czwartek, 22 września 2016

S4 - Rozdział 23

Melbourne, 23 sierpnia 2013 roku


           Zamrugałam oczami. Przez moment nie wiedziałam, czy obudziłam się sama czy jednak była, jakaś inna przyczyna mojej nagłej pobudki. Dopiero po chwili zorientowałam się, że od dłuższego czasu dzwoni mi telefon. Luke mruknął niezadowolony pod nosem, zakrywając kołdrą głową, chcąc się odciąć od denerwującego dźwięku. Uniosłam się szybko na łokciu, łapiąc za służbową komórkę. Spojrzałam na wyświetlacz i przeklęłam cicho pod nosem. Dzwonił Simon.
- Tak? – wydusiłam, starając się by mój głos brzmiał w miarę naturalnie, a nie jak na osobę, która dopiero, co wróciła do świata żywych. Profesjonalizm to podstawa. A ja za wszelką cenę chciałam być tego przykładem.
- Obudziłem? – odparł ze śmiechem. Chciałam mu odpowiedzieć, ale jedyne, co wyrwało mi się z ust, to ciche mruknięcie. – Nie chciałem – pociągnął rozbawiony. – Moi chłopcy zostali odstawieni do studia telewizyjnego, potem mają wywiad w radiu. Pomyślałem, że możemy się spotkać w celach organizacyjnych.
- Jasne… Pewnie, że możemy – powiedziałam, wstając z łóżka. Na szczęście po wczorajszej wieczornej zabawie z Lukiem, wpadłam na ten pomysł, aby ubrać przed snem piżamę. Dzięki temu, nie musiałam paradować po pokoju nago.
- Za pół godziny w hotelowej restauracji?
- Pasuje – rzuciłam, wiedząc, że będę musiała przyspieszyć, aby wyrobić się na czas. – Będę – zapewniłam go, szybko rozglądając się za torbą. Leżała w drugim kącie pokoju, tuż przy szafce z telewizorem.
- W takim razie do zobaczenia.
- Do zobaczenia.
             Jak tylko zakończyłam połączenie, odrzuciłam telefon na szafkę i ruszyłam pędem do łazienki, aby się odświeżyć. Naprawdę nie chciałam się spóźnić. Miałam tylko nadzieję, że los będzie mi dzisiaj sprzyjał i w czasie tego porannego maratonu dodatkowo się nie uszkodzę.
             Kiedy wynurzyłam się z łazienki, mój czas powoli mijał. Udało mi się szybko ubrać i zgromadzić najważniejsze rzeczy na spotkanie – mianowicie, kalendarz z notatkami i dokumenty, które miałam przekazać Simonowi w Melbourne. Dotyczyły spisu naszych instrumentów i rzeczy, jakie będziemy potrzebowali na scenie, a także podpisane oryginalne umowy z firmą transportową, która zapewniała nam przejazdy w czasie koncertów. Ostatnią rzeczą, jaką miałam zrobić, to założyć buty i wyjść z pokoju.
- Ała!
- Wybacz, skarbie – rzuciłam przez ramię, wciskając na prawą nogę czarnego buta na niewielkim obcasie. Byłam tak zaabsorbowana spotkaniem, na które wychodziłam, że przez przypadek usiadłam blondynowi na brzuchu.
- Co ty robisz? - mruknął, otwierając jedno oko, by móc na mnie spojrzeć.
- Mam spotkanie.
- O ósmej rano? – jęknął, przekręcając się na bok. Założyłam drugiego buta i odwróciłam się.
- Życz mi powodzenia – pociągnęłam, pukając go palcem w plecy.
- Powodzenia, będzie dobrze, kocham cię – wyrecytował, a ja trzepnęłam go dla zasady małą poduszką, do której jeszcze przed chwilą się przytulał. – Co? Co zrobiłem źle?
- A buziak?
- Jezu…
- Wal się, Hemmings.
- Przecież żartowałem. Nachyl się. – Uśmiechnęłam się pod nosem, wychylając się w jego stronę. Przybliżyłam się bardziej, a Luke szybko musnął swoimi ustami moje.  – Powodzenia, kochanie.
- Do potem, Pingwinku.
- Czy to ten moment, w którym mogę już iść spać?
- Jesteś okropny - podsumowałam go, wstając z materaca.
- Ale ja na ciebie przypadkowo nie siadam. – Prychnęłam pod nosem. Po chwili usłyszałam jego cichy śmiech.
- Idź spać.
- Zamierzam.
             Złapałam za torebkę i klucz od pokoju, a następnie wyszłam na bordowo-kremowy korytarz. Zdążyłam zamknąć drzwi, a tuż obok mnie pojawił się zaspany Michael. Spojrzał na mnie, wydając z siebie niezadowolone mruknięcie. Podrapał się po biało-czarnej czuprynie, która teraz była w jeszcze większym nieładzie, niż zazwyczaj. Zmarszczyłam nos, czekając na to, aż się odezwie. Chłopak ziewnął szeroko.
- Co się stało?
- Przebudziłem się.
- Wracaj do łóżka, póki masz jeszcze okazję do spania.
- Nie mogę – jęknął, tonem niezadowolonego dziecka.
- Co się dzieje?
- Ashton tak chrapie, że nie mogę zasnąć z powrotem. Mogę do was?
- Właź. Ja i tak wychodzę na spotkanie. Zamknij za mną.
- Malia, jeszcze jedna sprawa?
- Tak?
- Masz źle zapięte guziki od koszuli – odparł, a potem minął mnie i zniknął za drzwiami pokoju, który dzieliłam z Hemmingsem.
             Uniosłam jedną brew, a następnie spojrzałam w dół. Miał rację. Faktycznie, zapinanie guzików mi nie wyszło, bo błękitna koszula marszczyła się z przodu. To jest tak, jak się zapina coś takiego na szybko i myli oczka. Przekręciłam oczami i ruszyłam w stronę windy, jednocześnie poprawiając w trakcie marszu moją nieszczęsną garderobę. 

***
              W pokoju, tylko na chwilę zapanowała cisza. Luke westchnął pod nosem, kiedy drzwi ponownie się otworzyły. Przycisnął do siebie kołdrę, mając nadzieję, że w końcu uda mu się na nowo zasnąć. Przez moment wsłuchiwał się w powolne i cięższe kroki, które kierowały się w stronę łóżka, na którym spał.
              Nagle poczuł, jak coś miękkiego ląduje na jego głowie. Warknął pod nosem, łapiąc za materiał. Rozchylił powieki, spoglądając na swoje kolorowe bokserki. Uniósł z zaskoczeniem jedną brew, odchylając się. Przed jego oczami stał zaspany Michael.
- A co ty tu kurwa robisz? – wydusił Luke.
- Idę spać.
- Ale…
- Malia mi pozwoliła – rzucił, wdrapując się na materac. Zerknął na Hemmingsa, lekko zaciskając przy tym usta. – Nie wnikam w wasze pożycie przedmałżeńskie, ale mamy jedną kołdrę do dyspozycji i byłbym wdzięczny, gdybyś raczył założyć na swój tyłek gacie – powiedział jednym tchem. Luke zamrugał zdezorientowany.
             Dopiero po chwili doszedł do niego sens wypowiedzianych przez niego słów. Przekręcił oczami, a następnie wsunął bieliznę pod kołdrę. Był tak leniwy, że postanowił zrobić to na leżąco. Miał gdzieś, czy założy je tył na przód czy na lewą stronę. Ważne było, by Michael przestał gadać i pozwolił mu w końcu iść spać.
- Założyłeś? - zapytał Clifford.
- Ta…
- Świetnie. Dobranoc, dupku – odparł Michael, a potem rzucił się na poduszki obok blondyna. Zagarnął część kołdry dla siebie, odwracając się do przyjaciela plecami.

              Malia obudziła ich przed jedenastą. Po wyszykowaniu się, wygoniła ich na śniadanie, które zjedli w hotelowej restauracji. Luke myślał, że będą mieli po tym jeszcze trochę czasu dla siebie, zanim wezmą się w końcu do pracy. Nic z tego. Dziewczyna zakomunikowała im, że zaraz po ich wspólnym posiłku muszą jechać na arenę, na której odbędzie się jutrzejszy koncert. Mieli tam sprawdzić sprzęt, porozmawiać z dźwiękowcami i organizatorami, a także w końcu poznać One Direction. Tego ostatniego nie mogli się najbardziej doczekać. W końcu nie na co dzień można poznać, aż takie gwiazdy, które były teraz tak mocno rozchwytywane.
              Cała ich czwórka siedziała na łóżku. Malia stała przed nimi, machając co chwilę palcem i raz jeszcze przypominając im o zasadach i planie na ten dzień. W tym momencie Luke czuł się, niczym uczeń w szkole, kiedy to nauczycielka odbywa z tobą pogadankę na temat zachowania. W końcu dziewczyna zamilkła, dokładnie im się przyglądając.
- Jakieś pytania? – Ręka Caluma wystrzeliła do góry. Malia przekręciła oczami, a następnie spojrzała na Hooda. – Od razu mówię, że nie będzie czasu, aby zajechać do sklepu po twoje czekoladowe ciastka – powiedziała jednym tchem. Chłopak skrzywił się niezadowolony.
- To tylko chwila – jęknął, kiedy Ash zaczął chichotać pod nosem.
- Zaraz pojawi się samochód. Mamy się udać prosto na arenę. Inni już tam są. – Calum zacisnął usta, tak mocno, że zmieniły się one w wąską linię. – Mam jeszcze jedną paczę twoich ciastek w torbie i to musi ci wystarczyć.
- Serio? – wydusił, a na jego twarzy ponownie zagościł uśmiech. Dziewczyna kiwnęła głową. – Czad! Jesteś najlepsza.
- Wiem – skwitowała, wzruszając ramionami.
- I skromna – rzucił Michael. Malia prychnęła, ale i tak uśmiechnęła się. Spojrzała na telefon, kiedy ten wydał z siebie krótki dźwięk, oznajmujący przyjście wiadomości.
- Mamy transport. Zachowujcie się i nie naróbcie mi obciachu.
- My? To ty robisz nam obciach. Twoje buty zupełnie nie pasują do torebki – podsumował Clifford, pewnym siebie głosem.
              Zanim zdążył zrobić cokolwiek innego, dziewczyna rzuciła w niego torbą, którą przed chwilą trzymała w ręku. Chłopak jęknął pod nosem, gdy trafiła go w brzuch. Wszyscy pozostali parsknęli śmiechem. Zerknął na nią z niedowierzaniem, a ona uśmiechnęła się do niego triumfalnie.
- Tylko żartowałem!
- No, ja myślę!
- Wyglądasz niesamowicie – pociągnął Michael, aby jeszcze bardziej ją udobruchać. – Cudnie i elegancko, i pięknie, i…
- Starczy – rzucił Luke, uderzając go w ramię.
- Muszę prawić Malii komplementy, skoro ty tego nie robisz.
- Oczywiście, że robię!
- Wcale nie!
- Bo ty wiesz najlepiej!
- Znam cię i…
- Jezu – mruknął Irwin. – Zamknijcie się w końcu! – Obaj spojrzeli na perkusistę. - Jesteście upierdliwi.
- A ty jesteś brzydki – skwitował Michael, krzyżując dłonie na klatce piersiowej. Malia i Calum zerknęli na siebie z politowaniem.
- A ty nie jesteś punk rockowy! – odparł Ash, wytykając go palcem. Clifford nadął z oburzeniem policzki.
- Dość! – rzuciła Malia, podchodząc do nich. – Starczy. Naprawdę musimy już iść.

             Zaraz po przyjeździe na miejsce, poznali słynnego Simona i jego ekipę. Od razu też przetransportowano ich instrumenty na scenę, aby je podłączyć i sprawdzić. Musieli mieć pewność, że wszystko ze sobą współgra. Poinstruowano ich także kiedy zaczynają i kończą, z której strony mają wejść i jaki dać znak, gdyby coś działo się z odsłuchem czy dźwiękiem.
             Mimo tego, że nie był to jego pierwszy raz na scenie, to Luke, w jakiś sposób czuł się przytłoczony. Żaden z nich nigdy nie grał na tak wielkim obiekcie i dla tak olbrzymiej publiczności. A wszystkie bilety na koncert zostały wyprzedane, więc arena miała być pełna ludzi. Blondyn rozejrzał się, stojąc na dużej scenie. Na razie obiekt zionął pustką, ale jutro będzie inaczej. Miał tylko nadzieję, że zdoła opanować stres i nerwy, i nie schrzani występu, do którego się od dłuższego czasu przygotowywali. Nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby przez jego stan on i chłopaki musieli odwołać występ. Stojąc w tym miejscu, już czuł napływające zdenerwowanie. Wiedział jednak, że jutro może odczuwać to ze zdwojoną, a nawet potrojoną siłą.
- W porządku? – zapytał Ash, podchodząc do niego.
- Jasne. Po prostu… Nadal nie wierzę, że tu jesteśmy.
- Ja też – powiedział z uśmiechem, klepiąc go po plecach. – Nasze marzenie powoli się spełnia. Wyobrażasz sobie tych wszystkich ludzi, którzy się jutro pojawią? Oczywiście, będą tu dla One Direction, ale… Kurcze, będziemy dla nich grać i rozgrzewać ich przed głównym show.
- Wyobrażam to sobie – odparł Luke, uśmiechając się pod nosem. W głowie pojawiła mu się wizja tego, jak ludzie śpiewają razem z nimi. Jak piszczą i klaszczą, dodając im tym jeszcze więcej energii i zaangażowania. – Piękne.
- I niesamowite w jednym – dopowiedział Ash, ściszając głos.
- Ej! To oni! – zawołał Calum, kiedy na scenę wkroczyła piątka znanych im chłopaków.
             Harry Styles szedł na przedzie, przeczesując palcami swoje kręcone włosy. Tuż za nim znajdował się roześmiany Louis Tomlinson, który zawzięcie rozmawiał, o czymś z Zaynem Malikiem. Na końcu szedł Niall Horan i Liam Payne. Szybko wszystkie pięć par oczu, spojrzało w ich stronę. Luke uśmiechnął się, starając się zachowywać normalnie. Nie chciał dać plamy. Nie chciał, by uznali go za drętwego dziwaka.
- 5 Seconds of Summer – powiedział Styles, wyciągając dłoń w kierunku Irwina. – Jestem Harry.
- Ashton.
- Zayn, Louis, Niall i Liam – pociągnął, wskazując na swoich kumpli.
- Luke, Michael i Calum – przedstawił ich perkusista. Wymienili między sobą grzecznościowe uściski dłoni.
- Podekscytowani jutrem? – rzucił Loius. – Bo my nie możemy się doczekać.
- Mamy to samo – odpowiedział Hood.
- Ja tam jednak czekam na przerwę na jedzenie – rzucił Niall, a Liam szturchnął go łokciem. – Co? Jestem głodny.
- Jak zwykle – odparł Louis przekręcając oczami.
- Nie, to nie. – Blondyn spojrzał na 5 Seconds of Summer. – Może wy macie ochotę obrabować ze mną bufet, który widziałem w środku.
- Jedzenie, jak najbardziej – odpowiedział Michael. – Widziałem, że mają tam takie pysznie wyglądające zawijasy z…
- Też to widziałem! – przerwał mu Niall, robiąc większe oczy i szybko kiwając głową. – Olejmy sztywniaków i chodźmy jeść – rzucił, wskazując na swoich przyjaciół.
- Ej! Też chcę jeść! – odparł Harry, kręcąc nosem.
- Nie wiem, czy coś dla ciebie zostanie – powiedział Horan, wzruszając ramionami.
- Jak jedzenie może nas wszystkich szybko połączyć. Też zgłodniałem – odezwał się Liam. – Mam ochotę na coś słodkiego.
- Spójrzcie na to – rzucił rozbawiony Zayn, zerkając gdzieś w bok. Wszyscy odwrócili się we wskazanym przez niego kierunku. – Simon już wyrwał sobie, jakąś panienkę.
- Ta panienka, to akurat nasza menadżerka – powiedział powoli Ash, a potem zaśmiał się, widząc zaskoczoną minę chłopaków.
- Czemu my nie możemy mieć kogoś młodego i tak ładnego? – mruknął Zayn z niezadowoleniem. – To nie sprawiedliwe. Nie chcecie nam jej oddać?
- Zostaje z nami – odpowiedział szybko Luke. – Nie oddam jej.
- To też jego dziewczyna – dodał Michael.
- Och… W porządku…
- Nie tym razem, lowelasie – rzucił Harry, a potem ryknął śmiechem, kiedy Malik dla zasady odepchnął go od siebie. – Teren zajęty.
- Przestań… Nie oto mi przecież chodziło…
- Oczywiście – mruknął Liam, poruszając sugestywnie brwiami. – Oczywiście, że nie. Jednak jeśli nie chcesz, by Luke ci przypadkowo nastukał, to nie rób do niej maślanych oczu.
- Ja naprawdę nie miałem nic złego na myśli – pociągnął Zayn, wpatrując się w Hemmingsa.
- Tak, wiem. W porządku – rzucił Luke, uśmiechając się do niego.
- Przepraszam – odezwał się ponownie Niall, machając ręką, by ściągnąć ich uwagę na siebie. - Możemy iść w końcu jeść?  


***
Trochę organizacji, bo już na drugi dzień chłopaki grają swój pierwszy koncert na tak wielkiej scenie. Jak myślicie, żaden z nich nie stchórzy? 
W rozdziale może nie wiele się dzieję, ale mam nadzieję, że i tak w miarę się podobał :)

Standardowo zapraszam Was na Aska i Twittera - @RoxyDonau
Tam informacje o tym, co i kiedy się pojawia :)

Pozdrawiam i do następnego!

3 komentarze: