czwartek, 24 listopada 2016

S4 - Rozdział 27

Sydney, 1 września 2013 roku


                Wróciliśmy do Sydney, aby zagrać tu ostatni koncert przed głównym show One Direction. Mimo tego, że byliśmy u siebie, zgodnie z zawartą umową i tak musieliśmy zatrzymać się w zarezerwowanym hotelu. Przylecieliśmy z samego rana, a chłopaki po szybkim śniadaniu, zjedzonym w hotelowej restauracji, ruszyli na wywiad do telewizji. Był ta dodatkowa okazja do promocji, ponieważ program nie był lokalny a ogólnokrajowy. Nie tylko my mieliśmy spotkanie z mediami. Simon i jego chłopaki również odbywali rozmowę, tyle że w radiu.
                Choć nie mieszkałam w Sydney długo, to jednak w jakiś sposób pokochałam to miasto. Czułam się, jak u siebie. Swobodnie. Byłam w domu. Mogę śmiało przyznać się do tego, że nawet tu w Australii znalazłam swoje miejsce, które zaczynało być dla mnie tak samo ważne, jak mój rodzinny Londyn.
                Podniosłam głowę, kiedy 5 Seconds of Summer zeszli ze sceny. Zatrzasnęłam kalendarz, wstając z jednej ze skrzyń, w której transportowaliśmy rzeczy. Uśmiechnęłam się pod nosem, widząc na ich twarzach ekscytację. Ich entuzjazm był jeszcze większy, niż w poprzednich miastach. Byłam przekonana, że przyczyna leży w miejscu, w jakim byliśmy. Dotyczyła też ludzi, którzy się pojawią. Dzisiaj na koncercie miały się pojawić ich rodziny. Mogłam się domyślić, że w tym przypadku naprawdę zależy im na tym, by wypaść, jak najlepiej. Tym bardziej chciałam, by odbyło się bez żadnych niespodzianek.
- Myślisz, że te kawałki mogą być? – zapytał Ash, zaglądając mi przez ramię.
- Pewnie, że tak. Podoba mi się ta lista. Wszystkie najlepsze utwory.
- To znaczy, że pozostałe są do kitu? – odparł cicho Michael.
- Oczywiście, że nie – rzuciłam, klepiąc go po plecach. Chłopak uśmiechnął się szeroko. – Ale wybraliście te, które mi się podobają. I innym zresztą też, bo od rana śledziłam naszego Twittera i Facebooka. Jakbyście czytali ludziom w myślach. Oni chcą to usłyszeć na żywo.
- Co teraz?
- Idźcie coś zjeść. Niedługo zaczną wpuszczać ludzi na arenę. Jestem w kontakcie z Liz. Ma mi dać znać, jak wszyscy się pojawią. Mają wejść bocznym wejściem, więc po nich pójdę.
                 Odwróciliśmy się, słysząc kroki. Spojrzałam na Simona, który pojawił się tuż przed nami. Na jego twarzy malowała się powaga. Zacisnął lekko usta, a następnie skinął w moją stronę głową. Odrobinę się spięłam, bo jego mina nie wróżyła niczego dobrego. Zaczęłam wszystko szybko analizować, starając się znaleźć błąd, który mogliśmy popełnić. Zrobiliśmy coś nie tak?
- Musimy porozmawiać – powiedział, nie odrywając ode mnie oczu. – Teraz. Będę w pierwszej sali konferencyjnej.
- Jasne, już idę – wydusiłam. Mężczyzna kiwnął głową, a następnie odwrócił się i odszedł, zostawiając nas samych.
- Malia? – zapytał cicho Calum. – Spieprzyliśmy coś?
- Nie – odpowiedziałam, uśmiechając się lekko, by jakoś złagodzić atmosferę, która się pojawiła. – Z pewnością to nie chodzi o was.
- Ale coś się spieprzyło? – odezwał się Luke.
- Jeśli ktoś coś tu spieprzył, to raczej ja.
- Nie, nie, nie… Ty pewnie też nie - wydukał Michael.
- Nie stresujcie się niepotrzebnie. Idźcie i zjedźcie normalny posiłek. Odpocznijcie przed występem. Jak skończę rozmawiać z Simonem, to zaraz do was przyjdę.
- Będzie w porządku – powiedział cicho Ash.
- Mam nadzieję – odparłam, choć w tym momencie nie wiedziałam, czy chcę tymi słowami przekonać ich czy samą siebie. Chyba oba warianty pasowały.
                  Wzięłam głębszy wdech. Zerknęłam raz jeszcze na chłopaków. Ich entuzjazm został doszczętnie zgnieciony. Ze stanu zadowolenia szybko przeszli w zdenerwowanie i niepewność. Ponownie uśmiechnęłam się, starając się, by ten uśmiech wyglądał w miarę naturalnie i pewnie. Nie chciałam, by przed występem przejmowali się, jakimikolwiek problemami. Chciałam, by skupili się na scenie, muzyce i słowach. By skupili się na sobie.
                  Odłączyłam się od nich, ruszając w stronę drugiego korytarza, który prowadził do sal. Z każdym kolejnym krokiem czułam, że poziom stresu wzrasta. Powinnam być już przyzwyczajona. Powinnam przywyknąć, że w czasie tej pracy, to odczucie pojawia się prawie zawsze. Za każdym razem, gdy dochodziło do rozmów, formowania umów, spotkań z mediami, zawsze pojawiało się zdenerwowanie. Niezależnie od poziomu wagi sprawy. Do tego często trzeba było działać spontanicznie, wykorzystywać dane okazje, które pojawiały się tak nagle. Mogłam śmiało powiedzieć, że była to też praca pod presją – nie tylko czasu, ale też pod względem spełnienia oczekiwań. Miałam ludzi, którzy na mnie liczyli, a ja cholernie nie chciałam ich zawieść.
                  Przez chwilę poczułam się tak, jakbym szła na pierwszą rozmowę z przedstawicielem Syco. Dokładnie pamiętałam to, jak bardzo się bałam. Poziom stresu wzrósł, kiedy zobaczyłam Simona. Ale wtedy jakoś dałam radę się przełamać i zachować się w miarę profesjonalnie. Udało mi się niczego nie zawalić. Teraz też tak musiał być. Cokolwiek Simon miał mi do przekazania, musiałam to przyjąć, a także w razie złych wiadomości, spróbować złagodzić sytuację, by wyjść na tym, jak najlepiej. Ja i chłopaki. W końcu byliśmy drużyną.
                  Zapukałam w pierwsze drzwi. Nie czekając na odpowiedź, nacisnęłam klamkę, a następnie weszłam do jasnego, przestronnego pomieszczenia. Na środku stał kwadratowy, duży stół. Wokół niego porozstawiane były krzesła z miękkim, zielono-czarnym obiciem na siedzeniu i oparciu. Cowell siedział na jednym z nich, przerzucając zapisane kartki papieru. Podniósł głowę w momencie, kiedy usiadłam naprzeciwko. Jego wzrok od razu skupił się na mnie. Oparł dłonie na stole, wychylając się nieco w moją stronę. Miałam wrażenie, że nie tylko czuję, ale także i słyszę szybkie bicie swojego serca. Byłam pewna, że słyszy to także i on. Między nami zapanowała chwila ciszy.
- Powiedz, o co chodzi – rzuciłam, będąc już naprawdę zniecierpliwiona. Ukryłam dłonie pod stołem, by nie widział, jak cholernie mi się trzęsą.
- Sprawa jest naprawdę poważna – zaczął, a ja po raz kolejny wstrzymałam oddech. – Chodzi o twój zespół.
- Co zrobiliśmy nie tak? – wydusiłam. Simon spojrzał na mnie uważnie, a następnie uśmiechnął się. To nieco zbiło mnie z tropu. Czyli… Nie mamy kłopotów?
- Wy? Nic. – W tym momencie kompletnie się pogubiłam. – Chodzi o to, że w marcu planujemy kolejną dużą trasę koncertową. 5 Seconds of Summer do nas pasuje. Fani One Direction są też jednocześnie fanami twoich chłopaków. Dlatego chcemy was, jako support po raz kolejny.
- Na koncerty w Australii?
- Na całej trasie. – Zrobiłam wielkie oczy. Simon parsknął cichym śmiechem. – Zaskoczyłem?
- Nawet nie wiesz, jak bardzo.
- Praca przy kolejnej trasie już trwa. Pomyślałem, że skoro mam cię pod ręką, to zaproponuję ci to osobiście. Jest to duża szansa dla was, by 5 Seconds of Summer zobaczyło jeszcze więcej ludzi. Wyrwiecie się z Australii. Dacie się poznać innym krajom. Zresztą, współpraca z wami jest naprawdę łatwa i bezproblemowa. Nie odwalacie fuszerki, nie robicie dziwnych numerów. Jesteście solidni i słowni.
- Poważnie? – wydusiłam to, co pierwsze przyszło mi do głowy.
- Jestem teraz śmiertelnie poważny – odparł ze śmiechem. – To jak będzie? Dźwigniecie to?
- Wstępna umowa?
- Zapoznasz się z nią, jak tylko usłyszę od ciebie słowo tak. Prześlę ci wszystkie szczegóły i wstępną umowę. Jeśli teraz mi odmówisz, musisz wiedzieć, że moi ludzie zaczną poszukiwać innego zespołu. Ważny jest czas.
- Doskonale to wiem.
- Oczywiście, macie prawo się wycofać, kiedy uznasz, że umowa nie jest dla was korzystna. Chciałbym jednak dalej z wami współpracować. Muszę mieć, tylko to jedno słowo, by przekazać informację dalej. Moi ludzie od razu zabiorą się za szykowanie i przedstawienie warunków.
- Okej…
- To znaczy, że się zgadzasz?
- Zgadzam się.
- To chciałem usłyszeć – powiedział zadowolony, wyciągając dłoń. Uścisnęłam ją, czując, że w jakiś sposób zaczniemy nowy rozdział w naszej wspólnej historii, jaką tworzę z chłopakami.

                 Weszłam do garderoby chłopaków. Zatrzymałam się w połowie drogi, czując na sobie spojrzenia czterech par oczu. Luke od razu zerwał się z kanapy, doskakując do mnie. Dostrzegłam to, że każdy z nich nadal był zdenerwowany.
- Co jest nie tak? Tylko powiedz wprost – odparł Luke, ciągnąc mnie w stronę sofy.
                 Usiadłam, a 5 Seconds of Summer od razu otoczyło mnie, chcąc usłyszeć to, co powiedział mi Simon. Cmoknęłam pod nosem, specjalnie przedłużając tę chwilę. Wiem, byłam okropna, ale nie mogłam się powstrzymać, by nie potrzymać ich jeszcze przez moment w niepewności. W końcu zobaczyłam, jak Michael nerwowo skubie paznokciami swoją dolną wargę. To dało mi znak, że czas wyjawić prawdę.
- Rozmawiałam z…
- Tak wiemy – rzucił Calum, pukając nogą w podłogę. – Wybacz. Nie chciałem ci przerywać – dodał, robiąc przepraszającą minę.
- Chodzi o koncerty.
- Zawaliliśmy? Nie tak miało być? Trzymaliśmy się planu – mamrotał Hemmings, nie odrywając ode mnie wzroku.
- Nie, nie… Wszystko jest w porządku.
- To ja już nic z tego nie rozumiem – odparł Ash, marszcząc nos.
- Chodzi o przyszłe koncerty.
- A to luz… Czekaj, co? – odezwał się Michael, robiąc wielkie oczy.
- Chcą byśmy byli supportem One Direction na ich kolejnej trasie. Całej trasie. Od razu miałam mu dać odpowiedź, ale w każdej chwili możemy się wycofać i…
- Żadnego wycofać! – rzucił Hood, kręcąc głową. – Żadnego! Wchodzimy w to!
- Cała trasa?! O matko… Na całej trasie? – zapytał dla pewności Luke.
- Na całej.
- O w mordę – rzucił Clifford. – O kurwa! Błagam, powiedz, że się zgodziłaś i…
- Wstępnie tak, ale…
- Tak! – krzyknął Michael, podskakując w miejscu.
- Nie, moment! – odparłam, podnosząc głos. Chłopaki skupili się na mnie, a na ich twarzach widniały szerokie uśmiechy. – Pójdziemy na ten układ, o ile umowa będzie w porządku. Jak ją przyślą, skontaktuję się z twoimi rodzicami, by to przejrzeli. Nie chcę nas wpakować, w jakiś szajs. Jednak jest to dla nas wielka szansa. Możemy ją wykorzystać.
- Musimy ją wykorzystać – poprawił mnie Irwin.
- Dokładnie – odparłam ze śmiechem. – A teraz spokój i cisza. Macie się wyluzować przed występem. Ja zaraz odbiorę wasze rodziny spod bocznej bramy. Za godzinę wychodzicie na scenę – przypomniałam im, ale oni chyba już mnie nie słuchali. Pochłonęła ich żywa dyskusja na temat tego, czego się przed chwilą dowiedzieli. Pokręciłam głową, mając na ustach szeroki uśmiech. Pewne rzeczy nigdy się chyba nie zmienią.

                   Razem z rodzinami chłopaków obejrzeliśmy występ 5 Seconds of Summer. Widziałam w ich oczach dumę i radość. Ja odczuwałam to samo. Cieszyłam się, że zespół spełnia swoje marzenie. Nie mówiliśmy im jeszcze o planowanej umowie, która miała poszerzyć nasz zasięg, a także pozwoli zyskać więcej możliwości. Chcieliśmy to zostawić na odpowiednią chwilę, kiedy będziemy znać więcej szczegółów.
                  Niedługo potem odbyło się właściwe show. Mnie udało się dostać za kulisy, pozostali zostali na swoich miejscach. Pod tym względem organizacja nieco nam się popsuła, bo to niestety uniemożliwiło nam wspólne uczestnictwo w koncercie One Direction. Ludzi było tak wiele, że nie dalibyśmy rady wrócić do reszty. Nie było sensu marnować sił i czasu na to, by dopchać się do miejsca, w którym stali. Mieliśmy się z nimi spotkać zaraz po koncercie. Mieli dołączyć do nas, a także do Simona i chłopaków, by razem świętować zakończenie pierwszej współpracy.
                 Próbowałam odnaleźć rodziców i brata Hemmingsa w niewielkiej grupie, która zgromadziła się za sceną. Dostrzegłam z daleka panią i pana Clifford. Dopiero później zauważyłam, że stoją z bliskimi Asha i Caluma. Po pozostałych nie było śladu. Przez moment zaczęłam się denerwować, że być może stało się coś złego, kiedy chcieli tu wejść. A jeśli nie wpuściła ich ochrona? Spojrzałam kontrolnie na telefon, ale nie miałam żadnej wiadomości.
- Malia!
                 Raptownie odwróciłam się. Wypuściłam cicho powietrze z ust, czując ulgę. Ben szedł szybko w moją stronę, będąc czymś mocno podekscytowanym. Już chciałam się odezwać, ale chłopak załapał mnie za dłoń, odciągając na bok.
- Gdzie twoi…
- Celeste zaczęła rodzić. Dopiero po koncercie się o tym dowiedzieliśmy. Rodzice pojechali do szpitala. Ja miałem zostać i…
- O mój Boże, to już!
- Chcą przeprosić, że ich nie będzie, ale…
- To nie ważne! Musimy o tym powiedzieć Luke'owi – rzuciłam, ciągnąc go w stronę korytarza. Wpadliśmy do budynku, stając w oko w oko z 5 Seconds of Summer. Spojrzałam szybko na chłopaków. – Wasi rodzice już tu są. Stoją niedaleko bocznego wejścia na scenę.
- A ty nie idziesz z nami? – zapytał Luke. – I co wy robicie razem?
- Będziemy wujkami, braciszku! – rzucił roześmiany Ben. – Pewnie już nie długo albo już nimi jesteśmy!
- O stary! Ekstra! – krzyknął Michael. – Możemy jechać z wami?
- Raczej nie wpuszczą nas na oddział taką grupą – odparłam ze śmiechem. Spojrzałam na braci. – Wy jedźcie. Dołączę do was później i…
- Poradzimy sobie – przerwał mi Ash. – Jedź z nimi.
- Nie mogę was tak zostawić.
- Możesz i zrobisz to.
- Nie mogę – powiedziałam, kręcąc głową. – To, że wy macie koniec pracy, nie oznacza, że ja też. – Spojrzałam na Hemmingsów. – Przyjadę, jak najszybciej.
- W porządku – rzucił Luke z uśmiechem. 

                 Kiedy chłopaki byli ze swoimi rodzinami, ja szybko sprawdziłam nasze rzeczy. Przypilnowałam też, by trafiły do odpowiednich samochodów. Jutro rano oficjalnie miała wygasnąć nasza umowa z Syco, więc nie chciałam niespodzianek. Nasze instrumenty, cały sprzęt i rzeczy musiały być nadal w komplecie. Nie chciałam, by coś się gdzieś zapodziało.
                 Zaraz po tym przeprosiłam wszystkich, tłumacząc całą sytuację. Nikt nie był zły o to, że Luke w ogóle urwał się szybciej i że ja również znikam. Była to wyjątkowa okazja. One Direction poprosili mnie, bym nagrała krótki filmik z gratulacjami od nich dla świeżo upieczonych rodziców, co oczywiście zrobiłam. Potem wymieniłam jeszcze kilka szybkich zdań z Simonem, odnośnie naszej nowej współpracy, a potem pognałam na postój taksówek, by w końcu dostać się do szpitala.
                 Praktycznie wpadłam do środka wielkiego budynku. Skrzywiłam się lekko, czując ten specyficzny zapach, który powitał mnie od progu. Podeszłam do wielkiej tablicy, aby zorientować się, na które piętro powinnam się udać. Następnie weszłam do windy, naciskając guzik z trójką.
                Będąc na odpowiednim piętrze, podeszłam do dużych drzwi. Otworzyłam je, wchodząc do środka. Od razu zauważyłam Hemmingsów. Uśmiechnęłam się szeroko, widząc roześmianą i jednocześnie zapłakaną Liz, która ściskała Jacka. Ich rodzina od zawsze była ze sobą blisko. Była na dobre i złe, i tego cholernie zazdrościłam Luke'owi. Że ma kogoś takiego obok. Cieszyłam się, że w jakiś sposób byłam traktowana, jak jedna z nich, dzięki czemu odzyskałam cząstkę tego, czego od kilku lat mi brakowało. Rodzinę.
- Malia! – krzyknął Ben, który jako pierwszy mnie zauważył.
- Co z Celeste?
- Wszystko w porządku. Właśnie niedawno u niej byłem – odpowiedział z uśmiechem Jack, ocierając szybko wilgotne od łez policzki.
- Nie było komplikacji – dodała Liz, kiwając głową. – A mała… Jest taka śliczna! Jestem babcią!
- Najpierw pogratuluję świeżo upieczonemu tatusiowi – powiedziałam, obejmując Jacka. – Moje gratulacje!
- Chcesz ją zobaczyć? – zapytał starszy Hemmings. – Musisz poznać Nadine.
- Pewnie, że chcę – odparłam, nie mogąc się doczekać.
- Chodź, zaprowadzę cię – zaoferował się Luke, łapiąc mnie za rękę.
                 Poprowadził mnie w stronę drugiego końca korytarza. Jak tylko skręciliśmy w prawo, moje oczy rozbłysły. Zatrzymaliśmy się przed dużym pomieszczeniem. Sala naprzeciwko odgrodzona była od nas szeroką szybką, dzięki czemu mogliśmy zobaczyć, kto znajduje się po drugiej stronie. Miałam przed sobą poowijane w kolorowe kocyki, śpiące maluszki, ułożone w małych, szpitalnych łóżeczkach. Uśmiechnęłam się po raz kolejny, kiedy blondyn pociągnął mnie, bym stanęła bliżej.
- To ona – powiedział, wskazując palcem noworodka. – To jest Nadine Hemmings – dodał z zadowoleniem.
                  Przycisnęłam dłoń do ust, czując, jak do moich oczu napływają łzy. W niektórych sytuacjach naprawdę potrafiłam się szybko wzruszać. Ta była jedną z nich. Spojrzałam na najmłodszego członka ich rodziny. Dziewczynka owinięta była w różowy kocyk w białe misie. Mała, biała czapka lekko zsunęła jej się na czoło. Smacznie spała, zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, jak każdy ekscytuje się z powodu jej pojawienia się na świecie.
- Jest śliczna – odparłam cicho, starając się nie rozkleić. – I taka drobniutka.
- Oby poszła w urodę Celeste.
- Daj spokój, twój brat też jest przystojny.
- Jest okropny.
- Przecież jesteś do niego podobny.
- Wcale nie – rzucił z udawanym oburzeniem. Zaśmiałam się cicho. Luke objął mnie, składając na mojej skroni czuły pocałunek. – Ja jestem tym ładniejszym Hemmingsem – dodał rozbawiony.
- Ciekawe, kto będzie jej chrzestnym.
- O, nic nie mów – mruknął, kręcąc nosem. – Ja i Ben zdążyliśmy się już o to pokłócić w drodze do szpitala. – Zrobiłam wielkie oczy, patrząc na niego z niedowierzaniem. – Uważa, że ma pierwszeństwo, bo jest starszy.
- To Jack i Celeste zdecydują, a nie wy.
- To samo powiedziała mama – rzucił ze śmiechem.
- Jesteście niemożliwi.
- My kiedyś też będziemy mieć takiego małego Hemmingsa?
- Chcesz założyć ze mną rodzinę? – zapytałam powoli, spoglądając na niego.
- Przecież to oczywiste. Nie w tym momencie. Teraz za dużo się dzieje.
- Stanowczo za dużo.
- Ale kiedyś?
- Kiedyś brzmi dobrze – powiedziałam z uśmiechem, a on skradł mi szybkiego całusa.
- Kiedyś brzmi dobrze – powtórzył cicho. – Zaczynamy kolejny rozdział.
- Ekscytujący rozdział. 


***
Zgodnie z wcześniejszym planem, takim oto akcentem kończymy ostatni rozdział tej historii. Jak wiecie - lub nie XD - nie chcę niepotrzebnie przedłużać tego ff. Opracowany plan wcale nie przypadł mi do gustu, więc postanowiłam z niego zrezygnować i skończyć TWŻPNS na tej części. 
Chciałam opisać jeszcze ich kolejną trasę z One Direction, a potem, jak sami realizują się w muzyce. Jednak wszystko wydawało mi się zbyt mdłe, bez akcji. Nie przekonały mnie też wymyślone dramaty. Uznałam, że nie ma co ryzykować. Nie chcę też robić nic na siłę, bo to zazwyczaj nie kończy się dobrze. Wolę odpuścić i skupić się na czymś nowym. Bo jak wiecie - lub nie - z pisania nie rezygnuję. Za bardzo to lubię :)

Jutro najprawdopodobniej pojawi się epilog - na który już serdecznie Was zapraszam!

Standardowo też zachęcam do zajrzenia na Aska i Twittera - @RoxyDonau

Pozdrawiam!

#twżpns

4 komentarze:

  1. Jejku będę tęsknić za tym opowiadaniem :-( Co do rozdziału jest świetny

    OdpowiedzUsuń
  2. To takie urocze 😍 ~M

    OdpowiedzUsuń