musiało przełożyć ich wizytę w telewizji i radiu. Wszystkie audycje i programy miały się zrealizować rano, zaraz po przylocie do Melbourne. Wychodziło więc na to, że chłopaki nie będą mieli możliwości odpoczynku po podróży, bo od razu będą się musieli wziąć do pracy.
              Prze całą tę obsuwę, my zyskaliśmy luźny dzień. Z początku planowałam, aby wyciągnąć chłopaków na miasto i rozejrzeć się po okolicy. Jednak krótko po tym, jak tylko wpadłam na ten pomysł, ci zaszyli się w pokoju, by zacząć tworzyć muzykę. Widziałam, że złapali dzisiaj mocną wenę, bo praca szła im płynnie, więc tym bardziej nie chciałam ich odrywać od tworzenia nowego super utworu. Akurat zespół postanowił zaszyć się w pokoju moim i Luke'a, więc starałam się być cicho, aby im nie przeszkadzać. Z drugiej strony, mogłam im się legalnie przyglądać i podpatrywać cały proces pisania piosenki. I przyznam się, że był to naprawdę ciekawy widok. Szczególnie, że potrafili się sprzeczać o najmniejszą rzecz, dogryzać sobie i przedrzeźniać się.
                Wyjście na miasto nie wypaliło nam także wieczorem. Powodem tego było to, że po kolacji każdy z nas złapał totalnego lenia. Mimo wszystko postanowiliśmy ten czas spędzić całą piątką. Ashton przywiózł ze sobą talię kart, więc szybko uznaliśmy, że dobrą rozrywką będzie gra w pokera. Nie mieliśmy niczego, co mogło posłużyć nam za potencjalną walutę, więc Luke i Michael pocięli czyste kartki papieru na małe kwadraciki, których użyliśmy, jako pseudo pieniędze. Wiedziałam, że każdy z nas jest, w jakiś sposób zacięty w różnorakiej rywalizacji, więc nie zdziwiło mnie to, jak szybko się w to zaangażowaliśmy. Każdy chciał wygrać i zgarnąć, jak najwięcej kwadracików.
- Oszukujesz! – warknęłam, świdrując Luke'a wściekłym spojrzeniem.
- Niby, jak?! To był czysty blef…
- Sam jesteś, jak jeden wielki blef – podsumował go Ash. Hemmings zmarszczył nos z niezadowoleniem.
- Nie podoba wam się to, że jestem od trzech kolejek lepszy i… Kurwa, Calum! – odparł, kiedy Hood z zadowoleniem pokazał, że ma fula. – No, ja pierdolę.
- Chyba teraz to ja jestem górą – powiedział zadowolony basista, zgarniając wygraną. – Twoja passa się skończyła, słoneczko.
- Jeb się.
- Nie przeklinaj! – odparł Ash. Blondyn, tylko przekręcił oczami.
- I to mówi ten, co nie przeklina – wtrącił Michael, a potem zacisnął usta, by stłumić śmiech, kiedy Irwin spojrzał na niego, mrużąc jednocześnie oczy.
- Dobra, spokój! Chcę w końcu wygrać – powiedziałam, machając rękami, kiedy Calum zabrał się za tasowanie kart.
- Nie wygrasz – skwitował Clifford.
- Że, co?
- Nie wygrasz – powtórzył, uśmiechając się.
- Niby czemu?
- Jesteś kiepska w pokera i…
- Sam jesteś kiepski.
- Stwierdzam, tylko fakty i…
- A ty nie jesteś punk rockowy! – wyrzuciłam z satysfakcją, wiedząc, że celuję w czuły punkt.
                Na reakcję Michaela nie musiałam czekać długo. Jego policzki szybko poczerwieniały. Prychnął pod nosem, odwracając się. Zanim zdążyłam się zorientować, w moją stronę poleciała duża poducha, którą chłopak ściągnął z łóżka. Pacnęła mnie w twarz, a następnie padła na nasze pole gry, na którym znajdowały się karty i karteczki.
- Mikey!
- Wojna! – rzucił Calum i zanim zdążyłam się odezwać, Hood zaczął okładać poduszką Clifforda. Nie miałam nic przeciwko, by wstąpił we mnie prawdziwy dzieciak, więc szybko dołączyłam do walczących. Zresztą, nie tylko ja, bo Luke i Ash również się przyłączyli.

              Stanęłam przed lustrem, które znajdowało się nad długą, drewnianą komodą. Podciągnęłam koszulkę od piżamy do góry. Skrzywiłam się, widząc na boku wielkiego siniaka, który na szczęście nie bolał już tak mocno, jak wcześniej.
              Po chwili za plecami usłyszałam ciche chrząknięcie. Odwróciłam się, opuszczając bluzkę. Luke właśnie wyszedł z łazienki. Miał na sobie, tylko kolorowe bokserki, a mokre włosy oklapły mu na czoło, przyklejając się do skóry.
- Wszystko w porządku?
- Przeżyję – odparłam ze śmiechem. – Nie sądziłam, że bitwa na poduszki będzie oznaczać, aż taką wojnę. I nie spodziewałam się, że Michael mnie staranuje. Gdyby nie to, nie wpadłabym na ten przeklęty stolik.
- Szło ci całkiem nieźle – powiedział z uśmiechem, podchodząc do mnie. – Oberwałem od ciebie w szczękę.
- Przez przypadek. Nie wiedziałam, że jesteś tak blisko.
- Wybaczam – odparł, muskając moje usta swoimi.
- Wiesz, co?
- Co?
- Dziwię się, że nie wyrzucili nas z hotelu. Nasza wojna nie była zbyt cicha. – Luke znów zaczął się śmiać.
- Może nikt się nie skarżył?
- Oby. Wolę nie widzieć tych dziwnych spojrzeń innych gości. Nie zmienia to jednak faktu, że następnym razem chyba podziękuję za branie udziału w takiej wojnie.
- Następnym razem postaramy się być delikatniejsi.
- W to wam nie wierzę – rzuciłam, pukając go w odsłoniętą klatkę piersiową. Chłopak po raz kolejny uśmiechnął się. Nachylił się, muskając moje usta swoimi. – A teraz spać.
- Już?
- Jutro nasz wielki dzień. Prawdziwe przygotowanie do koncertu.
- Możemy jeszcze nie iść spać?
- Masz inne plany?
- Możliwe - odparł tajemniczym głosem.
- Niby jakie?
- Aby je spełnić, musisz wziąć w nich udział – powiedział ściszając głos. Jego dłoń przesunęła się po moim udzie. Drugą dotknął mojego policzka. Poczułam na plecach przyjemny dreszcz. – To jak będzie?
- Może? – Przejechał swoim nosem po moim, a ja wstrzymałam oddech. Po chwili znów złączył nasze usta. 
- Nadal jest może?
- Niech będzie… Przekonałeś mnie.
- Ekstra.
              Niespodziewanie podniósł mnie. Podrzucił lekko, przez co zaśmiałam się głośniej. Owinęłam jego kark ręką, przetrzymując się w stabilnej pozycji. Przybliżyłam się, składając na jego policzku i brodzie powolne całusy. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Po chwili wylądowałam na miękkim materacu, a blondyn znalazł się tuż nade mną. Zdecydowanie teraz odechciało mi się spać.  


***
Mamy mały przeskok w czasie - chłopaki i Malia wyjechali w końcu do Melbourne :) Niedługo ich pierwszy koncert, jako support, a do tego dojdzie do poznania z One Direction :)
Mam nadzieję, że rozdział mimo tego, że jest luźny, to przypadł Wam do gustu :)

Standardowo zapraszam na Aska i Twittera - @RoxyDonau

Dziękuję również za wszystkie komentarze, które dają mocnego kopa do pracy! :)

Do następnego!
Pozdrawiam!



6 komentarzy:

  1. PrZeczytałam wszystko w jeden dzień ;) Mega! Czekam na next:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podobało :)

      Usuń
    2. Kiedy next?

      Usuń
    3. Niestety nie wiem, rozdział jest dopiero pisany

      Usuń